5
Lut
2019
20

ANIOŁ

ANIOŁ (El Angel), Reż. Luis Ortega, Scen. Luis Ortega, Rodolfo Palacios, Sergio Olguín, Wyk. Lorenzo Ferro, Chino Darín, Daniel Fanego, Mercedes Morán, Cecilia Roth, Luis Gnecco, Argentyna / Hiszpania, 2018

ANIOŁ to przede wszystkim nietuzinkowa gra gatunkami kina, zrobiona w estetyce kojarzonej najmocniej z Pedro Almodovarem. W nasyconych – kontrastującymi ze sobą barwami – zmysłowych kadrach; w dopieszczonej scenografii; w oku kamery skupionej często na mikro detalu – czai się coś więcej… W najgłębszej swej warstwie, w traktowaniu tego, o czym obraz ten opowiada – Anioł jest historią o iluzji, której wszyscy zbyt łatwo ulegamy. Jawnie szydzi z wciąż żywej i wszechobecnej w popkulturze wiary w to, że piękno równa się dobro…

Anioł jest bez wątpienia największym osiągnięciem w karierze reżyserskiej Luisa Ortegi. Najnowszy film Argentyńczyka z pochodzenia (rocznik 1980) wyprodukował sam Pedro Almodóvar oraz twórcy doskonałych “Dzikich historii”. To jego siódma fabuła. Która nie tylko kandydowała do Oscara, ale także miała swoja premierę w prestiżowej sekcji “Un certain Regard” na zeszłorocznym MFF w Cannes.

Akcja Anioła dzieje się w latach 70tych zeszłego wieku w Buenos Aires. (Ach te boskie Buenos!). Za inspirację do filmu posłużyła Ortedze prawdziwa historia Carla Robledo Pucha zwanego „Czarnym Aniołem”. Złodzieja, który na przełomie 1971-1972 roku zabił łącznie 11 osób. Reżyser wykorzystał ją do tego, by opowiedzieć o tym, o czym na co dzień nie lubimy myśleć. I co wypieramy ze świadomości. Do ponaigrywania się, a wręcz zabawienia konwencja, utartymi stereotypami, banałami, w które wszyscy lubimy wierzyć, a które z życiem i jego realiami nie mają wiele wspólnego.

Popkultura wynudziła nas już do imentu swoimi wytworami, w których seryjni mordercy i różni inni zwyrodnialcy to nieszczęsne ofiary przemocy domowej, czy też traum wszelakich, zaznanych już we wczesnym dzieciństwie. Lub też po prostu – ludzie na wyraźny i widoczny tzw. gołym okiem – “inni”. Czy to psychicznie czy też fizycznie. Na jakiś sposób, od dawna naznaczeni poprzez swoją odmienność i tym samym odróżniający się od reszty tzw. normalnego, zdrowego społeczeństwa… Wszyscy tak bardzo nasiąkliśmy tymi obrazkami – makatkami, że zapominamy o tym, że po pierwsze to nieprawda. A po drugie (lub po pierwsze), że XX-wieczny system prawny, a zwłaszcza jego wymiar karny opierał się na tzw. teorii lombrozjańskiej. Której twórcą był niejaki Cesare Lombroso (1835–1909), włoski antropolog, kryminolog i psychiatra w jednym (z tytułem profesora – pracujący jako wykładowca na uniwersytecie w Turynie). Oraz propagator tzw. antropometrii. Do jego największych dzieł należy praca “L’uomo delinquente” (“Człowiek zbrodniarz”). W skrócie: Lombroso był prekursorem oraz położył podwaliny pod tzw. pozytywistyczną szkołę kryminologii, w której cechy psychiczne były powiązane z cechami fizycznymi. Jego teorie, a zwłaszcza fakt, że jako asystent w zakładzie medycyny sądowej oraz wieloletni lekarz więzienny – mierzył, warzył i szacował cechy fizyczne obiektów swoich prac badawczych i spisywał obserwacje – doprowadziły go (tak pojmowano jeszcze sto lat temu naukę) do opracowania szeregu wniosków, które wpłynęły na kształcenie pracowników wymiaru sprawiedliwości i cały system penitencjarny na prawie stulecie (sic!) A wnioski te (szczęśliwie obalone przez współczesną naukę) kazały na podejrzanych o przestępstwa patrzeć także przez pryzmat ich fizyczności. W jego teorii / typologii przestępców (nota bene to on jako pierwszy użył określenia “urodzony przestępca”, które wiele dekad potem z lubością zaadaptowali i wykorzystywali nagminnie w kinematografii Amerykanie) tzw. przestępcy antropologiczni charakteryzowali się pewnymi cechami fizjonomii, w których ciemny odcień skóry, nadmierne owłosienie, wyjątkowo szerokie i płaskie czoła, nieprawidłowości w budowie czaszki, wielkie uszy, wyłupiaste oczy, etc. stanowiły najczęściej powtarzające się statystycznie cechy, które wpajano jako charakteryzujące zbrodniarzy, a zwłaszcza seryjnych morderców – adeptom kryminologii, policjantom, śledczym, etc. – jak świat długi i szeroki …

