20
Wrz
2019
10

AD ASTRA

AD ASTRA (Ad Astra), Reż. James Gray; Scen. James Gray & Ethan Gross; Wyk. Brad Pitt, Tommy Lee Jones, Donald Sutherland, Liv Tyler, Ruth Negga. USA, 2019

AD ASTRA to absolutnie przepiękna wizualnie, subtelna i melancholijna odyseja kosmiczna!  Głęboko humanistyczna opowieść o wszystkim, co najważniejsze. A kreujący główną rolę Brad Pitt stworzył w tym obrazie jedną z największych kreacji w całej dotychczasowej aktorskiej karierze.

Chapeu bas!

Ad Astra – w łacinie oznacza “ku gwiazdom”… Gwiazdy i nieboskłon w XIX wieku stanowiły jeden z ulubionych motywów poetów. Szczególnie lirycznych. Roziskrzone nocą niebo – było w tamtych czasach, kiedy jeszcze nikomu nie roiło się w najśmielszych marzeniach, że za sto lat człowiek postawi stopę na księżycu – symbolem majestatycznego i nieosiągalnego ideału, piękna, wzniosłości…

Jak pisał Bolesław Leśmian w wierszu “Gwiazdy”

Tej nocy nie­bo w dresz­czach od gwiazd mru­ga­wi­cy 
Ko­ły­sa­ło swój bez­miar w są­sied­nie bez­mia­ry,
To w próż­nię swe ra­do­sne uno­sząc po­ża­ry,
To zbli­ża­jąc je zno­wu ku mo­jej źre­ni­cy.

Pa­trzę, niby przez na­gły w mej śle­po­cie wy­łom,
A świa­ty roz­iskrzo­ne – za­le­d­wo na mgnie­nie
Od­sła­nia­ją mym oczom, jak nie­ba mo­gi­łom,
Da­le­kie, za­ta­jo­ne w sre­brze ukwie­ce­nie…

Ad Astra zajmuje się (choć niby to pobocznie i marginalnie wobec fabuły podstawowej) – w wyjątkowo poetycki i wzruszający do głębi sposób – zagadnieniem tego, czym jest człowiek w obliczu “kosmosu” i “wszechświata”. Którego pomimo postępu technologii nie zdołaliśmy do tej pory jako gatunek ani zrozumieć ani sobie podporządkować! To film, który jest w swoim najgłębszym sednie skonstruowany wokół zagadki systemu solarnego, systemu – który nas dookreśla – w znaczeniu podstawowym. Jak i uzmysławiający nam – ludziom – jego niepojęty dla nas – a zwodniczy czar. Bo my ludzie – fascynujemy się najbardziej tym, co nam umyka. Czego nie możemy zgłębić, pojąć do cna. Mieć w swoim posiadaniu, całkowicie i na zawsze. Pod pełną kontrolą.

To futurystyczna odyseja “Astronauty – Odyseusza”, który na lataniu w kosmos, tak jak inni latają w delegacje do pracy w innym mieście – przetrwonił pół życia. Miast żyć na prawdę – na swojej własnej planecie zwanej ziemia. By w końcu pojąć, że próby życia życiem kogoś, kto goni coś, co wiecznie mu umyka, na stale podtrzymywanym poczuciu konieczności eksplorowania światów, które nie chcą byc eksplorowane i nie poddają się ludzkim wpływom – mogą prowadzić tylko do jednego: porażki.

Ad Astra to także film o tym, że człowiek jako gatunek tak strasznie się zapędził w gonieniu za tym, by być najbardziej znaczącym nie tylko na zamieszkanej przez siebie planecie, ale w całej galaktyce – że zapomniał o tym, że jego pierwotny habitat – jest tym właśnie, jedynym miejscem, w którym powinien szukać dla siebie możliwości realizacji swojego ja. W miłości i uważności – dla siebie i najbliższych. Z ziemią pod stopami, z oparciem w sobie i tymi, którzy ją zaludniają chcąc tworzyć intymne więzi. Doceniając swoją codzienność. I cud istnienia planety na której żyje, wraz z jej oszałamiającym pięknem. Tej planety, która mu została przeznaczona…

DF_00642FD.psd

*    *    *

Ad Astra to film wyjątkowy. Tak narracyjnie, jak i pod względem kinematograficznym. Jest w nim smutek i poczucie samotności absolutnej przynależne tym, którzy przebywają w kosmosie – wcześniej pięknie ujęte w “Solaris” Stevena Soderbergha oraz w “Interstellar” Christophera Nolana. Ba! wprawni kinomaniacy odnajdą w Ad Astra nikłe cienie “Odysei kosmicznej” Arcymistrza Stanleya Kubricka.

