4
Lip
2018
37

WHITNEY

WHITNEY (Whitney), Reż. Kevin MacDonald, Wyk. Whitney Houston, Bobby Brown, Bobbi Kristina Brown, Cissy Houston, Garry Houston, Clive Davis, L.A Reid, USA / Wielka Brytania, 2018

 

Była wybitnie utalentowana i nie mniej wybitnie piękna. Miała głos jak dzwon, a śpiewać potrafiła niczym sam anioł. WHITNEY– legenda. Whitney Houston – ta sama legenda, która skończyła tak fatalnie. A jej ostatnie lata życia stały się jedynie pożywką dla tabloidów, które (swoim zwyczajem) zgnoiły ją do cna… WHITNEY jest obrazem dokumentalnym, którego nie mogłabym przegapić. Wszak była Boginią mojej młodości. Ale przede wszystkim obrazem kłującym pytaniem: gdzie byli ci wszyscy, którzy mogli jej pomóc?

Na zawsze zapisała się w historii muzyki. I co jest paradoksem jej losu – choć jeden z jej największych przebojów: “I will always love you” nigdy nie zostanie zapomniany i na zawsze będzie z nią kojarzony – jest postacią, której miłości i wsparcia najbliższych zabrakło najbardziej …

 

Whitney

 

Kiedy Whitney Houston wydała swój drugi album zatutułowany po prostu: WHITNEY z singlem “I wanna dance with somebody” (1987) miałam dokładnie 17 lat. W Polsce dogorywała “komuna”, a w USA rządził Ronald Reagan. Whitney Houston miała się stać “produktem amerykańskiego rynku muzycznego”, a ja miałam się stać jej wielbicielką. Nie tylko ja. Sprzedała łącznie ponad 200 milionów płyt (sic!) I jest jedyną amerykańską artystką, której siedem przebojów – jeden po drugim – znalazło się na pierwszym miejscu Listy Przebojów Billboard Hot 100. Magazyn „Rolling Stone” mianował go jednym z 500 najlepszych albumów wszechczasów.

Ale przede wszystkim – przede wszystkim – Whitney Houston była pierwszą afroamerykańską artystką, która pojawiała się tak często w mediach, w tym w najważniejszych stacjach radiowych (również pozycjonowanych jako “białe”) i w MTV! Tu dygresja – dzisiaj to już przeszłość, ale ja jestem z pokolenia, które doskonale pamięta, jakim cesarzem wszechświata muzycznego było MTV w latach 80tych i 90tych zeszłego stulecia. Oglądali tę stację wszyscy…

*    *    * 

Nie widziałam dokumentu, który poprzedza Whitney (autorstwa Nick’a Broomfield’a, pt. “Whitney: Can I Be Me”), więc nie mam porównania. Kevin MacDonald – znany i wielokrotnie nagradzany dokumentalista, w tym Oscarem za “Jeden dzień we wrześniu”; twórca między innymi: “Czekając na Joe” oraz “Marley” a także reżyser fabuły: “Ostatni król Szkocji” – w moim odczuciu do filmu o Whitney Houston podszedł z dużą dozą zrozumienia, empatii i chęci eksplorowania tego, co stało u podwalin tragicznego końca piosenkarki.

Jego dokument jest elegancki i wyważony. Nie przyjmuje tonu oskarżenia nikogo. Raczej smutnie zagląda nam w oczy z niemym pytaniem. Czy rozumiecie, że tragedia Whitney Houston, to tragedia kogoś, kto w zasadzie nie kochał sam siebie… bo nigdy kochany nie był? Poza “tłumami”, rzecz jasna, które ją do pewnego czasu bezkrytycznie wielbiły. Tłumy jednak mają to do siebie, że kiedy Gwiazda upada, odwracają się od niej na pięcie z niechęcią i z szybkością światła. Problemem Whitney było jednak nie tylko to. Ale fakt, że kiedy przestała być na topie – odwrócili się od niej wszyscy…

Zatem, właściwie jest Whitney kolejnym (po “Amy” Asifa Kapadii) filmem dokumentalnym o kobiecie – artystce, która bardzo młodo zrobiła karierę, bardzo młodo osiągnęła bogactwo i szczyt sławy i która bardzo młodo stała się własnością tłumów i bohaterką tabloidów. A najgorsze ze wszystkiego – która żyła w dysfunkcyjnej rodzinie i kogo rodzina traktowała de facto jako “kurę znosząca złote jaja”.

