12
Paź
2017
17

PIERWSZY ŚNIEG

PIERWSZY ŚNIEG (The Snowman), Reż. Tomas Alfredson, Scen. Hossein Amini, Peter Starughan oraz Søren Sveistrup na podstawie powieści Jo Nesbø. Wyk. Michael Fassbender, Rebecca Ferguson, Charlotte Gainsbourg, Chloe Sevigny, Val Kilmer, J.K Simmons, Toby Jones, Szwecja/ USA/ Wielka Brytania, 2017

Zawsze musi być ten pierwszy raz, nieprawdaż? Przez trzy dni biłam się z myślami, czy o filmie PIERWSZY ŚNIEG pisać, czy nie. Dlaczego – wyjaśnię potem – a tymczasem chcę wam powiedzieć, że choć nie jestem pewna czy to dobry film, to jestem pewna, że to warsztatowa full profeska. Bo jak na gatunek thriller / kryminał i to w dodatku posiadający (zdajsie) ambicje na kontynuacje w postaci kolejnych “odcinków” zbyt szybko spłynął po mnie jak po kaczce i zostawił jako widza dość obojętną. Czyli dobrze mi się go oglądało, ale było, minęło…

Bo w mojej opinii to jeden z tych obrazów, przy których powstawaniu największym błędem merytorycznym była decyzja o tym, że ma to być dwugodzinna fabuła, a nie serial TV!

The_Snowman_(2017)_poster

 

Na dźwięk tych dwóch słów: Michael Fassbender – uruchamiam się zawsze. Nie ma co pisać dlaczego, bo to chyba jasne. Ale jakby nie było – to proszę bardzo: aktor ten jest bardzo zdolny i potrafi grać tak, że kapcie spadają (“Głód”, “Wstyd”, “Bękarty wojny”, “Frank”, “Macbeth”,“Steve Jobs”) i zasadniczo raczej wiadomo, że grać potrafi… No i jeszcze wygląda bosko. Filmy z jego udziałem oglądam zawsze, choć nie wszystkie jego wybory artystyczne to strzały w dziesiątkę. Nie szkodzi. Nobody’s perfect! 😉

No a te dwa słowa: Michael Fassbender (plus cała rzesza samych na prawdę grubych nazwisk w obsadzie!) a także, co nie jest bez znaczenia – osoba reżysera: Tomasa Alfredsona, którego obraz “Szpieg” uważam za świetny, złączone razem w od miesięcy wyczekiwanym nowym projekcie filmowym, w dodatku na podstawie prozy pisarza, który jest uwielbiany (25 milionów czytelników jego kryminałów chyba nie może się mylić, nie???) moje kinomaniackie serduszko przyprawiały o drżenie z podniecenia już od wczesnej zimy tego roku (patrz tekst: Filmy na które czekam w 2017).

  *   *   *

Jest jednak pewna kwestia, której – nieco naiwnie, przyznaję – nie wzięłam pod uwagę. Bo (ykhm) ja nie znam w ogóle prozy Jo Nesbø (ups)… Wmawiałam sobie przy tej okazji, że co tam, do cholery, przecież nie muszę znać jego prozy, żeby móc pójść do kina i film na jej podstawie obejrzeć, a nawet, ba! stwierdzić, czy ekranizacja jest OK, czy nie.

snowman

I tu się zaczął problem. Szybko, zatem, przechodzę do rzeczy. Pierwszy śnieg obejrzałam na pokazie prasowym i jak wspomniałam – oglądałam z zainteresowaniem (choćby z tytułu samej zagadki kryminalnej), doceniając stricte kinematograficzne walory. Nie że zdjęłam majty przez głowę, ale – serio? Kawał porządnego kina, sprawnie zrealizowanego i zagranego pierwszorzędnie. Przez wszystkich, nawet w drugo i trzecioplanowych rolach. Ale co się dziwić? W tym filmie gra głównie sama pierwsza liga (lub była pierwsza liga: epizodyczna rola Vala Kilmera w pewien sposób wycisnęła mi łzy z oczu… jeśli obejrzycie – będziecie wiedzieli dlaczego, no żesz ku***! 25 lat temu ten facet grał Jima Morrisona w “The Doors” Olivera Stone’a!)…Taki na przykład J K. Simmons – laureat Oscara za role w “Whiplash” jest aktorem tak doskonałym, że swoje 5 minut na ekranie, razem wzięte, potrafił wykreować tak, że wiadomo o jego bohaterze wszystko, łącznie z tym – czego nie wiadomo! Mistrz świata!

