30
sierpień
2021
7

BIAŁY LOTOS

THE WHITE LOTUS (Biały Lotos), Pomysłodawca: Mike White, Wyk. Jake Lacy, Murray Bartlett, Alexandra Daddario, Steve Zahn, Connie Britton, Jennifer Coolidge, Sydney Sweeney, Brittany O’Grady, Fred Hechinger, Natasha Rothwell, Lukas Gage, Molly Shannon, USA, 2021, Produkcja HBO

Dawno nie oglądałam produkcji komediowej, która byłaby tak bajecznie dobra! BIAŁY LOTOS to perełka! Tak gatunkowo, jak i realizacyjnie. Acz – jak sądzę – nie każdemu jej konwencja będzie w smak. Gdyż miniserial Biały Lotos to satyra na “problemy ludzi pierwszego świata”, w której zabawy jest tyle samo co goryczy. A przyglądanie się przedstawionym w nim co poniektórym bohaterom może boleć…No, cóż tak to bywa, kiedy ktoś podsuwa nam pod oczy zbite lustereczko. Z czego się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie 😉    

Robiąc tzw. research przy pisaniu tego tekstu, ze zdumieniem odkryłam, że za nic nie mówiącym mi wcześniej (ups!) nazwiskiem pomysłodawcy oraz reżysera w jednym Białego Lotosu stoi postać bardzo znana w amerykańskiej branży filmowej. Mike White jest trzykrotnym laureatem (a pięciokrotnie nominowanym do) prestiżowej nagrody: Film Independent Spirit Awards za najlepszy scenariusz! No cóż, ten brak wiedzy to konsekwencja tego, że rzadko oglądam amerykańskie komedie. A jak się okazało: “Rok psa” z roku 2007 oraz “Beatriz na kolacji” (2017) to jego najbardziej znane rzeczy, w dodatku tę pierwszą jeszcze wyreżyserował. Drugie “odkrycie” na temat pomysłodawcy Białego Lotosu było z rodzaju tych, które jeżeli chodzi o tzw. merytorykę znaczenia nie mają, ale jednak nie omieszkam o tym wspomnieć. Otóż pan White urodził się dokładnie tego samego dnia i roku co ja!

Czy fakt ten może mieć wpływ na to, że tak po drodze mi z jego zjadliwym, mocno sarkastycznym, a miejscami wręcz wrednawym poczuciem humoru – pozostawiam Waszej ocenie (hehe).

*   *   *

W swoich nielicznych tekstach, poświęconych produkcjom komediowym – zawsze podkreślam, że pierwszorzędne znaczenie ma dla mnie to, czy śmiech w nich jest “pusty” czy też jednak czemuś służy. A satyra – to najcięższy kaliber w tym gatunku. Trzeba dużej samokontroli i umiejętności wyważenia słów, czujności w stosowaniu metafor i symboli, aby się nią sprawnie posługiwać w kinie. Bo też, czego brylantowym przykładem jest właśnie Biały Lotos – satyra często balansuje na granicy pomiędzy tym, co dla widza komediowego jest jeszcze “znośne” w gatunku – nie oszukujmy się – po który ludzie sięgają najczęściej aby się po prostu zabawić i odprężyć. A staje się już swego rodzaju ciężarem, kiedy gatunek ten skręca w rejestry, gdzie widzowi może się (a nawet powinno) zrobić nieco nieprzyjemnie… tak właśnie, kiedy jak to się mówi w żargonie popkulturowym, ktoś nas zmusza do “wyjścia ze strefy komfortu”. Uj! Rechoty i śmieszki zaczynają nieprzyjemnie grzęznąć w połowie między brzuchem a gardłem. Bo “tak jakby” coś nam zaczynają przypominać. I “tak jakby” najczęściej przypominają nam do złudzenia albo nas samych, albo świat, który dobrze znamy albo ludzi, których mamy możliwość widywać na co dzień, wśród których żyjemy. Wtedy robi się niewygodnie…

Za największą zaletę Białego Lotosu uważam właśnie dokładnie tę jego immanentną cechę. To komedia, ale taka, przy której oglądaniu robi się czasem nieswojo! Problemy bohaterów (fenomenalne dialogi!) są tu pokazane na taki sposób, że żeby nie wiem jak się starać, nie da się przy oglądaniu tej produkcji nie zacząć zastanawiać nad tym, jak MY sami wypadamy w tym krzywym zwierciadle. Albo inaczej – czy nie jest jednak tak, że choć Ci tam, ci wszyscy, choć nie my, nie o nas, i gdzie tam w ogóle przykładać jedno do drugiego – to dziwnym zbiegiem okoliczności odnajdujemy (bez przyjemności) w sobie samych jakieś drobiny i odpryski z ich postaw, wypowiedzi, poglądów, lęków, frustracji, ambicji, pragnień i pożądań….

