18
Paź
2017
16

ANA, MON AMOUR

Ana, mon amour (Ana, mon amour). Reż. Cãlin Peter Netzer, Scen. Cãlin Peter Netzer, Cezar Paul – Badescu, Iulia Lumânare, Wyk. Diana Cavalotti, Mircea Postelnicu, Adrian Titieni, Francja/ Niemcy / Rumunia, 2017

Ana, mon amour oglądałam na przydechu…Bo też ten – nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem na tegorocznym Berlinare dramat psychologiczny Netzera, jednego z najciekawszych reżyserów rumuńskiej nowej fali (Złoty Niedźwiedź za “Pozycję dziecka” w roku 2013)  – jest obrazem, który do łatwych w odbiorze nie należy. Nie tyle dlatego, że opowiada historię trudnej miłości, ale dlatego, że opowiada ją w intensywny, niezwykle wiarygodny i pogłębiony psychologicznie sposób. W dodatku używając do tego dyskursu psychoanalitycznego.

plakat_ana-mon-amour

Takie kino jak Ana, mon amour boli. Bo boleć musi. I wielki dlań za to szacunek. Jest to obraz, który – dzięki bardzo dobremu scenariuszowi i więcej niż sprawnej reżyserii, a przede wszystkim doskonałej grze głównych aktorów – stawia widzom pytania najważniejsze – jeśli chodzi o miłość. Czyli o to, jak się ona realizuje, jakimi torami przebiega i gdzie może zaprowadzić nas zarówno jej pojmowanie, jak i poddanie jej własnej, indywidualnej percepcji –  analizie, gdy okazuje się, że z biegiem czasu, to co stanowiło jej sedno – przestaje satysfakcjonować…

Ana, mon amour to kino, które śmiało można nazwać “samym życiem”, wydaje się być nawet takim, w którym pobrzmiewa fascynacja cinéma vérité par excellence. To fabuła tego typu, w której wiele, poszczególnych scen zrobiło na mnie wrażenie filmowanych tak, by widz odnosił wrażenie, że znajduje się w pozycji voyerysty, obecnego razem z kamerą w życiu głównych bohaterów.

32_BetaCinema_Ana_Mon_Amour_copyright_Parada_Film_augenschein_Filmproduktion_GmbH_Sophie_Dulac_Productions_2017

Stan zakochania – jak uczy nas doświadczenie – “zaczyna się” często nagle i zupełnie nie romantycznie. W wielu przypadkach, po latach, moment ten jest sprowadzany we wspomnieniach do jakiegoś znaczącego słowa, spojrzenia, gestu, czy wydarzenia (niekoniecznie spektakularnego, czy miłego). Nie miejsce na to, by wyjaśniać w tym tekście jak bardzo istotne jest pojęcie “znaczącego” w psychoanalizie . Ale uwierzcie mi na słowo, że jest arcyważne.

A jeśli potrzebujecie “dowodu” – to przypomnijcie sobie wszystkie zasłyszane historie miłosne, które się zaczynały w najprzeróżniejszy sposób (od żartu, sprzeczki bądź wręcz kłótni, wypowiedzianego na głos największego marzenia czy też fantazji, wspólnego doświadczenia czegoś wyjątkowego, etc). Psychoanaliza wie, że miłość może się wzbudzić “zahaczona” o coś, co dla innych stanowiłoby zupełne nic. Gdyby nie była to prawda – wszyscy mielibyśmy te same lub podobne w tym względzie doświadczenia. Ale jak wszyscy wiemy – tak nie jest.

Niech rzuci kamienieniem każdy z was, kto (o ile sam tego nie przeżył) nie zna osobiście co najmniej jednej pary, która zawiązała się w czasach studenckich, i która wszystkim wydawała się w magiczny wręcz sposób ze sobą zespolona, by po latach okazać się kompletną klapą…

06_BetaCinema_Ana_Mon_Amour_copyright_Parada_Film_augenschein_Filmproduktion_GmbH_Sophie_Dulac_Productions_2017

To co, w Ana, mon amour jest dla mnie wartością nadrzędną, to fakt, że Netzer pewną część życia swoich bohaterów umieszcza na kozetce psychoanalitycznej. Ponieważ ta recenzja jest pisana przez wielką zwolenniczkę psychoanalizy – nie będę się kryła z tym, że szczerze podziwiam każdego reżysera filmowego, który w ogóle próbuje się zmierzyć z dyskursem psychoanalitycznym. Bo jest cholernie trudno się z nim mierzyć z zasady, a tym bardziej, że nie jest ani szczególnie medialny, ani popularny, a już na pewno w post-socjalistycznym kręgu kulturowym. Tym większy szacunek dla Netzera!