Cynicy mogliby rzec: nihil novi. Ale jednak, a może jednak nie? Bo przecież Whitney Houston nie zmarła w (nie)sławnym 27 roku życia, tylko mając lat czterdzieści osiem…

*    *    *

WH_069_Cissy and Whitney Singing 

Whitney Houston pochodziła z bardzo specjalnej rodziny pod względem muzycznym. Jej matka to Cissy Houston (doskonała piosenkarka soul & gospel), która występowała w chórkach takich gwiazd jak: Dionne Warwick, Elvis Presley i Aretha Franklin. Ta ostatnia, zresztą, została matką chrzestną piosenkarki. A jej kuzynkami były Dionne Warwick i legenda muzyki soul: Dee Dee Warwick.

Tak więc muzykę i talent wokalny miała niejako zapisane w genach. Jej wybitny głos (mezzo-sopran) był jak by to powiedziano w jej rodzinie “darem od Boga”, gdyż Whitney pochodziła z domu religijnie zaangażowanych Baptystów. Jako nastolatka śpiewała w chórze kościelnym i była mocno uduchowiona.

Ale jak to mówią: (a do jej rodziny aplikuje się to powiedzenie doskonale) “kto modli się pod figurą, diabła ma za skórą”…

Pobożni, czy też jedynie fasadowo bogobojni – byli rodzice Whitney ludźmi pełnymi przywar, a przede wszystkim niespełnionych ambicji zawodowych i życiowych. Zresztą rozwiedli się kiedy artystka była małą dziewczynką.

Kiedy ich córka okazała się być kimś, kto podbija Amerykę – jak pokazuje w swoim filmie Whitney MacDonald – szybko potraktowali ten fakt jako coś, na czym cała familia może skorzystać i zbić kapitał. I od tej pory każde z nich, na własny sposób próbowało sterować jej karierą, wymuszać na niej decyzje jej dotyczące. Oraz kontrolować jej rozwój.

 WH_072_I0046_WhitneyHoustonWH_070_I0023_WhitneyHoustonAndFriends

 

 

 

 

 

 

 

 

image005

WhitneyHouston

Kolejne wątki z życia Whitney Houston, odsłaniane w tym dokumencie za pomocą rozmów z członkami jej rodziny, agentami, menadżerami, producentami i asystentami. Oraz, rzecz jasna, za pomocą archiwalnych zdjęć z dzieciństwa, wczesnej młodości, tras koncertowych, życia na backstage’u – budują powolutku obraz świata, w którym Whitney Houston w wieku lat 29-ciu (1992), będąc u szczytu kariery muzycznej przyjęła pierwszą rolę filmową w hicie hitów: “Bodyguard” u boku ówczesnego bożyszcza kobiet Kevina Costnera. Cóż, jak by to ująć? Być może dziś nikt tego filmu już nie ogląda. Ale wtedy obejrzeli go wszyscy. Łącznie ze mną. Szlochałam na nim rzecz jasna po kokardę (która z moich rówieśnic nie – rączka w górę!)… Dość powiedzieć, że zanim Whitney weszła w 30 rok życia była na ustach całego świata, noszona na rękach i uwielbiana. Przebój w jej wykonaniu z tego filmu “I will always love you” do tej pory uchodzi za jedną z najpiękniejszych ballad miłosnych w historii muzyki pop, a który bezskutecznie próbują zaśpiewać tak przejmująco jak ona –  inne wokalistki…

*    *    *

Nie jest tajemnicą, że choc życie estradowe Whitney mocno ją już do tego czasu wyeksploatowało przez nieustanne trasy koncertowe, nagrania i fakt (co trzeba jej oddać), że w występy i śpiew Houston i na scenie i w studio nagrań do pewnego czasu dawała z siebie wszystko. I że żyła w coraz większym stresie, poczuciu lęku czy sprosta swojemu wizerunkowi – wszystko tak na prawdę zaczęło się psuć, kiedy spotkała niejakiego Bobby’ego Brown’a. 