No i jest jeszcze kwestia zasadnicza, która czyni z Białego Lotosu jeżeli chodzi o fabułę rzecz uniwersalną kulturowo (w naszej globalnej – zmonetaryzowanej wiosce – zwanej światem). Choć jest z gruntu szyderą z przedstawicieli wyższej klasy średniej w dodatku reprezentowaną przez samych Białych Amerykanów.

Inaczej nie miałaby takiego globalnego wzięcia.

Dlatego też, przyznaję, nazwisko pomysłodawcy Białego Lotosu od tej pory w moim kinofilskim serduszku zapisało się na zawsze. Nie jestem naiwną gęsią, i doskonale wiem jak działa system w amerykańskiej kinematografii. I ile zatem wysiłku, samozaparcia i konsekwencji (nie wspominając o talencie) musiało kosztować 51-letniego obecnie White’a dojście tu gdzie obecnie jest – jeżeli chodzi o tzw. karierę…

Bo, o czym nie lubimy pamiętać, albo wręcz udajemy, że zupełnie nas nie dotyczy, wszak nie jesteśmy krajem “kolonizatorów” jak Jankesi – jednak poczucie wyższości rasowej oraz finansowej towarzyszy przedstawicielom naszego gatunku jak świat długi i szeroki. I to w mniej atrakcyjnych miejscach niż uber luksusowy resort na Hawajach: Biały Lotos. W przypadku Polaków wystarczą czterogwiazdkowe hotele z “all inclusive” w Tunezji albo Egipcie…

Biały Lotos mierzy się doskonale, wbijając żądło swej satyry dokładnie tam gdzie trzeba, z jeszcze jedną niewygodną społecznie kwestią. A jest nią system zależności nie tyle już “biednych” od “bogatych”, ale bogatych od tego co czyni ich kontakt ze światem czymś, na kształt macania rzeczywistości poprzez impregnowane rękawiczki. Prawdziwi ludzie (a raczej ludzie nie będący tacy jak oni) i ich realia ich nie interesują, bo żyją w swoich własnych bańkach, w których gros ich pieniędzy idzie właśnie na to, żeby się z rzeczywistością nigdy nie zetknąć, a już tym bardziej nią nie “ubrudzić”…

I to właśnie każe mi twierdzić, że Biały Lotos jest produkcją znacznie lepszą, niż mogłaby być, gdyby nie była pomyślana i zrealizowana w konwencji, którą przyjął jej pomysłodawca. Człowiek, który obśmiewa i pokazuje bez owijania w bawełnę to, co zamiatane pod dywan, chowane za wyszczerzonymi w tzw. amerykańskim uśmiechu zębami, tymi wszystkimi frazesami, które wypowiadane są “na użytek publiczny”. Biały Lotos nie tylko nie kłania się politycznej poprawności (oj, zupełnie nie – miód na moje serce) 🙂 , ale dodatkowo jest niczym bezczelny gość na przyjęciu VIP’ów, który ma jaja na tyle duże, by bez pardonu powiedzieć: patrzcie! Król jest nagi. Kiedy odrze się ich z blichtru, atrybutów prestiżu i kasy, którymi świecą, przysłaniając innym widok na rzeczy sedno – to zwykli ludzie. Często dość szpetni charakterologicznie: małostkowi, zawistni, pogubieni, sfrustrowani, i nieporadni w kontaktach z najbliższymi. A przede wszystkim stale coś i kogoś udający – tak przed sobą samymi, jak i światem. I żyjący życiem, które jest fasadą. Czy naprawdę jest im czego zazdrościć?

*   *   *

Mam świadomość, że moje stałe powtarzanie tego, że brzydzę się spoilerowaniem jest zwyczajnie nudne, ale taka jest prawda. Zatem znów ograniczę się w przypadku recenzji Białego Lotosu do minimum informacyjnego. Bo jest to akurat produkcja TV z grupy “premium”, czyli takich, w której gatunek komediowy jest wykorzystany bardzo inteligentnie i sprytnie i choć Biały Lotos posiłkuje się miejscami rozwiązaniami narracyjnymi z mojego punktu widzenia przekraczającymi granice dobrego smaku – jednak na tyle rzadko i z zamiarem aby czemuś większemu to służyło, że mu to wybaczam.