04_BetaCinema_Ana_Mon_Amour_copyright_Parada_Film_augenschein_Filmproduktion_GmbH_Sophie_Dulac_Productions_2017Dla opowieści o Anie (rewelacyjna Diana Cavalotti) i Tomie (świetny Mircea Postelnicu) jest on niezwykle ważny. Bo każde z nich – finalnie będzie szukać w psychoanalizie rozwiązań dla swojego cierpienia. Ona po to – by zmierzyć się w końcu z trwającymi całe lata napadami paniki i nieskutecznym leczeniem farmakologicznym, a także by dojrzeć do kobiecej emancypacji. On dlatego, że całe dorosłe życie zbudował na fasadowym poczuciu, że „poradził sobie doskonale i wszystko kontroluje” w odniesieniu do tego, co stanowiło najbardziej niechętnie przywoływane wspomnienia z dzieciństwa, jako te wstydliwe, nieakceptowane, bolesne, nie znajdujące możliwości zrozumienia, czy zaakceptowania. A które „znienacka” zaczęły się objawiać w jego własnym, dorosłym już życiu, stanowiąc jakiś rodzaj zagadki, która choć poprzysięgał sobie, że nie będzie żył życiem swoich rodziców – i tak zaprowadziła go na manowce…

Życie Any i Tomy, jego meandry – śledzimy niejako wpleceni w ich rytm. I wzorem psychoanalitycznych sesji – Netzer pokazuje nam swoich bohaterów w nielinearnej narracji, gdzie ten długoletni związek przeskakuje w kadrach od scen pierwszych, szczeniackich randek i upojnego seksu w pokoju w akademiku do czasów, gdy bohaterowie są już zupełnie gdzie indziej, tak życiowo, jak i mentalnie oraz emocjonalnie.

Relacja Any i Tomy zaczyna się w bardzo specyficznym momencie. Kiedy oboje jako studenci literatury na bukaresztańskim uniwersytecie toczą w ciasnym i nędznym, akademickim pokoiku rozmowę dwojga młodych ludzi, aspirujących do bycia w przyszłości elitą intelektualną swego kraju. Ona pije przygotowane przez niego drinki i inteligentnie peroruje na temat filozofii Nietzschego, on z nią polemizuje, paląc papierosy i próbując jej zaimponować własną wiedzą. Głośne dźwięki dochodzące z sąsiedniego pokoju, wskazujące na to, że jakaś para studencka czerpie dużo satysfakcji z uprawianego seksu – w każdym z nich z osobna budzą coś, czego w ogóle sobie nie uświadamiają i nie umieją nazwać, ale to właśnie ten moment staje się katalizatorem dla ich przyszłej relacji. Ana dostaje ataku paniki, obserwowanego przez Tome, który na rozpaczliwe wypowiedzi dziewczyny, że nie ma przy sobie zażywanych leków – reaguje nie tylko ze stoickim spokojem i bez cienia odrzucenia czy też braku akceptacji, ale wprost przeciwnie – z jakimś rodzajem zadowolenia, że może wystąpić w roli opiekuna i stać się tym, który potrafi sprawować kontrolę nad jej stanem psychicznym. Mieć satysfakcję z tego, że to dzięki niemu Ana po jakimś czasie się uspokoi i wydawać się będzie, że wszystko wróciło do normy. Ten fenomenalnie wiarygodny w swym psychoanalitycznym uchwyceniu moment – naznaczy życie tych dwojga na długo.

Ana i Toma od tego momentu są ze sobą wiele lat. Reżyser pokazuje nam jakie te lata były, uchwycone w przełomowych momentach z wielką wnikliwością, co do meandrów ich miłosnej relacji. Naświetla i poddaje analizie to, co na prawdę (a nie deklaratywnie) oznaczała dla każdego z nich miłość. I fakt, że to co ich połączyło, było po obu stronach czymś, co usilnie starali się wypierać ze świadomości. A co scalało ich najbardziej wtedy, gdy byli tego kompletnie nieświadomi. A de facto dzieliło więcej – niż im się wydawało. Ich kontekst rodzinny, wzajemne powiązania z najważniejszymi osobami w domach, w których wyrośli – “jednoczył” ich jedynie pozornie – bo w buncie przeciw temu, z czym mieli jako dzieci do czynienia. Ale ten typ “współuzależnienia” nie służył na dłuższą metę ani jej, ani jemu, a już najmniej ich relacji miłosnej.

Jest takie złośliwe „branżowe powiedzonko”, którego z lubością używają psychoterapeuci innych nurtów niż psychoanaliza, które mówi, że “to taka terapia, w której każdy w końcu wyląduje na kolanach u mamusi lub tatusia”….

Czas na puentę. Każdy, kto zdecyduje się obejrzeć film Ana, mon amour chcąc nie chcąc zostanie postawiony przed pytaniami, dotyczącymi kwestii miłości, relacji i dynamiki uczuć w związkach. Obraz ten doskonale obrazuje pewną istotną kwestię – a mianowicie to, że fakt, iż czegoś nie rozumiemy, ani nie chcemy zdać sobie sprawy z tego, że istnieje (mówię rzecz jasna o pojęciu nieświadomości, która wedle psychoanalizy powoduje ludzkimi wyborami) nie oznacza niczego poza tym.

*** Wszystkie zdjęcia, wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu Ana, mon amour na rynku polskim Aurora Films

You may also like

MANIFESTO
MŁYNARSKI. PIOSENKA FINAŁOWA
BORG McENROE między odwagą a szaleństwem
PIERWSZY ŚNIEG

Skomentuj