15
wrz
2015
224

Chanel Boy-friend – czyli o ponadczasowych wartościach

Najnowszy model zegarka Chanel – z damskiej kolekcji o jakże urokliwej nazwie Boy-friend to w moim przypadku klasyczne coup de foudre. Zakochałam się od pierwszego spojrzenia!

chanel

 

Do zegarków mam stosunek bardzo specjalny. Sama noszę od lat ten sam model – bardzo klasyczny w swej formie, ale męski. Lubię go bardzo. Jestem do niego przywiązana, bo przeszedł ze mną niejedno. Ale ma jedną słabość – jest to zegarek aż za męski, a z pewnością w niektórych sytuacjach. Do wieczorowej sukienki i szpilek nie pasuje. Za nic. 

Chanel Boy-friend zachwyca mnie z wielu powodów i tym samym stał się przyczynkiem do kilku refleksji.

Kiedy byłam dzieckiem, pierwszy zegarek otrzymywało się zazwyczaj z okazji tzw. pierwszej komunii świętej. Kto miał fart – dostawał coś lepszego, a kto nie miał – wyrób “made in ZSRR”. Bo w PRL’u zegarków, wyprodukowanych w innych krajach nie sprzedawano.

Dobry, wysokiej jakości zegarek to było coś, o czym marzyłam bardzo długie lata. Zwłaszcza, że wiedziałam, że niestety nie mam na co liczyć w tej kwestii jeśli idzie o rodzinną schedę. Moja mama nie posiadała bowiem zegarka, który mogłaby mi z dumą wręczyć na 18-te urodziny, jako prezent od rodzica dla dziecka na całe jego dorosłe życie. Co jest zwyczajowo przyjęte we Francji. Wchodząc w tak zwaną dorosłość – progenitura – otrzymuje od rodziców czasomierz, którego podstawową cechą nie jest li i jedynie wysoka cena, ale przede wszystkim METAFORYCZNA CENNOŚĆ.  

Mam duży szacunek i sentyment do tego zwyczaju. Widzę w nim swego rodzaju piękno i filozofię, większą niż wykosztowanie się. Drogi – czytaj taki, który będzie służył całe życie zegarek – to symboliczne przekazanie wartości. To ukłon w stronę tradycji, w wydaniu, które mnie rozczula. Bo każdy rodzic wie, że czas jest względny. Dzieci – czego zmiany kulturowe i cywilizacyjne – nie zniwelowały do tej pory na jotę – zbyt szybko dla swych rodzicieli zamieniają się w dorosłych. I jedyne, co pozostaje, to liczyć na to, że to wszystko, co z naszych przekonań, wartości, poglądów – tak usilnie i z mozołem staraliśmy się im przekazać – kiedyś zaprocentuje. Stanie się dziedzictwem. Tym właśnie, czego pragniemy, kiedy myślimy o pokoleniach, które nas przeżyją.

Mrzonki o zegarku na miarę moich marzeń szły ze mną przez lata. Bo jestem tym typem osoby, która wychowała się “z zegarkiem na ręku” i choć obecnie, jak wynika z moich obserwacji – czasomierze zostały porzucone na rzecz sprawdzania godziny w smartfonie – to dla mnie kwestia osobna. Ja dalej potrzebuję zegarek mieć. Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka – jak mawia porzekadło. 

Co więcej, mój stosunek do zegarka, z latami przybrał nieco inny wymiar. Zaczęłam go traktować tak samo jak biżuterię. A tę noszę w niewielkich ilościach. I jeśli się na jakąś decyduję musi spełniać wymóg dla mnie podstawowy: być unikalna i mnie odzwierciedlać. Być jakoby przedłużeniem mojego “ja” w przedmiocie. Dlatego noszę prawie wyłącznie to, co dostałam od rodziny: po mamie, babci, czy od ciotek.