Już w odcinku pilotowym White zastosował doskonały zabieg scenariuszowy, dając znać, że oprócz tego, że będzie śmiesznie, będzie też prawdopodobnie nieprzyjemnie, a z całą pewnością – będzie ciekawie – bo też od razu widzowie zostają przyklejeni do fabuły mocą zaanonsowanej zagadki kryminalnej…

 *   *   * 

Armond (absolutnie prześwietny Murray Bartlett) jest menadżerem uber luksusowego resortu wypoczynkowego na Hawajach o (tytułowej) nazwie Biały Lotos. Jest tam dosłownie wszystko, o czym bogaty klient, chcący “wypasionych” wakacji i wypoczynku z dala od zgiełku miasta i “zachodniej cywilizacji” (ykhm) mógłby chcieć. Dedykowane, wielkie apartamenty luksusowo urządzone; kameralne odkryte baseny, z wygodnymi leżakami; restauracje, drink bary; dostęp do prywatnej plaży, w pełni wyposażonej w udogodnienia; salon SPA z bogatą ofertą odnowy biologicznej i wellness (którego menadżerką jest niejaka Belinda grana przez Natashe Rothwell); możliwość korzystania z instruktorów nauki nurkowania, możliwość zamówienia prywatnego rejsu łodzią motorową, by sobie zażyć oceanu, oraz posnorklować przy rafie koralowej… O takich ‘bzdetach’ jak wyśmienita oferta gastronomiczna; całodobowa, gnąca się w pas obsługa gotowa spełniać zachcianki gości na każde skinienie oraz – najważniejsze w dzisiejszym świecie – nieograniczony, stały dostęp do WIFI (hehe) – nie wspominając.

Główna akcja fabuły serialu Biały Lotos skupia się na tygodniu wakacyjnym kilku osób, oznaczonych w hotelowej nomenklaturze jako VIP’y, które Armond wraz z podległymi mu pracownikami luksusowego przybytku, usytuowanego przy samej plaży jednej z hawajskich wysp wita osobiście kiedy już dopłyną dowiezieni tam łodzią motorową z lotniska. Wszyscy wyszczerzeni po ósemki stoją w równym szeregu oczekując, na powitanie “Państwa”. I przy pomocy przedzielonej przez Armonda osoby do pomocy zostaną odeskortowani, wraz z dziesiątkami swych luksusowych waliz do swych apartamentów. I do jednej z bardzo niedawno przyjętych pracownic, która jeszcze się uczy “co i jak” wypowiada takie oto zdanie: “machaj Lanny, machaj na przywitanie z takim entuzjazmem, jakbyś miała to rzeczywiście na myśli”…

To jedna z kilku ważnych scen odcinka pilotowego serialu wprowadzająca nas w jego klimat. Bardzo znamienna. I która buduje charakter całej narracji już w początkach tej świetnej produkcji.

Oto VIP-owski skład:

Czteroosobowa Rodzina Mossbacher (stereotypowe wcielenie “idealnej rodzinki” 2 + 2) z towarzyszącą im przyjaciółką córki (Brittany O’Grady), której status w tej rodzinie okaże się być z czasem znacznie bardziej psychologicznie skomplikowany, niż się wydaje ze scen początkowych.

Nicole (Connie Britton) to matka: CEO spółki o miliardowych obrotach, o wdzięcznej nazwie “Poof”, a działającej w branży digitalnej.

Jej małżonek (Steve Zahn) ma na imię Mark. O jego zawodowych sprawach nie dowiemy się za dużo, ale z pewnością dowiemy się, że na wakacje pojechał sądząc, że ma poważne problemy zdrowotne oraz o tym, że zarabia znacznie mniej od swojej żony, a co – choć twierdzi inaczej – raczej jednak ma wpływ zarówno na dynamikę relacji z małżonką i jakość ich stadła, a przede wszystkim na relacje z dziećmi: rozpuszczoną, pyskatą i jędzowatą starszą córką Olivią (Sydney Sweeney), która niedawno rozpoczęła studia oraz młodszym synem o imieniu Quinn (Fred Hechinger) 16-latkiem w apogeum nastoletniego pogubienia życiowego.