Ale najbardziej narracja Ad Astra skupiona jest wokół zmiany jaka zachodzi w bohaterze, pod wpływem jego nieustających podróży międzyplanetarnych – a czego nie pokazał absolutnie doskonały obraz “Pierwszy człowiek” Damien’a Chazelle’a, opowiadający o Neilu Armstrongu. Bohater główny Ad Astra to mężczyzna XXI-wieczny. Mężczyzna, który choć jest dziedzicem kultury patriarchalnej i tego, co konstytuowało od zawsze wizerunek facetów takich jak on: eksploratorów, niepokonanych zwycięzców, herosów, chlub swego kraju i profesji – nauczył się widzieć siebie samego szerzej. Kwestionować ten “status”. Zadawać sobie pytania. Być wrażliwszym. I tym samym Ad Astra – jeszcze bardziej dojmująco niż “Pierwszy człowiek”. I (tu moja personalna dygresja) mając w roli głównej gwiazdę tego kalibru co Brad Pitt – potrafi i tym samym – nas widzów wznieść w rejestry, w których w końcu dociera do nas coś, co powinno dotrzeć dawno temu…

*    *    *

Rzecz ma miejsce “w nieodległej przyszłości”. Świecie, w którym ziemianie maja się u siebie, na swojej planecie – nie najlepiej, ale za to podbili spory kawał kosmosu. Z sukcesem, zapędzając się dalej i dalej. Już nie tylko Mars. Ale Neptun. Jowisz. Kolejne badania. Kolejne stacje kosmiczne. Kolejne eksploracje. W świecie Ad Astra na księżyc latają już duże rejsowe rakiety dla bogatych. To kolejna kolonia ziemian – zdobywców (czytaj Amerykanów) – na której (nihil novi) 🙁 dzieje się to samo co zawsze w takich przypadkach. Kosmiczny terminal (nazwijmy to tak) niespecjalnie się różni od tego jak wygląda hala odlotów w byle przeciętnym amerykańskim mieście. Jego korytarze wypełnione są automatami pełnymi “fast moving goods” znanych marek, które stoją tam równymi szeregami, jak wszędzie na całym globie…

Roy McBride (F E N O M E N A L N Y – jak ćwierkają ptaszki z Hollywood – gwarantowana nominacja do Oscara! – Brad Pitt) jest facetem koło 40tki, w randze Majora. Zatrudnionym przez siły zbrojne USA. W specjalnej jednostce, dedykowanej eksploracji systemu słonecznego. Jego wieloletni związek z Eve (znamienna rólka Liv Tyler jako ikony kobiecości, ciepła, wrażliwości, oddania –  kwintesencji fantazji o kobiecie – ideale jeszcze z lat 90-tych) jest w rozsypce. Roy nie umie być partnerem. Nie umie wyrażać emocji. Nie umie być kimś, z kim można normalnie żyć. Jedyne, co umie to funkcjonować jako ludzka maszyna. Ktoś, kto nauczył się perfekcyjnie jak – “latać w kosmos” – od dawna. Od wczesnej młodości. Od zawsze można by rzec. Nic dziwnego. Jest synem pioniera XXI wiecznej astronautyki. Wielkiego, “wspaniałego” H. Clifford’a McBride’a (Tommy Lee Jones), o którym NASA uczy w podręcznikach i wychwala swoim adeptom jako przykład kogoś, kto jest jednym z najważniejszych, najwspanialszych astronautów wszechczasów. Tym, który udał się “w kosmos” z misją, by badać pozaziemskie cywilizacje, w przekonaniu, że takowe istnieją i że z pewnością będą chciały z ziemianami nawiązać kontakt. Gotowym by za swoją misję oddać życie. Poświęcić jej wszystko. Zostawiając na ziemi rodzinę. I nie przywiązując do tego zbyt wielkiej wagi.

