11
maj
2016
92

ACTORS ACTING – czyli o fascynacji grą…

Kiedy myślimy WSPANIAŁY FILM – najczęściej wizualizujemy sobie konkretne sceny, czy dialogi z udziałem bohatera, który wrył się nam w pamięć. Niezwykle rzadko myślimy o reżyserze tego obrazu – o innych niezwykle ważnych osobach, których działania spowodowały, że powstał – nawet nie wspominam. Dlaczego to akurat aktorzy tak bardzo nas fascynują?

 

Moja refleksja jest taka, że dzieje się tak dlatego, że aktorzy są tym “elementem” (w tym miejscu przepraszam za użycie tego określenia, wszak mówimy o ludziach!) machiny zwanej produkcją filmową, czy telewizyjną, który jest w tym wszystkim najważniejszy.

Nie da się bowiem, nawet przy brylantowym scenariuszu i giga budżecie na całą resztę – ulepić obrazu, który w widzach wznieci ogień emocji, refleksje, skłoni do peanów, lub wściekłych zaprzeczeń i polemik, do całego spektrum uczuć, których nie odnaleźliby w sobie inaczej – jeśli zabraknie kogoś, kto nas swoją kreacją aktorską -poniesie. Kino jest bytem, który jak każda inna forma artystycznego wyrazu – jest najbardziej wrażliwy na jeden, jedyny czynnik: obojętność. Nie ma dla niego nic gorszego. 

I tak, o ile widziałam wiele produkcji, w których wybitni aktorzy, naddawali całkiem nie wybitnym obrazom polotu, inteligencji, wdzięku, refleksji, momentów wzniosłości – tak, nigdy, przenigdy, w życiu nie widziałam ani jednego wybitnego filmu bez doskonałej gry aktorskiej.

Wierzę w to, że jako widzowie jesteśmy poruszani aktorskimi kreacjami w sposób, którego nie da się zobiektywizować.

Odbiór sztuki –  jest osobniczy, indywidualny. Zawsze takim był. Nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Na drodze – pomiędzy ekranem – a subiektywną oceną dzieła filmowego przez jego odbiorcę – stoi milion czynników. Jednostkowa, unikalna dla każdego z nas percepcja. Wraz z – o czym nie myślimy jako widzowie – tym, kim jesteśmy my sami. Nasza własna wrażliwość na sztukę, poziom erudycji, wiedza, prywatne doświadczenia życiowe, bolączki, sukcesy i porażki, fantazje, marzenia, chęci, plany, niespełnienia i frustracje, wyznawane wartości, styl życia, poglądy polityczne, ba, nawet – płeć i preferencje seksualne – wszystko to finalnie wpływa na naszą ocenę.

Dlatego w moim odczuciu – wielkie filmy, filmy ważne, filmy wspaniałe – to takie, które potrafią “dotknąć zbiorowo” i to one przechodzą do legendy. Tak samo jest z wybitnymi kreacjami aktorskimi. 

Kiedy zbiorowo zgadzamy się, że ktoś genialnie zagrał zbrodniarza, playboya, bandytę, kurwę, ćpuna, femme fatale, słodką idiotkę, pijaka, szaleńca – to mamy de facto na myśli to, co w naszej podświadomości nadbudowała kultura jako ich obrazy, karmiące się wyobrażeniami, fantazjami  – uniwersalnie im przypisanymi.

Zatem być może aktorstwo – wielkie aktorstwo  – jest właśnie tym –  zdolnością do uczynienia z granej postaci kogoś, kto jest właśnie takim “obrazem zbiorowej podświadomości”.

Nie wiem czym de facto jest. To jednak tajemnica. Nie da się jej “opracować” i przedstawić w formie wykresu, formuły, dowodu, który raz zaaplikowany przyniesie plony. Czego dowodem jest fakt, że ani żadna wspaniała aktorska szkoła, ani studia i kursy  w tym zakresie nie zagwarantowały nigdy od zarania dziejów kinematografii żadnemu z jej absolwentów zostania legendą swej profesji – “z definicji”.

Aktorzy są od tego by grać. I to JAK grają jest wynikiem wielu kwestii. I jest to bardziej niż bardzo skomplikowane. Są aktorzy, którzy są mistrzami tego fachu, cesarzami tej profesji. Są zwierzęta aktorskie, którym wystarczy dać “mięso” i oko kamery, niczym lustro, a nas zjedzą. Sa warsztatowcy, są ci, którzy “chodzą” najlepiej pod pewne i specyficzne dyktanda (to częsty przypadek aktorów stale pracujących z jednym reżyserem). Są też i tacy, o których mówi się, że są „nierówni”. Bo raz wprawiają nas w osłupienie swoją maestrią, innym zaś razem przecieramy oczy w niemym zdumieniu, że niedawno oglądany w roli X – skrzący się milionem przecudownych refleksów – brylant  – zamienił się nie wiedzieć czemu tym razem – w drewnianego pajaca.