WH_094_JohnWhitneyBobbyCissy

WH_071_clinking champagne glasses

Cóż za freudowsko symboliczne nazwisko w tym przypadku! (“brown” to w amerykańskim slangu heroina)… 

 I nie odmówię sobie dygresji osobistej w tym przypadku. Bobby Brown bierze udział w dokumencie Whitney MacDonalda. Ale określenie “bierze udział” jest mocno na wyrost! Pier*** (pardon my French) same banały, do czasu kiedy pytany o narkotyki w życiu Whitney  odpowiada: “To nie jest kwestia, o której jest ten film”…

I jest to zdecydowanie jeden z dwóch najbardziej dojmujących, a nawet rozpaczliwych wątków tego dokumentu. A jego postawa – budzi zwyczajnie – moje obrzydzenie. I udawadnia jedynie, że jeszcze za życia gwiazdy, nie mogła nigdy na niego liczyć. I że nigdy jej nie wspierał, ani nie poczuł się współodpowiedzialny za jej upadek.

Bo o tym, jak Whitney Houston powoli wchodziła w świat narkotyków opowiadają inne osoby z jej najbliższego otoczenia, w tym dwaj bracia (sami przyznający się do ich zażywania).

Drugim jest ujawnienie faktu, że jako dziewczynka była molestowana seksualnie…

*    *    *

Kiedy gwiazda Whitney Houston zaczęła przygasać, zaczęła się już era cyfrowa. Cały świat wiedział o jej kolejnych porażkach estradowych, finansowych, małżeńskich, rodzicielskich, o jej potwornym uzależnieniu. I o tym, że nigdy nie udawało się jej z niego wydostać na dłużej niż chwilę.

Cały swiat śledził jej ostateczny upadek. I cały świat zaszlochał jedynie na momencik, kiedy odeszła w 2012 roku.

Ale to o czym film dokumentalny Whitney opowiada, czy raczej na czym się skupia jest najważniejsze. A jest tym jej fenomenalny talent, jej olśniewający głos, jej wielkość artystyczna. Jej trwały wkład w świat muzyczny.

Whitney Houston była wybitną piosenkarką. Koniec. Kropka.

Jej umiejętność dotykania ludzkich emocji za sprawą śpiewu jest czymś, co zasługuje na podziw, na zachwyt, na pochylenie się nad tym wszystkim co osiągnęła jako artystka. A czego ona sama nie umiała ani podziwiać, ani tym bardziej się tym cieszyć.  

Co bardzo znamienne – została w głębi duszy – pomimo zarobionych setek milionów dolarów, setek milionów fanów na całym świecie, sławy, splendorów i blasków kimś – komu nie udało się pokonać własnych demonów i traum z dzieciństwa. Kto nigdy nie był w stanie uwierzyć w swoją moc i siłę psychiczną. I zawalczyć o siebie. I co najsmutniejsze z tego wszystkiego, kimś, kto całe życie chciał być kochany, wspierany i szanowany nie za swoje sukcesy i umiejętność “zarabiania” ale za to kim jest jako człowiek. O czym całe życie marzyła.

A komu w tej kwestii nigdy się nie szczęściło.

To bardzo, bardzo smutne, że świat tęskni za Tobą Whitney Houston teraz. Kiedy jest już za późno…

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu WHITNEY na rynku polskim: Kino Świat.

You may also like

DOGMAN
FOKSTROT
TEŻ GO KOCHAM
LOVELING

Skomentuj