Prawdziwy Carlo Robledo Puch był całkowitym przeciwieństwem tych teorii. Pochodził z dobrego domu, spokojnych, łagodnych i praworządnych przedstawicieli klasy średniej. Był przystojny i uważany za niezwykle sympatycznego. Jest do tej pory (po 45 latach) najdłużej przebywającym w zakładzie karnym więźniem w historii Argentyny…

Luis Ortega postanowił tę fascynującą mieszankę wiedzy i faktów połączyć w opowieść o swojej wersji historii  “Anioła, który niósł śmierć”…

A także, zmierzyć się na swój sposób z fascynacją kina seryjnymi mordercami. A przede wszystkim z pytaniem o to – jak to się dzieje i dlaczego w młodych ludziach może obudzić się żądza zabijania?

*   *   *

Lorenzo Ferro (świetnie kreujący rolę głównego bohatera) z racji swej fizjonomii doskonale by się sprawdził w bardzo drogiej, amerykańskiej i mainstreamowej fabule o bohaterze, który dzięki swym licznym przymiotom charakteru heroicznie wydobywa się z wielkich kłopotów, pokonuje wielkie przeciwności losu, a widzowie szlochają ze wzruszenia nad tym, jak to wspaniale, że mu się udało. A na pewno – takiej, w której miałoby się go pokochać całym sercem. W trymiga.

Tymczasem Luis Ortega czyni go bohaterem filmu o seryjnym zabójcy (hehe). W tym miejscu nie odmówię sobie przyjemności osobistej dygresji, że punkty za film Anioł reżyser zebrał u mnie już choćby za to, że nie uczynił tego, czego szczerze nie znoszę – czyli “obsadzanie aktorów po warunkach”…

Bo to, że Carlos jest ŚLICZNY – to jest mało powiedziane. Ma twarz cherubina. Duże, piękne oczy. Burzę ciemnoblond loków. Usta mięsiste, zmysłowe. Uśmiech rozkoszny. Ciało szczupłe i po dziecięcemu niewinnie jasne i bezwłose. I obezwładniający czar osobisty. W zasadzie w każdym kogo spotyka – budzi jedynie zachwyt. I pożądanie…

Kiedy go poznajemy – jest drobnym 17-letnim złodziejaszkiem. Bardziej bawi się w bycie złodziejem, niż nim jest. Bo nie okrada wilii i apartamentów bogatych mieszkańców Buenos Aires z potrzeby zysku, czy dlatego, że jest biedny. Robi to, bo to lubi. Jest w tym dobry, stanowi to dla niego swego rodzaju rozrywkę. Która daje mu adrenalinowego kopa. I bliżej niesprecyzowane, ale niezwykle ekscytujące poczucie mocy i sprawstwa. Carlos jest jedynakiem. Mieszka z rodzicami w sympatycznym domku. Ojciec chłopaka jest łagodnym, uczciwie pracującym, poczciwym facetem. Który stara się wpoić synowi wartości, takie jak konieczność nauki w celu zdobycia porządnego fachu oraz etos ciężkiej pracy.