Nikt tego nie wie dlaczego tak jest. Myślę, że jest to zwyczajnie, po ludzku – skomplikowane. Bo aktorzy, w tym ci najbardziej sławni i podziwiani są przede wszystkim ludźmi. A potem dopiero aktorami. Dlatego być może za najwspanialszych uchodzą ci, którzy są najbardziej samoświadomi, w tym własnych ograniczeń, braków, niemożności. Ci, którzy potrafią powiedzieć „nie”  – pewnym reżyserom, scenariuszom, określonym rolom.

To moje hipotezy. Ale myślę, że bliskie prawdy. Bo przecież – ludzie jako tacy – bez względu na profesje, o których myślimy z szacunkiem, którzy są dla nas autorytetami, stanowią wzór do naśladowania – to ci, którzy te cechy posiadają. Którzy nie wdają się we wszystko, nie gonią za wszystkim, nie udają, że są wszechmocni i we wszystkim wspaniali. Znają swoje mocne i słabe strony. A przede wszystkim mają do siebie dystans.

Obecnie, mało kto już o tym pamięta, ale kino urodziło się i długo rozwijało jako nieme. Od aktorów wymagano zatem tego, by za pomocą “mowy ciała” i tzw. warsztatu byli zdolni wyrazić to wszystko, co działo się z ich bohaterami. Byśmy patrząc na nich, przez długie minuty, często nieopatrzone żadnymi napisami – wiedzieli co czują. I co więcej, byśmy im wierzyli.

Człowiek jako gatunek zanurzony od narodzin w języku jako wytworze kultury, nim właśnie naddaje sobie i swojej narracji o świecie wszystko to, czego grymasy twarzy oraz motoryka ciała nie dopowiadają.

Lecz, przecież, wiemy także, ze psychologia udowodniła już dawno, że mając do czynienia jedynie ze zdjęciem całkiem nam obcej osoby, bezbłędnie odczytamy z wyrazu jej twarzy najważniejsze, a zarazem pierwotne emocje.

Nikt nie pomyli uśmiechu radości ze zdziwieniem, a strachu z gniewem, w żadnej kulturze, pod żadną szerokością geograficzną.

Zawsze mi się ten fakt przypomina, kiedy oglądam kiepskich aktorów lub kiepskie kreacje. Czyż nie jest fascynującym, że choć my sami nie jesteśmy w stanie ani obserwować ani kontrolować tego,  jak dla rozmówcy wygląda nasza twarz, jak układa się ciało przy wyrażaniu pewnych konkretnych emocji – a jednak – bezbłędnie odczytujemy aktorski przekaz w tej materii jako wiarygodny lub nie.

Bo przecież jako gatunek jesteśmy najbardziej skomplikowana istotą, jaka istnieje, jeśli chodzi o odczucia, emocje, skojarzenia, które pojawiają się w nas jednocześnie, w ułamkach sekund – na dany bodziec.

Dlatego, gdy ktoś umie zagrać sprzeczność i skomplikowanie uczuć kotłujących się w kreowanej postaci – niemiejemy z wrażenia.

 

Po dziś dzień – po tysiącach godzin spędzonych na oglądaniu aktorskich performance – takich, czy innych – uważam wciąż, że wspaniałe aktorstwo to tak samo FACH, jak i DAR.

I podkreślam jeszcze raz, że zawsze uważałam i uważam nadal, że to formuła magiczna.

Bo aktorzy są od „grania”. I określenie to ma tu swoje niebagatelne, najważniejsze – symboliczne znacznie. Jest takie powiedzenie w języku polskim, które mówi: “tańczy jak mu zagrają”. Zatem – można by je sparafrazować, mówiąc o wspaniałych aktorach i ich cudownych rolach tak: “grał, jak mu tańczy (w duszy)”.

 

*** Tekst ten jest ilustrowany serią filmików, które The New York Times Magazine zrealizował kilka lat temu, w serii pt. „14 actors acting”.

You may also like

Partnerstwo przede wszystkim! – czyli o marce JOHN & MARY
WONKA
MONSTER
CIVIL WAR

Skomentuj