DFG07PdUwAAtd5W

Jednakże po seansie filmu, o którym z pewnością nie mogę powiedzieć, że jest ekranizacją opowieści o postaci, która dogłębnie fascynuje – zaczęłam odczuwać podejrzanie duży dyskomfort z tytułu nieznajomości prozy Nesbø.

Tak mnie to męczyło, że przeszperałam po polsku i angielsku Internet na okoliczność opinii wielbicieli prozy Nesbø o realizacji tej produkcji filmowej…

Jezusku Nazareński! Wszystkie śniegi i lodowce Skandynawii roztapiały się na ekranie mojego komputera od natłoku nie tyle hejtu, co komentarzy pełnych oburzenia, rozognionych od emocji, przywołujących opisy głównego bohatera serii kryminałów Nesbø – detektywa geniusza Harry’ego Hole’a (Michael Fassbender), jego relacji z byłą partnerką Rakel (Charlotte Gainsbourg) oraz postaci młodej, ambitnej policjantki, przydzielonej mu do pracy nad sprawą w “Pierwszym śniegu” Katrine Bratt (Rebecca Ferguson)…

Znamienita większość wypowiedzi czytelników prozy Nesbø nosiła znamiona więcej niż zdecydowanych i sprecyzowanych opinii… Pomstowali na czym świat stoi na decyzje obsadowe dotyczące powyższych postaci, że hej. Widać było, że bulgoczą od natłoku bliżej dla mnie niezrozumiałych i zupełnie nie znanych mi odczuć. Że są ludźmi, którzy mają silny, emocjonalny stosunek do prozy norweskiego pisarza, przy jednocześnie mocno ukonstytuowanych własnych wyobrażeniach na temat bohaterów. I że oczekują po filmie, że temu sprosta. Było to zresztą bardzo ciekawe doświadczenie, bo po raz enty przekonałam sie o tym jak bardzo ludzka percepcja czegokolwiek jest subiektywna. I jak bardzo “lubimy się” na niej fiksować…

Wpis pewnej pani, która płakała niemalże nad tym, że postać Rakel, którą w filmie kreuje Charlotte Gainsbourg jest w książce Nesbø przedstawiona jako “piękna, uwodzicielska i elegancka”, a przecież ta akurat francuska aktorka to “jakaś wychudzona szkarada” – muszę powiedzieć, że mnie szczerze – na swój sposób – rozczulił. Tak, tak – właśnie tak. Bo jednak (jak to dobrze być psychologiem z wykształcenia) – pozwala mi to bez złości i bez pogardy rozumieć, że ludzie są dokładnie właśnie tacy. Przywiązani do swojej wizji świata, jako „właściwej i jedynie słusznej” nawet w tak błahych sprawach jak to, kto według nich zasługuje na etykietę “pięknego, uwodzicielskiego i eleganckiego”, a kto nie…

No to kupa. Pomyślałam sobie. Nie piszę tej recenzji. A potem upłynęły trzy doby i stwierdziłam, że nie, walę to. Nobody’s perfect. A na pewno ja. Byłam w kinie, widziałam, uważam, że obraz ten się dobrze ogląda i ma wiele stricte kinematograficznych zalet. Nie znam prozy, to fakt. Ale, nie ma co się szarpać, wystarczy, że się do tego szczerze przyznam. To wszystko.

*   *   *

Harry Hole (Fassbender, który choć robi co może, a jak wiemy, może dużo – ze smutkiem stwierdzam – nie ma “co”, a raczej kogo grać) jest policjantem z pogmatwanym życiorysem, bliżej niesprecyzowaną, sekretną przeszłością, spapranym życiem osobistym.

DJXE_shWAAAZ5XxSzybko dowiadujemy się, że w jego życiu najważniejszą kobietą jest Rakel (Charlotte Gainsbourg), co do której z pewnością odczuwa coś więcej niż sentyment, być może wciąż ją kocha, lecz rozumie, że go rzuciła. Z takim facetem jak on – nie da się żyć. Harry to człowiek pełen mroku, smutku. Bliżej nieokreślonej melancholii. Znajdujący się niejako na pograniczu dwóch światów. Swojego prywatnego, w którym ewidentnie jest pogubiony, a nawet chyba, od którego ucieka. Oraz zawodowego, w którym z latami nabrzmiałe “wypalenie ” ściera się z tym czymś, bliżej nieokreślonym czymś, co zwie się “instynktem łowieckim”. I co pozwala ludziom takim jak ci, których Harry reprezentuje w ogóle parać się tą totalnie wyczerpującą profesją. Żeby nie wiem jak byli wyprani, wymemłani psychicznie i fizycznie i wewnętrznie puści, kiedy czują nosem “zew krwi” czyli trudną, a najlepiej arcytrudną sprawę, w której ktoś bardzo zły może być przez nich złapany – odżywają… Niemalże powstają z martwych.

