12
Cze
2017
17

FRANCUSKI ŁĄCZNIK

FRANCUSKI ŁĄCZNIK (The French Connection), Reż. William Friedkin, Scen. Ernest Tidyman na podstawie powieści Robin‘a Moore’a, Wyk. Gene Hackman, Roy Scheider, Tony Lo Bianco, USA, 1971

Klasyk klasyków. Film z grupy tych, które się nie starzeją. Wzorzec metra z Sevres jeśli idzie o kino gatunkowe. Powstał w czasach, które dla kinematografii amerykańskiej były szczególnie ważne – bo niezwykle płodne w dzieła wyjątkowe – tak narracyjnie, realizacyjnie jak i społecznie.

I jak by nie patrzeć: w przypadku Francuskiego łącznika – wszystkie postulaty dotyczące “recepty” na film doskonały – zostały spełnione. Wiem, że to banał, ale jednak prawdziwy. To jeden z tych obrazów, który otrzymał Oscary we wszystkich 5-ciu najważniejszych kategoriach: reżyseria, zdjęcia, scenariusz adaptowany, najlepsza rola pierwszoplanowa i montaż.

french-connection_poster

Lata 70-te w Stanach Zjednoczonych to czas filmów, które starają się ukazywać „brud tego świata“; nowy nurt w kinematografii, gdzie zamiast landrynkowatych opowieści króluje kino nowego realizmu. Ameryka w filmach z tego okresu jest przedstawiana nie jako kraj „wielkich marzeń i jeszcze większych złudzeń“, ale jako kraj „z krwi i kości“, z wszystkimi jej problemami, takimi jak terroryzm, korupcja, zagrożenie wojną atomową, bezprawie. W wyniku wojny w Wietnamie i afery Watergate, Amerykanie notują jako społeczeństwo bezprecedensowy upadek ludzkiego morale. A kino wszystko to bierze na warsztat i obrabia. I to tak doskonale, że po dziś dzień – stanowi nieustające źródło inspiracji…

Francuski łącznik opisuje prawdziwą akcję dwóch nowojorskich policjantów – Eddiego Egana i Sonny’ego Grosso, którzy nie tylko byli konsultantami filmu, ale również zagrali w nim epizodyczne role.

Film twórcy jednego z najbardziej znanych horrorów wszechczasów: „Egzorcysty“ – choć powstał ponad 45 lat temu – wciąż uchodzi za mistrzowski w swoim gatunku. To znacznie więcej niż znakomicie opowiedziana historia dwóch nowojorskich gliniarzy, granych przez Gene‘a Hackman‘a i Roya Scheidera. To doskonały portret pewnej epoki: tak socjologiczny, kulturowy, jak i psychologiczny.

Osią narracji są ich starania o to, by przechwycić namierzony wcześniej gigantyczny transport heroiny, który ma przypłynąć do USA z Francji.

Hackman gra detektywa Jimmy’ego Doyle’a, zwanego Popeye, alkoholika, faceta impulsywnego i agresywnego, samotnika podszytego i rasizmem i mizoginią. Nie dla niego wartości takie jak rodzina i dziatki. Kobiety? Same kłopoty. Wystarczają mu prostytutki i jednonocne przygody. Antybohater – pełną gębą – bo ani scenariusz, ani sam Hackman kreujący jedną z najważniejszych ról w swojej karierze – nie starają się zjednać naszej do niego sympatii…

To obraz stróża prawa – nakreślony mistrzowską kreską. Twardziel, obsesyjny pasjonat swojej roboty. Gliniarz – ikona. O takich jak on – do końca i wściekle oddanych sprawie – wszystkie policyjne jednostki tego świata zawsze marzyły. I trzeba to przyznać – rola Gene’a Hackman’a – to arcymistrzowski popis warsztatu i kunsztu aktorskiego.

Jego umiejętność oddania złożoności charakterologicznej postaci – olśniewa do dziś!

Rozgrywka pomiędzy Doylem a Alainem Charnier, francuskim dżentelmenem (którego rola nota bene została tak skonstruowana – by dał się jednak choć trochę lubić) i na pierwszy rzut oka przykładnym obywatelem, który pod tą fasadą kryje drugie oblicze: kryminalisty i największego dilera heroiny w USA – jest osią wydarzeń filmu. W rozprawianiu się ze światem przestępczym pomaga Popeye policyjny partner Buddy Russon (Roy Scheider).

Dzięki ich determinacji i nieustępliwości – udaje im się zadać potężny cios rynkowi narkotykowemu, choć stawką jest wyrok śmierci jaki handlarze heroiną na nich wydali.

Frenchconnection_1

Francuski łącznik obfituje w kilka bardzo mocnych i wybitnych scen, a zdecydowanie najsłynniejszą z nich – zaliczaną – mimo upływu czasu do najlepszych w dziejach kina (sic!) należy scena pościgu samochodowego na Manhattanie.

Niemniej – moim zdaniem – na największy szacunek i podziw zasługuje fakt, że Francuski łącznik jest filmem tyleż doskonale zrobionym, co niezwykle inteligentnym. Rzadka rzadkość – w ogóle – a obecnie szczególnie. Mamy tu bowiem do czynienia z wielkością podwójną. Obraz ten jest w swej konstrukcji zarówno dwuwarstwowy, jak i dwutorowy. Od momentu, w którym Doyle zaczyna śledzić Francuza, reżyser stawia nas – widzów – w roli obserwatorów jednego z najbardziej angażujących emocjonalnie pojedynków intelektualnych w historii kina. A sceny akcji podbijają jedynie jego atrakcyjność i umocowują nas jakby w samej rzeczy sednie…

Ponadto, co jest dla tego obrazu kluczowe, kiedy myśli się o jego ponadczasowej wspaniałości – to fakt, że dzięki pracy operatora (wspaniałego Owena Roizmana, autora zdjęć do tak kultowych obrazów, jak: „Egzorcysta”, „Trzy dni kondora”, „Tootsie”, czy „Sieć”) i montażowi Francuski łącznik ma genialny klimat! Którego wiarygodność wciąż zachwyca. Bo kamerowany jest w konwencji rodem z dokumentu. Nowy York w nim przestawiony jest duszny, mroczny, lepki od brudu, niebezpieczny i znacznie bardziej pełen cieni, niż blasków. Dokładnie taki, jaki wtedy był, w początkach lat 70-tych zeszłego stulecia.

Friedkin – nie ma w tym stwierdzeniu moim zdaniem cienia przesady – Francuskim łącznikiem otworzył w amerykańskiej kinematografii nowy rozdział, jeśli chodzi o kino policyjne. Obraz bardzo szybko stał się nie tylko kultowy, ale wręcz ikoniczny. Do dziś – czerpią z niego kolejne pokolenia reżyserów, nawet łącznie z takimi, którzy mają tak duże doświadczenie i własny styl opowiadania, by nie musieć patrzeć nabożnym wzrokiem na mistrzów. Jeśli obejrzycie w niedługim odstępstwie czasowym Francuskiego łącznika i „American Gangster“ Ridleya Scotta (2007) – zobaczycie sami, co mam na myśli.

Bo tak to już jest. Kinematografia to sztuka, w której na zawsze liczą się najbardziej ci, którzy byli pierwsi w wykreowaniu unikalnego sposobu obrazowania świata i jego narracji…

You may also like

PARYŻ NA BOSAKA
Oda do szerokich horyzontów – czyli o MFF T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu…
ATOMIC BLONDE
PARYŻ MOŻE POCZEKAĆ

Skomentuj