6
Kwi
2018
12

NIGDY CIĘ TU NIE BYŁO

NIGDY CIĘ TU NIE BYŁO (You Were Never Really Here) Reż. Lynne Ramsay, Scen. Lynne Ramsay na podstawie opowiadania Jonthana Amesa, Wyk. Joaquin Phoenix, Dante Pereira-Olson, Judith Roberts, Ekaterina Samsonov,  Francja / USA / Wielka Brytania, 2017

Jeśli miałabym podsumować film NIGDY CIĘ TU NIE BYŁO jednym słowem, a chodzi ono za mną od pierwszych jego scen – to byłoby nim – hipnotyzujący.

Obraz ten zawiera w sobie wszystko to, co z kina jako sztuki czyni kino par excellence. A narracji nadaje ton, w który z pozycji widza wpada się jak w swego rodzaju trans. Nigdy Cię tu nie było jest opowieścią zrealizowaną na pograniczu rejestrów. Tak samo hiperrealistyczną, jak i niemalże prześnioną. Jak w jakiejś psychodelicznej marze nocnej.

W najnowszy film Lynne Ramsay się nie wchodzi. W ten obraz jest się zasysanym. Jak przez słomkę. By finalnie obudzić się przy napisach końcowych z poczuciem, że reżyserka przygotowała koktajl, który nasycił nas treściami, wobec których nie da się przejść obojętnie. Zostawiły swój ślad. I ten ślad czuje się całym sobą.

screenshooter-imageconverter5a9535abc37931

 *     *     *

Z postacią Lynne Ramsay, Szkotki z pochodzenia, zetknęłam się ponad 6 lat temu, kiedy obejrzałam “Musimy porozmawiać o Kevinie”. Przepraszam, że używam wulgaryzmów, ale lubię je stosować kiedy mają podkreslać moc przekazu. Był to film, który – dosłownie – rozjebał mnie emocjonalnie i intelektualnie w drebiezgi.

No cóż, każdy ma jakieś “skrzywienie zawodowe”. A ja mam psychologiczne. O tym jej filmie dyskusje – i to zażarte – toczyły się w kręgu moich znajomych ze studiów miesiące całe.

Wtręt ten czynię jedynie dlatego by podkreślić, że Lynne Ramsay stała się dla mnie osobiście przykładem reżysera – twórcy, której nazwisko wypaliło się w mojej pamięci na zawsze.

Jej niebywała umiejętność w tym obrazie (który zresztą zrobił jej nazwisko “głośnym”) do wiwisekcji tematów tabu, zdolność do metaforyzacji, używania symboli, budowania nastroju, klimatu i last but not least do prowadzenia aktorów w sposób, który powala – wzbudziły mój najwyższy szacunek. A że żyjemy w świecie, w którym reżyserki jako takie są “na wagę złota” – jej nazwisko tym bardziej zapadło we mnie jako niezwykle cenne na kinematograficznej mapie świata.

*     *     *

160809_Hardware_Baths_00118_YWNRH_WhyNot

Nigdy Cię tu nie było to kwintesencje kina artystycznego, autorskiego i indywidualistycznego. Choć w najnowszym dziele Ramsay korzysta z dotychczasowego dorobku kinematografii jako sztuki i jawnie zapożycza – grając zarówno gatunkami, jak i ikonicznymi postaciami kina popkulturowego. Osobiście cenię sobie więcej niż bardzo erudycyjnych reżyserów. Kino jest sztuką, która sztuką kinową się karmi. A ta jest już bardzo dojrzała. Zatem doskonali reżyserzy nie udają, że są wybitnie odkrywczy (z takimi mamy do czynienia obecnie już z bardzo rzadka, o ile w ogóle). Doskonali reżyserzy umieją dorobek kinematografii jako sztuki – doskonale wykorzystać – na swój – autorski sposób!