Alfredson ten rys psychologiczny głównego bohatera pokazuje w mikro-scenkach, drobnych dialogach, gestach. Szkicuje go zaledwie i to kreską niestety za mało wyraźną i mięsistą, byśmy Harry’ego Hole’a mogli zrozumieć i pokochać! A skupia się na samej zagadce kryminalnej. A ta z prostej – staje się dość zagmatwana. Zaczyna się od zgłoszenia zaginięcia młodej kobiety. Nie wiadomo dlaczego nagle się “zdematerializowała”, być może to nic groźnego… Jest jednak, jeden, niepokojący szczegół. Przed jej domem, ktoś ulepił bałwana, a na jego szyi zawiązał szalik zaginionej. Fakt ten, połączony z tym, że Harry otrzymuje od nieznanego nadawcy odręcznie pisaną kartkę z dziwnym tekstem, w którym są nawiązania do bałwana, a także to, że jego bezpośredni przełożony zatrudnia młodą adeptkę detektywistycznej sztuki: Katrine Bratt (Rebecca Ferguson) i przydziela do jego zespołu splatają się w oś narracji Pierwszego śniegu. Rebecca jest zafascynowana Harrym jako detektywem – mistrzem, on zaś dostrzega jej talent i podobną sobie determinację w dążeniu do rozwiązania sprawy, jak i swego rodzaju utrudniającą współpracę “niesubordynację”. Nie do końca jej ufa. A tym bardziej, kiedy okazuje się, że dziewczyna zgłosiła się do pracy z nim specjalnie, opuszczając jednostkę policyjną w Bergen, gdzie wcześniej także mieszkała. Jak się można domyślać, po pierwszej zamordowanej kobiecie, pojawiają się kolejne ofiary, a cała sprawa okazuje się zataczać coraz szersze kręgi. Które obejmują nie tylko pewne niewyjaśnione śledztwo sprzed ponad dwudziestu lat, lecz również przeszłość osobistą Katriny, jej prywatne motywy do pracy przy tej akurat sprawie. A także to, że kolejne morderstwa prowadzą do wpływowych postaci ze świata norweskiego biznesu, itp. itd.

Nie będę dalej fabuły wydarzeń Pierwszego śniegu w wydaniu filmowym streszczać, bo spoilerowanie moim zdaniem powinno być prawnie zakazane, a w przypadku kryminałów – szczególnie 🙂

Przejdę zatem do krótkiego podsumowania oceny filmu od strony realizacyjnej. Moim zdaniem – widać w nim bardzo wyraźnie – że Alfredson, z powierzonym sobie duuuuużym budżetem umie radzić sobie więcej niż dobrze. Obraz ma świetne zdjęcia, dobrze prowadzoną narrację, łapie napięcie i trzyma w niepewności, nie chwyta się tanich trików, w których montażem naddaje się akcji to, co sie zgubiło lub nie przemyślało. Kamera pięknie, w długich kadrach opowiada wszystko to, co potrzebne.

Obsadowo Pierwszy Śnieg jest pierwsza klasa. Nie ma tu żadnej skuchy, a ponieważ o gustach się nie dyskutuje, nie zamierzam polemizować z osobami, dla których Charlotte Gainsbourg nie jest godna grania bohaterki “pięknej, uwodzicielskiej i eleganckiej”. Gra dobrze.