DF_03080FD.psd

Roy dorastał w jego cieniu. Kogoś kto stał się legendą. Pioniera badań systemu słonecznego. Jest synem faceta, o którym mówiono, że “nikt nie poleciał dalej niż on”. A jednocześnie synem kogoś – kto jako ojciec – go porzucił. Kto zostawił jego, jego matkę a swoją żonę, swoje ziemskie bytowanie dla idei podboju kosmosu. Dla realizacji siebie i swoich ego-pobudek. Dla spełniania się, by mieć poczucie, że wypełnia zadanie większe niż życie i jest “bohaterem”. To było dla niego istotniejsze niż to, że swoją decyzją krzywdzi najbliższych. Kiedy McBride senior “odpłynął” w statku kosmicznym, specjalnie zbudowanym na potrzeby jego misji  w kosmiczne przestworza by realizować swoją i kraju, któremu służył misje – jego syn miał około 10 lat. Od tego czasu skontaktował się ze swoją rodziną jedynie kilka razy. Po czym przepadł bez wieści…

Oś narracji Ad Astra skupia się na pewnym wydarzeniu. Na kwestii dla ziemi jako planety kluczowej. W kosmosie dochodzi do dziwnych i bardzo groźnych wyładowań. Niemożliwych do uchwycenia, zdiagnozowania i skontrolowania zwarć. Katastrofy meteorologiczne nawiedzające na ich skutek planetę, na której mieszka Roy – powodują gigantyczne spustoszenia i nieodwracalne szkody w ekosystemie. I rujnują życie tysiącom ludzi.

Najwyższe władze wojskowo – rządowe obawiają się, że może to mieć związek z tym, że w układzie słonecznym doszło do zakłócenia, którego przyczyną jest stacja /statek kosmiczny, którym dowodził ojciec Roy’a.

Namówiony przez byłego przyjaciela ojca, weterana “gwiezdnych wojen” oraz autorytet w swej branży Thomas’a Pruitt’a (Donald Sutherland)  Roy postanawia, że podejmie się misji udania w kosmos, by dotrzeć do promu, w którym być może wciąż przebywa jego ojciec. I zbadać sprawę przyczyny wyładowań. Celem tej wyprawy ma być uratowanie ziemi przed kolejnymi zagładami ekologicznymi. Ale jego prywatnym celem jest zmierzenie się z ojcem (o ile go odnajdzie). A jak się okaże ta misja stanie się niezwykle istotna dla niego również z innego powodu. Bo każe mu się zmierzyć z sobą samym. Odbyć podróż w głąb siebie. I spojrzeć na to wszystko, co było jego udziałem do tej pory, z nowej perspektywy. Roy zakwestionuje wszystko w co do tej pory wierzył. Czemu poświęcił dotychczasowe  życie. Co zdawało się go konstytuować.

Ad Astra doskonale dobrze udało się w scenariuszu uchwycić pewien niezwykle istotny wątek psychologiczny. A mianowicie to, że każdy syn aby stać się dojrzałym, samoświadomym, samodzielnym mężczyzną, aby stać się autonomicznym ja, na własnych zasadach – musi symbolicznie “zdetronizować” ojca. Zniszczyć cień jego autorytetu i nieomylności, który mu towarzyszył od dziecka. A nieuświadamiany czy wypierany żal zamienić na przebaczenie.

  *   *   *  

Od strony stricte kinematograficznej Ad Astra jest obrazem, który cechują wszystkie najważniejsze składowe amerykańskiego kina wysokobudżetowego, zrobionego z rozmachem, z ambicjami intelektualnymi, ale takiego, które adresowane jest do odbiorcy masowego. To przykład pierwszorzędnej produkcji rodem z Hollywood.  I choć jak dla mnie Ad Astra mogłaby być miejscami nieco mniej patetyczna – w tym przypadku przyznaje się bez bicia, że nie raziło mnie to aż tak bardzo. A to dzięki niezwykle subtelnej i cudownej w oglądaniu grze Brada Pitta!

Za reżyserię Ad Astra odpowiada urodzony w NYC, rocznik 1969 – James Gray. Twórca mający na koncie wiele bardzo ważnych nominacji do najważniejszych nagród filmowych, ze Złotą Palmą w Cannes i Cezarem na czele. To dość znamienne, że w Europie zdają się go cenić bardziej niż w jego ojczyźnie. Jest twórcą między innymi filmu “Imigrantka” z roku 2013 z Marion Cotillard w roli głównej. A wcześniej został zauważony za sprawą dwóch “art-house’owych” produkcji. Nota bene w obu brał udział najwybitniejszy amerykański aktor średniego pokolenia: Joaquin Phoenix: Mowa o “We own the night” z 2007 oraz “Two lovers” z 2008 .