Nigdy Cię tu nie było jest takiego podejścia właśnie brylantowym dowodem. Ramsay czerpiąc z ikonicznych obrazów, inspirując się nowelką Amesa, a przede wszystkim bazując na swoim gigantycznym talencie do robienia kina (tak, tak, tak!)  zmiksowała to wszystko w mieszankę piorunującą! Nie dziwi mnie wcale, że otrzymała Złotą Palmę za najlepszy scenariusz, na zeszłorocznym MFF w Cannes, jak i to że jej film był nominowany do nagrody głównej tego prestiżowego festiwalu.

*     *    *

160829_Joe_Chinatown_00037_YWNRH_WhyNot

Joe (F E N O M E N A L N Y – nagrodzony Złotą Palmą za najlepszą rolę męską na MFF w Cannes Joaquin Phoenix) to prawdopodobnie były weteran wojenny i agent wywiadu. A obecnie „facet do zadań specjalnych”. Nie poznamy jego zawodowej przeszłości. Ale wszystko wskazuje na to, że był i jest uczestnikiem świata, w którym faceci tacy jak on widzieli zbyt dużo i zbyt dużo wiedzą…

Jeśli chodzi o to jak zabijać ludzi – Joe umie bardzo dużo i bardzo dużo może. A co więcej – jest niezwykle skuteczny. Jest niczym zabójczy duch. W cywilu wykonuje pewnie ten sam rodzaj brudnej roboty, jaką miał wcześniej. Tylko że teraz podejmuje się głównie spraw, które nadają jego dziwnemu, posępnie samotnemu i wyizolowanemu z tzw. normalnego świata  egzystowaniu – sens. Jeśli miałabym określić jego specjalizację zawodową, to jest nią ratowanie dzieci przed opresją i wyswobadzanie ze świata dorosłych, w których są przedmiotem nadużyć, molestowania i przemocy seksualnej.

Jeden z jego zleceniodawców, zwraca się do niego przy okazji omawiania szczegółów roboty w te słowa: “mówią o tobie, że jesteś brutalnym mężczyzną”.

O tak! Joe potrafi być bardzo brutalny…

Lynne Ramsay genialnie przedstawia złożoność emocjonalną bohatera swojego najnowszego obrazu. Jego niejednoznaczność, niemożność uchwycenia go w sztywne ramy psychologiczne. A którego nie mniej genialnie portretuje Phoenix. Joe jest tak samo bezdusznym i beznamiętnie mordującym na zlecenie ‘hitmanem’ o silnych rysach psychopatycznych, jak i delikatnym, na swój sposób ultra wrażliwym, zranionym i poharatanym emocjonalnie w dzieciństwie – zagubionym w swoim świecie – mężczyzną.

W tym miejscu nie mogę pominąć kwestii dla Nigdy Cię tu nie było– kluczowej. A mianowicie faktu powierzenia roli Joe – Joaquin’owi Phoenix’owi. Nie powiem nic odkrywczego, ale umiejętność doboru (czy też ‘wymuszenia’ na producentach) właściwej obsady do tego, co ma się do przekazania swoim filmem – jest dla mnie jednym z kluczowych elementów oceny jakości pracy reżyserskiej.

A Joaquin Phoenix to aktor wyjątkowy! Nikt kto kino kocha nie przechodzi obok niego obojętnie. I nikt kto kino kocha nie może udawać, że Phoenix’owi role duszne, ciężkie, wieloznaczne, nabrzmiałe od znaczeń – nie udają się doskonale. Mój osobisty szacunek do niego – jest przewielki. W całej jego, dotychczasowej, bogatej filmografii nie ma ani jednej jego roli, w której nie umiałby pokazać kunsztu swego warsztatu. Są jedynie filmy, z jego udziałem, których nie cenię…

A to – samo w sobie – stanowi coś. Bardzo duże coś. Joaquin Phoenix uchodzi tak samo za trudnego we współpracy, jak i za artystę w aktorskiej profesji. 44-letni obecnie aktor nie ma w swoim dorobku ani jednego (sic!) filmu z grupy “zarabiam na waciki”. Toutes proportions gardées – to na prawdę rzadka rzadkość! A w Stanach, gdzie jego kariera się zrodziła i funkcjonuje z powodzeniem dalej – tym bardziej.

