24
lut
2016
77

CAROL

CAROL (Carol), Reż. Todd Haynes, Scen. Phyllis Nagy na podstawie powieści Patricii Highsmith, Wyk. Cate Blanchett, Rooney Mara, Sarah Paulson, Kyle Chandler, USA, 2015

To nie jest film o „miłości lesbijskiej”. Jest to obraz gloryfikujący MIŁOŚĆ jako IDEĘ. Płeć ma w nim znaczenie jedynie kontekstowe. To – co dla CAROL jest najbardziej istotne – to fakt – że Haynes opowiada o romansie dwóch kobiet w sposób, który jest najbardziej uniwersalny z możliwych. Bo środki wyrazu, jakich używa, są tak zjawiskowe, poetyckie, niemalże oniryczne – że zapierają dech w piersiach.

Carol-new-poster

Reżysera Todd’a Haynes’a cenię jak cholera. Kilka jego filmów uwielbiam, a są nimi “Velvet Goldmine”, “Far from heaven”, “I’m not there”. A także miniserial dla HBO pt. “Mildred Pierce”. Było dla mnie zatem jasne, że zapoznam się z jego najnowszym dziełem. To, że chcąc opowiedzieć o uczuciach – wziął na warsztat powieść Patricii Highsmith pt.“The Price of Salt”, pisarki, której mocno humanistyczną, egzystencjalną i psychologiczną prozą – kino fascynuje się od dawna – mnie nie dziwi. Jej najbardziej znane powieści, wydane w Polsce: “ Znajomi z pociągu” – zekranizował sam Alfred Hitchcock, zaś  – “Utalentowanego Pana Ripleya” Anthony Minghella.

 

Oś narracyjną Carol – obsadowioną w początkach lat 50-tych zeszłego wieku – stanowi “ to coś”, co – jeśli – spojrzeć na to, z tej właśnie perspektywy – jest rzeczą najbardziej banalną pod słońcem. Ktoś kogoś poznaje, całkiem przez przypadek. I od tej pory okazuje się, że zupełnie obca osoba, o której istnieniu nie miało się do tej pory pojęcia – nabiera znaczenia – staje się symbolem: obiektem fascynacji, fantazji, intrygą, roztaczającą urok i nienazywalny czar. Metaforą zagadki, z którą chce się obcować bliżej.

Dlaczego?… Czy ktoś to kiedykolwiek zrozumiał?Carol-a

Nie wiemy dlaczego ktoś się nam podoba, a inni nie. Wiemy tylko czy ktoś się nam podoba czy nie

 

W jednym z drogich domów towarowych Nowego Jorku, gdzie jako ekspedientka zarabia na życie niejaka Therese Belivet (doskonała Rooney Mara), pewnego dnia, tuż przed Bożym Narodzeniem pojawia się po świąteczne zakupy Carol Aird (absolutnie zjawiskowa Cate Blanchett). Wstępem do opowieści o miłości  jest więc kilka wymienionych zdawkowych uwag przy okazji zakupu prezentu i zostawione przez nią na sklepowej ladzie rękawiczki…

Carol jest od Therese dużo starsza. Jest też piękna, błyskotliwa, zamożna, szykowna, elegancka. A także zmysłowa i uwodzicielska. Therese zaś jest bystra, uroczo ładniutka, młodziutka, nieopierzona, ledwo okrzepnięta w samodzielnym życiu. Nie wiedząca o sobie za wiele, poszukująca swojej drogi zawodowej, życiowej, uczuciowej.

Kiedy dojdzie do ich spotkania, a potem romansu – okaże się, że Carol jest w trakcie separacji z mężem Harge’em (Kyle Chandler), a także ma “na koncie” jeden pozamałżeński romans z kobietą o imieniu Abby (Sarah Paulson). A  prowadzone od lat życie kobiety z wyższej klasy średniej, żony wpływowego biznesmena, pani “ze sfer” ją tłamsi. Podcina skrzydła.

 Fabuła Carol owija się wokół tego, co uniwersalnie stanowi sedno ludzkiego istnienia: to pytania o sens życia. Bo jeśli nasze własne, przez nas prowadzone go nam  nie przysparza – to jaki ma sens? A jeśli chcemy by go miało, to w końcu, kiedyś dotrze do nas, że jego poszukiwanie będzie kosztowne. Będzie nam kazało wykolejać się z torów, wywracać wszystko do góry nogami i obracać w perzynę ustalony przez innych ład.

Jeszcze raz chce podkreślić, że płeć kochanek nie ma znaczenia dla tej opowieści, choć – oczywiście socjologicznie i kulturowo rzecz ujmując – ma! To w końcu historia zanurzona w realiach Ameryki lat 50-tych zeszłego stulecia, w której homoseksualizm był napiętnowany społecznie. A konsekwencje wyswabadzania się z opresyjnych szponów tabu, odium i ostracyzmu – były gigantyczne!

Ale, zamknijcie oczy – i pomyślcie o tym, czy nie jest tak w zasadzie? W ogóle? Czyż nie jest tak, że „piętnujemy” wszystko, co wykracza poza ustalone normy, ramy, konwenanse?

