15
Cze
2015
290

ODA DO BIAŁEJ KOSZULI…

Zdjęcie, które zainspirowało mnie do napisania tego tekstu ma dokładnie 23 lata. Jego ponadczasowe piękno (i nie chodzi mi w tym miejscu o cudownej urody ikony modelingu lat 90-tych zeszłego stulecia!) kazało mi się zastanowić nad fenomenem białej koszuli.

lindbergh

Fot: Peter Lindbergh, Vogue, April 1992

Miałam szczęście poznać w życiu kilka niezwykle szykownych i eleganckich kobiet. Miałam też fart, że czasami dzieliły się ze mną swoimi poradami co do tego, jakie części garderoby stanowią o tym, że mając je na sobie – bez względu na wszystko – a przez wszystko – rozumiem wszystko – można jedynie wyglądać dobrze, a nawet – Ba! – lepiej!

I wszystkie te kobiety były zdumiewająco jednogłośne w tej kwestii – tym czymś, co niczym czarodziejska różdżka “ubiera” i „dodaje” (i nigdy nie „przebiera” i „ujmuje”) zawsze i w każdych okolicznościach jest biała koszula.

Nie T-shirt, nie bluzka. Nie białe giezło, tunika i jakakolwiek inna odmiana białego kawałka materiału w górnych partiach ciała.

Bawełniana, męska w kroju, bez ozdób, dodatków. Czysta w formie i lśniąca w swej bieli – koszula.

Swoją królewską pozycję w zdobieniu człowieka zawdzięcza trzem cechom charakterystycznym: symbolice kolorystycznej przypisywanej kolorowi białemu, naturalności materiału i ascetycznej formie.

Biała koszula ma w sobie niespotykaną moc. Jest jakaś magia w fakcie, że właściwie jeśli na nią spojrzeć z pewnej perspektywy – stanowi swego rodzaju dzieło sztuki. Niczym “zagruntowane płótno” dla malarza, staje się bazą do „namalowania siebie” przez jej właściciela. Ma też cechy rzeźby – bo żadna inna część garderoby  nie ma takich jak ona właściwości – “modelowania” sylwetki.

Mnie biała koszula przywodzi na myśl chłód marmuru i piękno rzeźb Berniniego.

david

Nie znam też żadnej innej części ludzkiego ubrania, na której załamania, wgniecenia, zmarszczenia – wyglądałyby tak naturalnie i dostojnie – jak właśnie na białej koszuli. Tylko ona bowiem, nawet kiedy jest wygnieciona – nosi jeszcze w sobie choćby cień wzniosłości.

Biała koszula “ubiera” człowieka jak nic innego na świecie. Sama w sobie staje się wartością dodaną i naddatkiem dla osoby, która ją nosi, w zależności od tego, jak to czyni. Zapięta pod szyję, przylegająca do ciała – formalizuje, ale też potrafi dodać dostojeństwa, stając się swego rodzaju zbroją, pancerzem, rynsztunkiem. Rozpięta, z podwiniętymi rękawami – przydaje luzu, nie pozbawiając szyku.

Na opalonym, nagim, kobiecym ciele –  jest najbardziej seksownym strojem pod słońcem – przy którym wszystkie inne kolory, a także prześwity, koronki i falbanki blakną i tandetnieją w oczach.

Musiało minąć wiele lat – bym zrozumiała, że to co mi mówiono o białej koszuli – to prawda – szczerozłota. Choć – kiedy miałam dwadzieścia lat – miałam to w nosie, a na dodatek uważałam z przypisaną temu wiekowi dezynwolturą i arogancją, że jest to bujda wymyślona przez osoby, pozbawione polotu i wyobraźni.

You may also like

Film ‚HAIR’ dla Rag & Bone – czyli znowu się zachwycam narracją marki luksusowej…
(PO)RANNE SPOJRZENIE – czyli mój sposób na opuchnięte powieki…
ODA DO SZTYBLETÓW…
Radio – wehikuł…

Skomentuj