W Nigdy Cię tu nie było kreuje swoją postać mistrzowsko. To jest gra na ćwierćtonach i półnutach, które charakteryzują najlepszych. Mnie jego kreacja kojarzy się z najlepszymi dokonaniami wyznawców tzw. metody (szkoła Stanisławskiego). Postać Joe – Phoenix zbudował w każdym szczególe perfekcyjnie. Jego ciało w tym filmie jest groźnie potężne, „napakowane”, pokryte bliznami, budzące respekt i strach. A jednocześnie zapuszczone, nalane, spuchnięte, ewidentnie czegoś już pozbawione, czego jeszcze ledwie zarysy posiada. Jego cywilne funkcjonowanie nosi w sobie to wszystko, co uważny widz odczyta jako “przeszłość zaszytą w teraźniejszość”.

Joe na co dzień prowadzi niby to zwykłe i skromne życie, dzielone z dość już leciwą matką w małym domku szeregowym, w jednej z podrzędnych dzielnic NYC. Jego relacja z nią nie stanowi osi wydarzeń najnowszego filmu Ramsay, ale stanowi dlań ważne tło. Matka, to jedyna osoba, którą kocha, o którą się autentycznie troszczy, która uosabia dla niego jak się zdaje zarówno wszystko to, co w uczuciach międzyludzkich najlepsze, jak i symbolizuje słabość i bezbronność płci żeńskiej w świecie męskiej przemocy. A to kwestia dla obrazu Ramsay – kluczowa…

Ja osobiście bardzo doceniam wirtuozerię, z jaką reżyserka wykorzystuje w swoim obrazie odwołania do gatunkowych absolutnych ikon kinematografii na swój własny sposób, świetnie je przetransponowując na tkankę narracyjną opowieści Nigdy Cię tu nie było.

Jest zatem w Joe sporo z Travisa kreowanego przez Roberta de Niro w “Taksówkarzu” Martina Scorsese, jak i coś z Normana Batesa z “Psychozy” Alfreda Hitchcocka. A nawet – moim zdaniem – jakiś cień figury płatnego zabójcy, z kultowego “Leona Zawodowca” Luca Bessona. Żadna z tych postaci nie jest jednak użyta jako kopia czy klisza, a raczej jako luźna inspiracja, które Ramsay wplata w swój obraz jako swego rodzaju (ewentualne) odniesienia. Bo jej obraz, generalnie, odczytuję jako taki, z którego korzystać najpełniej będą mogli widzowie wymagający, a przede wszystkim – kinomaniacy…

 *     *     *

Osią narracji Nigdy Cię tu nie było jest pewne zlecenie, jedno z wielu, jakiego podejmuje się Joe. A jest nim “odbicie” 13 letniej córki kandydata na gubernatora stanu z rąk mafii, która gdzieś w czeluściach rozpasanego Manhattanu więzi dzieci w ekskluzywnym burdelu, z którego korzystają amerykańscy, uprzywilejowani finansowo i społecznie pedofile.

1608016_Brothel_Eye of P_00168_YWNRH_WhyNot

1608016_Brothel_Eye of P_00528_YWNRH_WhyNot

160819_Garage_00120_YWNRH_WhyNot

Tylko, że to zlecenie, jego przebieg, splot wydarzeń, które będą mu towarzyszyć  – doprowadzą do tego, że stanie się ono dla Joe jedynym w swoim rodzaju…

Trzy – jakże filmowo znane motywy – antybohater o popapranej psychice, zaginiona dziewczynka i diabelski syndykat zła z mackami na samych szczytach władzy – Ramsey rozpisuje na kanwę swojego obrazu w sposób olśniewający.