Matka zaś gospodynią domową, która (co dość znamienne) w swego ukochanego synka wpatrzona jest jak w obraz. Chłopak w zasadzie robi co chce, a jak jest za coś przez rodzicieli strofowany, to z uśmiechem na ustach przeprasza – obiecując poprawę. I wszystko wraca na stare tory.

Luis Ortega szkicuje zatem kontekst, umiejscawia w nim bohatera – by dość szybko przenieść punkt ciężkości swego obrazu w strony znacznie mroczniejsze.

W szkole, do której bohater uczęszcza z wyraźną niechęcią i jeszcze bardziej nią znudzony zafascynuje go fizycznie stanowiący jego przeciwieństwo – zadziorny i znacznie bardziej od niego hardy brunet o urodzie żigolaka – niejaki Ramon (bardzo dobry Chino Darín). Szybko staną się najlepszymi kumplami. A kiedy Carlos połączy swoje zdolności i uwodzicielską charyzmę z naukami, jakie zacznie pobierać u ojca Ramona – zawodowego złodzieja i kryminalisty (w tej roli Daniel Fanego) – szybko stanie się oczywiste, że swiat przestępczy okaże się nie tylko go fascynować, ale też dawać mu poczucie władzy. A także szybko nauczy, że jego uroda fizyczna pozwala mu doskonale wręcz świetnie ludźmi manipulować…

Od momentu w którym chłopak zacznie umieć się obchodzić  z bronią – dostrzegać będziemy coraz częściej w jego niewinnych rysach coraz więcej bezwzględności, a w jego przepastnych oczach – coraz więcej zimnego okrucieństwa…

I tak, niemalże “niepostrzeżenie” Ortega – nie zmieniając stylistyki, w której piękno miesza sie płynnie z brzydotą, groteska ze scenami gwałtownymi. A zabawie towarzyszy narastająca przemoc, pulsująca niemalże w rytm doskonałej ścieżki dźwiękowej – pokaże jak z Carlosa “Anioła” robi się Carlos “Anioł śmierci”.

*    *    *

To, co osobiście, uznaje za największy atut obrazu Anioł (poza jego warstwą stylistyczną – która jest świetna) to perspektywa, którą Luis Ortega obrał w opowieści o swoim bohaterze. A jest nią pytanie, na które de facto w filmie tym jednoznacznej odpowiedzi nie otrzymamy. Czy Carlos jest psychopatą? Czy też nie?

A skrajny narcyzm – dodam na marginesie – jest przez psychologię za symptom tejże –  uważany…

Anioł z premedytacją wykorzystuje zapożyczenia i cytaty (choć nie jednoznacznie, ale na własny sposób je transponując) z najbardziej ikonicznych amerykańskich filmów o bandytach i seryjnych zabójcach, z “Bonnie i Clyde” oraz “American Psycho” na czele. By cały czas trzymać nas w niepewności co do stanowiska w tej sprawie.

I jeśli o mnie idzie, nie mam z takim podejściem najmniejszego problemu. Bo to, co wydaje mi się najbardziej frapujące w filmie Anioł to fakt, że czyni z urody Carlosa fetysz. Rodzaj  „kostiumu” który go (do czasu) chroni. Jest swego rodzaju wręcz kampowo rozegraną wersją “super-mocy”.

A to odbieram jako swego rodzaju – bardzo zmyślne szyderstwo. I to nie z bohatera. Ale z nas samych, widzów, żyjących w kulturze, która fizyczną atrakcyjność uczyniła czymś, co pozbawia klarowności spojrzenia, otumania, hipnotyzuje. Gloryfikuje.

Bohater filmu Anioł – jest dla mnie w tym znaczeniu kimś, przy którym pytanie o to, czy jako seryjny morderca jest naznaczony rysem psychopatii czy nie – staje się zupełnie nieistotne. Istotnym jest raczej to, że świat nauczył Carlosa, że skoro ludzie nie mogą przestać na niego patrzeć z zachwytem, z samego tylko powodu, że jest piękny  – posiada nad nimi władzę. A zatem finalnie – może wszystko…

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu ANIOŁ na rynku polskim: Best FIlm.

You may also like

KRÓLOWA KIER
GLORIA BELL
ONI
NIEDOBRANI

Skomentuj