Co do Chanel Boy-friend spróbuje opisać moje odczucia, choć nie jest to tak proste, jak by się wydawało. Lubię małe formy i prostotę. Kocham klasykę i dizajn oparty na wykorzystaniu najbardziej uniwersalnych i podstawowych elementów graficznych, kolorystycznych. Urzekają mnie najczęściej te przedmioty, które są minimalistyczne, lub wręcz ascetyczne, z drugiej zaś strony mają moc wynikającą z bardzo wysokiej jakości materiałów, z których zostały wykonane. I te, które w zastosowanym wzornictwie – przy zachowaniu powyższych założeń – transponują stare w nowe.

Dla mnie piękno nie zawiera się bowiem w przepychu i przeroście formy nad treścią. A przede wszystkim chronicznie nie znoszę rzeczy epatujących bogactwem, czytaj wieloma zerami po przecinku. W luksusie, do którego to tematu wracam cyklicznie raz po raz na blogu – poszukuje wyłącznie wartości, z którymi się utożsamiam.

Chanel Boy-friend wzbudza mój absolutny zachwyt. Jego klasyczna linia – zaczerpnięta jakby wprost z męskiej garderoby – jest dla mnie kwintesencją szyku i ponadczasowego piękna, z jakiego znana jest marka. Marka legenda. Marka stworzona przez wybitną postać damską, która literalnie i symbolicznie wyemancypowała kobiety, wyswabadzając je z gorsetów.

Ten konkretny model zegarka jest o wszystkim tym, co w luksusowych przedmiotach kocham. I o tym dlaczego czasami ich pożądam. Mimo, że bardzo drogi – nie rzuca się w oczy. To zegarek na czas szczęśliwy i na niepogodę. I na każdą okazję, do każdego stroju.

Ma w sobie zapisane dziedzictwo marki, nawiązanie do czasów, w których Coco Chanel w latach 20-tych zeszłego stulecia lansowała styl “chłopczycy” (z francuskiego: garçonne – czyli chłopiec), szyk i ponadczasową elegancję połączenia czerni z kremowym odcieniem kości słoniowej. Widzę w nim także nawiązanie do ikonicznej butelki pierwszych perfum, jakie stworzyła kreatorka: Chanel nr 5. – ta sama prostota, ten sam wdzięk wynikający z przełamania formuły. Złamania kodu kulturowego stosowanego wcześniej – twardego podziału na to, co „kobiece” i „męskie”. A nawet jeszcze więcej – widzę w nazwie modelu – nawiązanie do największej miłości życia Coco Chanel –  Arthura Edwarda „Boya” Capela. To dzięki jego finansowemu wsparciu, a przede wszystkim wierze w jej gigantyczny talent i wizjonerską kreatywność  – projektantka – mogła otworzyć swoje pierwsze, sygnowane własnym nazwiskiem atelier!

boyfriend

 

Kiedy zaczęłam analizować wszystkie skojarzenia, jakie we mnie ten zegarek budzi – to – zobaczyłam wyraźnie, że dokładnie te same, które chcę jako kobieta widzieć w swoim partnerze.

Jest elegancki i wyrafinowany, acz skromny. Nie epatuje swoim ego. Bo jest świadomy siebie i pewien tego, co jest wart. Wykonany ze szlachetnych materiałów, sprawdza się w różnych okolicznościach. I nie zawodzi. To wierny kompan i przyjaciel, towarzyszący mi w najważniejszych decyzjach i wydarzeniach mojego życia. Taki, który nie goni za modą i trendami, bo wie, że da sobie radę i odnajdzie się stosownie do każdej sytuacji. I który chce zostać ze mną na długo. A jak się da – to na całe życie.

You may also like

Oda do marki CELINE – czyli o osobowości, stylu i wartościach…
KinoGram – czyli nowa jakość kina…
DE LONGHI & BRAD PITT… czyli o znaczeniu słowa „PERFETTO”
ODA DO okularów przeciwsłonecznych – czyli o marce RAY BAN…