Chapeu bas!

To, co czyni Nigdy Cię tu nie było w moich oczach absolutnie unikalnym obrazem – to trzy kolejne składowe, które owocują filmową petardą: zdjęcia, montaż i muzyka.

Za zdjęcia odpowiada Thomas Townend, uznany i nagradzany operator teledysków, w tym do słynnego utworu Adele z roku 2010 (“Rolling in the deep”). I nie będzie cienia przesady w tym, kiedy powiem, że kadry z tego filmu to jest coś genialnego. Nie umiem nie pochylić czoła przed tym jak bardzo są pulsująco – hipnotyzujące, ‚zasysające’ i na pewien sposób ekscytujące – same w sobie. Budują dla obrazu Ramsay jego wybitny klimat. I to właśnie ten klimat nadaje jej filmowi znamion czegoś, o czym powiedzieć, że jest wtórne i już było – się nie da. Bo tworzą dla niego styl. Własny. Unikalny. Nadają mu niepowtarzalny rytm.

Za montaż –  Joe Bini, znany z wielu nagradzanych filmów dokumentalnych. Z którym Ramsay już zresztą pracowała przy okazji “Musimy porozmawiać o Kevinie”.

A za muzykę Jonny Greenwood z Radiohead. Po raz kolejny po „Nici widmo” – gitarzysta  uwielbianej przeze mnie kapeli udawadnia, że jest zdecydowanie jednym z najlepszych kompozytorów muzyki filmowej, jaka powstała w ciągu ostatnich lat! I nie zdziwię się, kiedy zaraz stanie się najbardziej rozchwytywanym – bo jego ścieżka dźwiękowa do filmu Ramsay to jest muzyka z kategorii “klękajcie narody”! Już dziś wiem, że się z nią poza tym filmem nie rozstanę. Nie znam szczegółów pracy kompozytora przy tym obrazie. Ale jestem bardzo wyczulona na oprawę muzyczną w filmach. A ten sprawia na mnie wrażenie takiego, w którym wydaje się, że Greenwood był zaangażowany do samego końca, czyli w proces montażu filmu. Bo niebywałe wręcz wpasowanie się jego kompozycji w poszczególne sceny, synergia z konkretnymi scenami i porażająco genialna umiejętność podbijania intencji przekazu, jego niuansów i intensywność – zwala z nóg!

*    *    *

Nigdy Cię tu nie było Ramsay udowadnia po raz kolejny, że kinematografia światowa byłaby bez niej o wiele uboższa. Jest reżyserką niezwykle dojrzałą, ewidentnie artystycznie bardzo samoświadomą. I cudownie kinowo utalentowaną.

160913_Joe_Nina_Diner_00023_YWNRH_WhyNot

Jej ostatni obraz jest tak samo brutalny, jak i liryczny. Piękno wplata w ohydę z godną podziwu maestrią i w sposób naturalny. Stanowi zarówno koncepcyjną, realizacyjną, jak i wizualną i dźwiękową – olśniewającą całość. Nihilizm i rozpacz finalnie – poprzez akt zemsty – prowadzą do poczucia nadziei na jakiś rodzaj odkupienia.Czy też odzyskania świata, w którym zdanie ze sceny finałowej: “it’s a beautiful day” nie wybrzmiewa cynicznie. Ale jest swego rodzaju desperacką, najszczerszą próbą uczepienia się – jakże boleśnie doświadczonych bohaterów – nadziei na lepsze życie. Życie życiem kogoś, kto już nie będzie musiał myśleć o nim, że lepiej żeby go nigdy w nim nie było.

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu Nigdy Cię tu nie było na rynku polskim: Gutek film

You may also like

Przegląd Nowego Kina Francuskiego – edycja 9.
HAPPY END
LADY BIRD
JESTEM NAJLEPSZA. JA, TONYA

Skomentuj