Kulturowo obrobioną w wydaniu pop „miłość” lubimy przytulać do serduszka najbardziej wtedy, kiedy jest opowieścią o tym, że „miła pani X spotkała miłego pana Z i żyli długo i szczęśliwie”. A co z tym, kiedy pani X jest czyjąś żoną? Albo pan Z ma żonę i dzieci? Ustalone normy społeczne, to co wygodne, znane, bezpieczne – konstytuują nasze własne poczucie tego, że świat, w którym żyjemy stanowi ostoję bezpieczeństwa dla naszego „ja”. Ci, którzy jakkolwiek, kiedykolwiek chcieli od tego uciec lub byli zmuszeni się z tym skonfrontować – wiedzą, jak bardzo dojmującym i nie do udźwignięcia może się okazać zmiana tego paradygmatu.

Jest też zatem po części Carol obrazem i o tym. O emancypacji – rozumianej bardzo szeroko. O “wychodzeniu z szafy”, o tym jaką cenę trzeba płacić za to, by być sobą. By nie musieć “gwałcić” siebie, by żyć wedle własnych potrzeb, chęci, pragnień…

A przede wszystkim o tym, że kiedy kogoś zaczynamy kochać, kiedy staje się immanentnie ważny dla naszego poczucia bycia spełnionym – nie ma znaczenia to, co myślą o tym inni. I jest – to przyznacie chyba sami – klucz – najbardziej uniwersalny z możliwych do tego, co jest bardzo powszechnie rozumiane pod pojęciem “prawdziwej miłości”.

carol_2

 

Musze też nadmienić, że obraz Haynes’a oglądałam jak dzieło sztuki.  Z najwyższą rozkoszą. Bo malowany  jest kadrami olśniewającej urody. Tworzą go portrety, rodzajowe scenki, oddające to wszystko, co jest kwintesencją rodzenia sie uczucia, intymności, poczucia przynależności do drugiej osoby. Bo też romans Carol i Therese jest opowiedziany w sposób cudownie wysublimowany. To opowieść o MIKROKOSMOSIE MIŁOŚCI.

Zdjęcia – nominowanego do Oscara – Edwarda Lachmana – są obłędnie piękne! Kadrują bohaterki, a przede wszystkim Amerykę lat 50-tych – w scenach pełnych uczepionych danej sobie chwili, nabrzmiałej od znaczeń. Są niczym obrazy  Edwarda Hoppera. Pomagają mu w tym zjawiskowe kostiumy (także nominowanej do Oscara) Sandy Powell.

Carol jest niczym list miłosny. Lub raczej – jak album ze zdjęciami – wyjęty po latach z pudełka przewiązanego wstążeczką. To zebrane w całość fragmenty. Momenty, szczęsne chwile, ułamki sekund, zatrzymane kadry: ekstazy, uwielbienia, podziwu, wspólnoty, radości, oczekiwania, tęsknoty, zadumy, niepewności, zazdrosnej udręki. Kalejdoskop tego wszystkiego, co stanowi dla innych  – często niezrozumiałą zagadkę.

Taka jest właśnie miłość. 

You may also like

Wracają KONFRONTACJE FILMOWE
OJCIEC
PARYŻ, 13. DZIELNICA
WINONA RYDER: mistrzyni, outsiderka

6 Komentarze

  1. blacklady90@onet.pl'
    Justyna

    Miłość nie ma płci; jest nienamacalnym porywem serca i stłamszeniem umysłu, okrutnym szaleństwem, uśmiechem, dotykiem, łzą, namiętnością – często trudno znaleźć równowagę, gdy wpadnie się w jej sidła lub zazna uroku. Miłość boli i łagodzi, miłość cieszy i uskrzydla, buduje prywatny w powszechnym, odgradza od innych. Miłość ma swoje sekrety. Pojawia się nieoczekiwanie, choć bywa też wypracowana. Ciężki temat, bo dotyczy emocji, ale jedno jest pewne: człowiek potrzebuje miłości, potrafi kochać, ale jak zostanie zraniony potrafi równie mocno nienawidzić, zwykle tego, którego darzył ogromnym uczuciem. Kocha się człowieka, nie płeć. Kocha się pomimo wszystko i na przekór wszystkim. Z niecierpliwością czekam na ten film, u mnie w mieście grają dopiero 3 marca. Łączę pozdrowienia i zapraszam również do siebie: http://www.blacklady.blogujaca.pl

    1. Kultura Osobista

      Dziękuję, że napisałaś i podzieliłaś się swoją opinią na temat natury miłości 🙂 Również pozdrawiam i życzę wielu wzruszeń na projekcji CAROL w kinie – już jak piszesz – za niedługo.

  2. Pingback : Kultura Osobista FILMY NA KTÓRE CZEKAM W 2017 | Kultura Osobista

  3. Pingback : Kultura Osobista TAMTE DNI, TAMTE NOCE | Kultura Osobista

  4. Pingback : Kultura Osobista FAWORYTA | Kultura Osobista

  5. Pingback : Kultura Osobista BLUE JASMINE | Kultura Osobista

Skomentuj