Świeżo poślubieni państwo Patton: Shane (Jake Lacy) to bogacz z rodziny bogaczy, nowojorski WASP, z tych najgorszych. Bufon, mizogin, maminsynek i moralna menda. Ale cóż z tego, skoro jego status społeczny i finansowy oślepia od dawna, marzące o wżenieniu się w jego rodzinę panny. W Białym Lotosie wylądował z Rachel (w jej role wciela się Alexandra Daddario), którą sobie wybrał i która poszła z nim do ołtarza. Niezbyt jest co prawda z niej mądra dziewczyna, ale za to wygląda jak XXI wieczna reinkarnacja “Królewny Śnieżki”, której jak wiadomo „do szczęścia” potrzebny był jedynie książę. Wszystko w niej jest śliczne i wdzięczne. Razem z łagodnym i niekonfliktowym usposobieniem. A jak wiadomo tacy faceci jak Shane Patton na żony wybierają dziewczęta po warunkach. Jakich? Jak nie wiecie, to się dowiecie 😉

O podroży poślubnej takiego autoramentu jaką mają państwa Patton, i pobycie w Białym Lotosie w jej ramach, jak mniemam, marzą zyliony mniej uprzywilejowanych społecznie młodych par na całym świecie. Ta jednak okaże się bardzo mało udana, i bardzo brzemienna w konsekwencje nie całkiem sympatycznej natury. Ale cóż zrobić? Ludzie tacy jak Shane, to produkty swoich matek, chowani od dziecka na “Bożydarów”, którym mamusie wmówiły, że są ósmym cudem świata, a tym jak wiadomo należy się świat cały, i to ścielący się u stóp. A dziewczęta takie jak Rachel zazwyczaj muszą w związku z tym odrobić bardzo bolesne lekcje na temat tego, że to właśnie takie kobiety jak jej teściowa stanowią żelazne kolumny podtrzymujące patriarchat, a potem jeszcze bardziej bolesne z zakresu własnej emancypacji…

Jest jeszcze jedna VIP, która przybyła na ten sam “turnus” do Białego Lotosu – niejaka Tanya McQuoid (świetna Jennifer Coolidge), samotna kobieta w wieku średnim, również dziedziczka fortuny, milionerka, z problemami emocjonalnymi i psychologicznymi. Ona z kolei Biały Lotos wybrała nie tyle na wakacje, co w pewnym osobistym celu, a jest nim spełnienie ostatniej woli jej niedawno zmarłej matki, która życzyła sobie by jej prochy rozsypać w oceanie…

*   *  *

Pora na konkluzje. Biały Lotos to rzecz inteligentna i mocno zjadliwa. Która sportretowanym bohaterom przygląda się nie tyle całkowicie bez sympatii i empatii, co uważnie, z czujnością. A przede wszystkim z przekąsem i z ironiczno – sarkastycznym uśmieszkiem na ustach. Rodzaj cynicznej wiwisekcji świata ludzi, którzy w tej produkcji dostają od jej pomysłodawcy “po łapach”. Tam gdzie się im należy i jeżeli im się należy. Bo akurat tak się złoży, że na wypasionych wakacjach w Białym Lotosie przydarzą się im wszystkim rzeczy, których się nie spodziewali i które każdego z bohaterów, choć na inny sposób wytracą z jego dotychczasowej “strefy komfortu”. Jedni z nich wyciągną z tego lekcje, inni nie. Jedni poradzą sobie lepiej, inni gorzej. Do jednych dotrze coś na chwilę jedynie, a do innych być może już trwale i na zawsze.

Wszyscy jako ludzie jesteśmy podobni, zdaje się mówić Mike White. Mamy marzenia, plany, ambicje. Wszyscy chcemy miłości, uwagi i dostrzeżenia tego, co w nas najlepsze. Uznania dla naszych starań. Troski, empatii i zrozumienia.

Ale, nie, czekaj. To nieprawda. Niektórzy zawsze chcą jedynie tego, żeby świat cały ich witał wyszczerzony po ósemki. I machał ręką tak przyjaźnie jakby byli najbardziej wyczekiwanymi gośćmi pod słońcem. Czy to jedynie kwestia pieniędzy? Na to pytanie Biały Lotos odpowiedź zostawia nam, widzom. Ale mocno sugeruje, że to raczej kwestia wyboru. Wyboru świata, w którym chcemy żyć i wartości, które w nim rządzą….

 

You may also like

KATLA
MARE Z EASTTOWN
NORMALNI LUDZIE
RZĄD

Skomentuj