4
sty
2016
171

Seven days a week – czyli tekst o damskiej bieliźnie ;-)

 

W czasach, w których dorastałam – byt zwany bielizną damską był – a właściwie jest to opowieść o tym, czym nie był, „zjawiskiem” którego nikt, kto tego nie doświadczył – pojąć nie może 😉

wednesday

PRL praktycznie nie znał bielizny innej niż przaśna i bawełniana, jeśli idzie o tzw. majtki. A coś, co zwie się „bielizną luksusową” pamiętały jedynie obywatelki urodzone przed II wojną światową. Nie wiem, co dorosłe kobiety myślały na ten temat, jak się czuły i czy bardzo im kwestia niemożności zakupu dessous jakkolwiek choćby zbliżonych do tego, co w dzisiejszym słowniku nosi nazwę nawet nie „seksowny”, ale choćby „elegancki” – bardzo doskwierała. Ale stawiam tezę, że dla niektórych musiał być to duży problem.

Nie ma co kłamać, sprawa atrakcyjności i wysublimowania wyglądu majtek – przez całą podstawówkę nie zajmowała mych myśli (prawie) w ogóle. Myślę, że są to uniwersalia pokoleniowe. Dzisiaj, z tego co się orientuję każda dziewczynka przeistaczająca się w nastolatkę ma bardzo osobisty stosunek do tej sprawy. A i rynek oferuje wybór przewielki. Niedawno, z zainteresowaniem zapoznałam się z trendem, który pojawił się jakiś czas temu w USA. A jest nim mianowicie medialny odwrót od promowania damskiej bielizny w wydaniu „sexi” na okoliczność bielizny wygodnej, ładnej – owszem – ale z pewnością nie można powiedzieć o niej wiele więcej. Tzw. stringi są absolutnie passé. Napisał o tym sam The New York Times, co dało mi co nieco do myślenia…

Trend ten zdaje się wpisywać w coś, co wiąże się z zataczającym coraz szersze kręgi nurtem emancypacyjno – feministycznym, który przybiera formę wyraźnie już zarysowanej niechęci wobec atrybutów mentalnego zniewolenia kobiet. Kobieta i jej majtki to ma być jedynie jej sprawa, jej komfort, jej wybór. Żadnego „spętania” w dziwnych i wykoncypowanych paskach, sprzączkach, frymuśnych kokardach na pupie, których naczelnym celem miało to niby być przez minione dwie dekady wzbudzanie męskiego pożądania. Co samo w sobie, jest dość karkołomną koncepcją. Myślę sobie bowiem, a nawet jestem tego pewna, że w materii zwanej pożądaniem – sprawa seksownych majtek – jako taka – ma marginalne znaczenie 🙂

Ale wróćmy do tzw. Dessous lub raczej majtek jeśli idzie o mój wiek nastoletni. Kupowała mi je rzecz jasna mama. Były to majtki bawełniane, zwykłe, raczej nijakie. No, a przynajmniej ja je tak zapamiętałam.

Nie pamiętam już jak to dokładnie było (czyżby tzw. wyparcie?), ale gdzieś pod koniec tzw. podstawówki – mrocznym przedmiotem mojego pożądania – stały się pewne majtki – oferowane jako komplet siedmiu sztuk – każde na jeden dzień tygodnia.

Skąd one były? Może ktoś mi odświeży pamięć? Czy aby nie z Pewexu?

Jedno było pewne w ich przypadku: były zagraniczne!

Każda – absolutnie każda – dziewczynka z mojej klasy ich pragnęła. Choć – umówmy się – z dzisiejszej perspektywy – nie było czego.

Były to bowiem zwykłe białe, bawełniane majteczki, których cały urok zawierał się w napisach oznaczających kolejny dzień tygodnia – za to po angielsku. Och! Co to był za szpan i szyk! Dlatego jak sądzę – mojemu pokoleniu kobiet wryły się w pamięć na zawsze.

I w końcu – o cudzie mniemany – I ja dostałam je kiedyś w prezencie! To zabawne, ale wciąż pamiętam jak bardzo byłam z tego powodu szczęśliwa! Przynajmniej tak bardzo, jak wtedy, kiedy kilka lat wcześniej udało mi się na drodze długotrwałych negocjacji wymienić trzy sztuki serwetek papierowych (w tym jedną niezwykle cenną tzw. “mgiełkę”) na upragnioną, zawistnie pożądaną i wymarzoną serwetkę z podobizną Snoopy’ego.

Widzicie sami, że radości czasów PRL to jednak była sprawa złożona na sposób, którego pojąć (nie przeżywszy) nie sposób 😀

pudlo.2

To wszystko przypomniało mi się kiedy ujrzałam komplet majtek – adresowanych do całkiem dorosłych kobiet – być może (?) nieco “dzieckiem podszytych” 😉 oferowanych przez duńską markę Holly Golightly. Już sama nazwa tego butiku oferującego luksusowe, acz niszowe marki odzieżowe skłania mnie do szurania po ich internetowej stronie częściej niż rzadziej. No bo jeśli ktoś nazywa swoją firmę imieniem i nazwiskiem bohaterki kultowej książki Trumana Capote’a pt. “Śniadanie u Tiffany’ego”, na której podstawie Blake Edwards nakręcił w roku 1961 jeden z ósmych cudów świata kinematografii, wraz z jedyną i przecudowną kreacją Audrey Hepburn w roli głównej – to musi być ktoś fajny!

Na dodatek – jakże uroczo, zabawnie i zgodnie z dzisiejsza symboliką – każdy dzień tygodnia zaopatrzono w stosowne emoji!

Zakochałam się w tej bieliźnie w trymiga.

No bo sami powiedzcie, jak się nie zakochać? – skoro wszyscy wiemy, że poniedziałek to nie środa, a piątek jakże daleki w nastrojach bywa od niedzieli 🙂

Holly G!

You may also like

Partnerstwo przede wszystkim! – czyli o marce JOHN & MARY
Piękno i dbałość – czyli o marce KAASKAS…
GALLIVANT GDAŃSK – czyli o tym jak pachną miasta…
Oda do marki CELINE – czyli o osobowości, stylu i wartościach…

Skomentuj