Tylko po wyjściu z kina w mojej głowie tkwiło to pytanie: czemuż, aż czemuż ja nie pragnę oczekiwać na kolejny “odcinek” ekranizacji prozy Nesbø??? Może to jakaś obsesja, dziwactwo, ale dręczyło mnie to z jednego powodu – prostego jak paczka gwoździ. Jeśli proza Norwega jest tak bardzo uwielbiana przez tak wiele ludzi, to czemu ja nie uwielbiam tego filmu? Czemu mnie nie powala? I ten głos nie dawał mi spokoju. Kilkoro z moich znajomych, którzy jego książki znają (bo namiętnie czytają kryminały) powiedziało mi, że uważają pisarza za sprawnego rzemieślnika w tym gatunku, ale nie mistrza. Kilkoro, że jest wprost doskonały. Jak się domyślacie – nie pomogło mi to wcale. Ja sama po obejrzeniu Pierwszego śniegu miałam jedynie mgliste poczucie, że albo jest to pisarz po prostu przeciętny i nikomu przy jego prozie łba nie urywa – bo umówmy się – nie muszę czytać jego kryminałów, żeby wiedzieć, że w ogólnym zarysie konwencja jakiej się trzymał przy konstruowaniu postaci Harry’ego Hole’a jest sztampowa do bólu. Niesubordynowany samotny policyjny wilk, detektyw – gwiazda, mózgowiec, spieprzone życie osobiste, problemy z nadużywaniem alkoholu, z relacjami, z życiem jako takim… Blabla. To dlaczego ludzie go tak kochają??? (podkreślmy jeszcze raz – 25 milionów sprzedanych książek – czyż nie jest to “dowód miłości”? 😉

Albo to zły film jest. Po prostu. Nie ma trzeciej opcji… A że filmu za zły nijak uznać nie umiałam, to tak się tym pytaniem dręczyłam, że w końcu to do mnie dotarło.

Ekranizacji “The Snowman” nie da się pokochać z prostego powodu, tego który ją w moich oczach “zgubił” – choć jest warsztatowo bardzo dobra. Bo żeby pokochać – trzeba czuć jakiś rodzaj emocjonalnej bliskości z głównym bohaterem, móc go dogłębnie poznać, by stać jako widz – niejako przy jego boku. Na jakiś, choćby nieświadomy sposób, choćby minimalną cząstką siebie – utożsamiać się z nim. Bo tacy bohaterowie jak Harry Hole są właśnie po to tworzeni imaginacją autorów, za którymi przepadami. Ale żeby tak się stało, trzeba być zaiste wybitnym aby taki efekt wywołać w dwie godzinki. I niestety, nieco smętnie zmuszona jestem kończyć me wywody. Największym błędem Alfredsona, przy Pierwszym Śniegu jest to, że zgodził się na robotę nad czymś, czego się w dwie godzinki upchnąć nie da na taki sposób, żeby ludzie zjedli fotel i chcieli jeszcze. To powinien być serial. Albo chociaż mini serial. Dłuższa forma, w której ten na prawdę sprawny reżyser, który doskonale opanował filmowe rzemiosło mógłby dać widzom więcej mięsa, tego mięsa, którego wszyscy oczekujemy, mięsa postaci, którą sie ukocha i będzie chciało żreć i żreć…

A tak – powstał jedynie sprawnie zrobiony film o pewnej zagadce kryminalnej, która sama w sobie jest zlepkiem najbardziej znanych kanw kryminalnych opowieści …I który – moim zdaniem (obym nie była złym prorokiem) zniknie w pomrokach dziejów, a fani prozy Nesbø (jak sądzę) nie zostawią na nim suchej nitki.

  *   *   *

Z pisania recenzji Pierwszego śniegu wyciągnęłam jedną naukę i jeden ważny wniosek. Nauka: nie pisać o filmach traktujących o kultowych bohaterach serii, której się nie zna. Wniosek: Sztuka filmowa to zaiste, oprócz wszystkiego innego – po prostu sztuka wyborów.  A szczególnie dla jej twórców. Każdy reżyser, jak mniemam byłby bardzo rad z możliwości robienia filmu z takim budżetem, takimi aktorami jak Alfredson przy ekranizacji bestsellerowej prozy… Kto by nie chciał?

Ale nawet bardzo sprawny Szwedzki reżyser przy ekranizacji koprodukcji czytelniczego hitu z Norwegii nie jest zdolny sprawić cudu samą swoją skandynawskością. Tej “skandynawskości” jak sądzę, którą kupiły w prozie Nesbø miliony trzeba było więcej scenariuszowego czasu, czasu dla głównego bohatera: Harry’ego Hole’a. Szkoda. Wielka szkoda. Tak… biznes filmowy to bardzo trudna sztuka, z tysiącem elementów składowych. Jednym z nich jest umiejętność rozpoznania, czy materiał literacki, z którym mamy do czynienia to coś, co nie tyle da się “upchnąć w dwie godzinki” (parafrazując pewne dość prostackie porzekadło “jak się sprawnie popieści to dobry reżyser zmieści”) tylko czy to ma sens!

You may also like

ANA, MON AMOUR
JESTEM ROSA
PRZEŻYĆ: METODA HOUELLEBECQA
THE SQUARE

Skomentuj