Gray współtworzył do Ad Astra również scenariusz. A scenariusz ten cechuje narracyjna precyzja, dokonale dialogi i co najważniejsze wspaniale pogłębiony rys psychologiczny bohatera głównego!

I choć widać, że Ad Astra jest obrazem, który dość mocno posiłkuje się dorobkiem i rozwiązaniami formalnymi, wykorzystywanymi już wcześniej przez twórców, którzy zajmowali się zagadnieniem lotów w kosmos, podbojami kosmosu i życiem ludzi na promach kosmicznych – udaje się mu pozostać osobnym dziełem! Wspaniałym. Wysublimowanym, refleksyjnym, miejscami – prawie że lirycznym.

Obraz kosmosu, wszechświata – budowany jest za pomocą doskonałych kadrów, wsysających nas w opowieść o bohaterze – niemal bezwiednie. Za prace operatorskie odpowiada wielce utalentowany Hoyte van Hoytema. Z urodzenia Szwajcar, o polskich korzeniach. Facet, ktory studiował w łódzkiej filmówce, a którego profesorem był sam Krzysztof Kieślowski. Jego kariera się od kilku lat rozwija z impetem. Był odpowiedzialny za zdjęcia do tak uznanych produkcji jak: “Her” Spike’a Jonze’a czy “Dunkierka” Christophera Nolana.

Miałam ten przywilej, że mogłam Ad Astra obejrzeć na pokazie specjalnym w IMAX. I sądzę, że w przypadku tego filmu ma to znaczenie. Wizualnie i dźwiękowo czyniąc zeń niezapomniane doznanie 🙂

Za doskonałą kompozycję muzyczną odpowiada Max Richter. Nominowany do nagrody Emmy za ścieżkę dźwiękową do kultowego serialu “Taboo”, autor muzyki do filmów tak uznanych jak “Lore” czy “Walc z Baszirem”.

DF-01828FD.psd

Brad Pitt w Ad Astra prezentuje to, za co wszyscy go kochamy najbardziej. Jest najwspanialszą, najpiękniejszą, najbardziej wzruszającą wersją swego gwiazdorskiego emploi. Roy McBride w jego wykonaniu to absolutny m a j s t e r s z t yk ! Co dla całości filmu ma niebagatelne znacznie. Bo Ad Astra jest obrazem przede wszystkim o człowieku i jego miejscu w tym co nazywa się kosmosem. A dopiero potem o kosmosie jako takim!

I jako że jest to obraz z gruntu jednak poświęcony refleksjom nad tym co znaczy być nie tyle astronautą ale najszerzej – człowiekiem – we współczesnym świecie. W którym dotarliśmy już do krańca naszych możliwości dalszego go eksploatowania – bohaterowie pokroju Roy’a McBride’a są nam wszystkim potrzebni jak powietrze!

Bo potrzebujemy męskich role-modeli. Facetów, którzy będą się umieli wziąć za bary z własnym kosmosem, zwanym narracją o męskości. Facetów, którzy będą umieli pokonać w sobie cień swoich patriarchalnych ojców. Stawić im czoło. I którzy niczego nie będą już chcieli podbijać i na siłę udowadniać, że rozumieją lub chcą byc pierwszymi z rozumiejących jak działa wszechświat. Ale którzy będą w nim partycypować. Realnie. U boku kochających ich kobiet. Umiejąc je kochać i szanować. Facetów, którzy zamiast “zmieniać swiat” zaczną zmieniać siebie. Na lepsze. Zaczną chcieć rozumieć siebie i umieć nazywać swoje emocje i potrzeby. I nauczą się kooperacji zamiast rywalizacji.

A kiedy ten czas nadejdzie, jestem pewna, że ziemia będzie najwspanialszą z planet w całym układzie słonecznym 🙂

*** Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu AD ASTRA na rynku polskim: Imperial Cinepix.

You may also like

(NIE)ZNAJOMI
BÓL i BLASK
PAVAROTTI
W DESZCZOWY DZIEŃ W NOWYM JORKU

Skomentuj