CHRONOLOGIA WODY
CHRONOLOGIA WODY (The Chronology of Water), Reż. Kristen Stewart, Scen: Kristen Stewart, Andy Mingo na podstawie wspomnień Lidii Yuknavitch, Obsada: Imogen Poots, Thora Birch, Jim Belushi, Tom Sturridge, Charllie Carrick, Jeremey Ang Jones, Kim Gordon, USA, 2025
CHRONOLOGIA WODY – debiut reżyserski w fabule Kristen Stewart – choć niełatwy w odbiorze i na trudny temat – jest przede wszystkim fascynujący! Wciąga i odpycha jednocześnie. Pulsuje czymś pięknym, mocnym i prawdziwym, jak też brutalnie obnaża brzydotę bólu i cierpienia….Chronologia wody wychodzi zwycięsko z arcytrudnego zadania, jakim jest próba oddania w sztuce filmowej dychotomii pomiędzy tym co cielesne i emocjonalne, a tym co rozumowe, świadome, pojęte i przepracowane. Katartyczna i uzdrawiająca moc twórczości dawno nie miała w kinie lepszej i odważniejszej reprezentacji!
Tytułem wstępu:
„Chronologia wody” Lidii Yuknavitch ukazała się na runku amerykańskim w roku 2011. W Polsce – całkiem niedawno (marzec 2026), nakładem wydawnictwa Czarne i w przekładzie uznanej tłumaczki Kai Gucio. W Stanach, ponad dekadę temu książka trafiła na bardzo podatny grunt i szybko stała się bestsellerem. Jaka będzie jej recepcja w Polsce – na razie nie wiadomo. Choć osobiście sądzę, że nie tyle Polska, co polskie kobiety i dziewczyny – są na tę prozę już gotowe. Dyskurs dotyczący tego jak bardzo trudnym i złożonym tematem jest postrzeganie ciała i cielesności, a także własnej kobiecości i poczucia sprawczości u kobiet – żyjących w kulturze patriarchalnej – jest w Polsce już dość zaawansowany, niemniej ta sama patriarchalna kultura wciąż jednak blokuje i knebluje dyskurs o traumie wynikłej z nadużyć, przekraczania granic i patologii w rodzinach. Oswajamy powoli wstyd z takimi doświadczeniami związany, ale nie oswoiliśmy jeszcze akceptacji dla złożoności problemów psychologicznych jakie są jego skutkiem…
Dlatego też kobiety wciąż szukają jakichkolwiek źródeł wsparcia i poczucia zrozumienia – właśnie w literaturze czy kinie, dwóch formach sztuki, które najpełniej oswoiły demony z jakimi walczą i potrafią dać im ukojenie. Pełnometrażowy debiut reżyserski Kristen Stewart jest dokładnie o tym. I choć uważam, że Chronologia wody to film nie wolny od wad, to jednak sądzę, że jest to film bardzo ważny i niezwykle wartościowy! Nie byłabym sobą – gdybym nie dodała także, że budzi mój szacunek i podziw fakt, że Stewart (rocznik 1990) – z jej statusem „Hollywoodzkiej gwiazdy”, jaki osiągnęła bardzo młodo po udziale w TV sadze „Zmierzch” – mogłaby się z wielkim powodzeniem zajmować zupełnie innym rodzajem kariery niż ta w której próbuje za własne pieniądze odnieść sukces. Szacun sto!
Ponadto (mnie to zawsze jednak wzrusza!) obraz ten pokazuje także, że podejście Stewart do ekranizowanej prozy odzwierciedla nie tylko jej pasję do kina, ale i chęć zgłębienia złożonego materiału literackiego i że go intelektualnie i emocjonalnie – w pełni rozumie! Jej zupełnie niemarkantylne podejście do swojej roli jako twórczyni szczerze porusza. Tym bardziej, że jest dość spójne z wizerunkiem jaki Stewart buduje od lat i to z żelazną konsekwencją. Od dawna uchodzi za postać bezkompromisową, a przede wszystkim uparcie dążącą do swobody wypowiedzi, stylu życia i autonomii decyzji – tak prywatnych, jak i zawodowych, co w Hollywoodzkim systemie, który nie znosi niepokornych – łatwym zadaniem nie jest.
* * *
Chronolgia wody to w moim odczuciu film, który jest dedykowany kobietom i zupełnie szczerze (jakkolwiek stereotypowo by to nie brzmiało) sądzę, że jego przekaz nie może być w pełni zrozumiany przez widzów męskich. Nie chodzi o wrażliwość emocjonalną ani intelektualną. To kino kobiece – w rozumieniu ściśle cielesnym. Bo kobiece ciało jest inne niż męskie. Organicznie i hormonalnie. Kropka. W przypadku tego obrazu ma to znacznie wyjątkowo duże. Bo „sportretowane” w Chronologii wody organiczne, fizyczne, cielesne doznawanie może przechodzić w rozumienie intelektualne tylko z tego rejestru. Bo tylko kobiety są w stanie pojąć, a raczej poczuć ten rodzaj „tajemniczego” styku odczuwalnej biologicznie kobiecej cielesności zespolonej z wściekłością, gniewem, żalem – gdy jest ona przedmiotem manipulacji, nadużyć, wyzysku, kpin, pogardy, czy choćby nieustannych prób wtłaczania w ramy i poczucie winy – które przeradzają się w czyny. To jest tylko żeńskie. Z tego styku zrodziło się najlepsze kobiece pisanie. Z tego styku rodzi się także bardzo często depresja, a także autodestrukcja. Tylko kobiety wiedzą i czują całymi sobą, że istnieje taki „splątany twór” wewnątrz kobiecego ciała. Przypomnijcie sobie twórczość Virginii Woolf i Sylvii Plath – jeżeli potrzebujecie referencji. Kiedy kobieta pisze z tego miejsca – to zawsze trafia w samo sedno… 
Mnie – jako psycholożkę z wykształcenia – w Chronologii wody poruszało najbardziej to – jak zobrazowane przez Stewart wspomnienia Lidii Yuknavitch doskonale oddają kwestie, z którą się zgadzam w stu procentach. To film, w którym wszystko wibruje, tak jak ludzka pamięć, która jest płynna. Nasza pamięć (choć bardzo nie lubimy tak o niej myśleć!) nie jest ani linearna, ani zwięzła czy stała. Nie można jej nawet ufać! To byt, który wydaje się nam, że mamy pod kontrolą, podczas gdy to on (i to całkowicie) – kontroluje nas! Nie trzeba mieć na koncie tak bardzo obciążających doświadczeń jak bohaterka obrazu Chronologia wody by mieć świadomość tego, że z pamięcią jest tak, że niektóre wspomnienia wyskakują wciąż na powierzchnię jak korek, inne przepływają niejako obok nas – niesione własnym nurtem. A jeszcze inne zapadają się w otchłań i wydają ginąć na zawsze – by w najmniej spodziewanym momencie odnaleźć się w głębinach nas samych i pociągnąć na dno. Układa się to jednak w całość, rządzoną jakąś własną chronologią. W przypadku ekranizacji prozy Yuknavitch – Chronologią wody, która symbolicznie jest kojarzona z przemianą, przepływem energii, umiejętnościami elastycznego dostosowania się, a przede wszystkim – oczyszczenia…
* * *
Myślę, że wszyscy wiemy, że istnieje ogromna różnica pomiędzy opowiadaniem „o tym, co się stało” a „tym, jak coś się odczuwa, gdy się to dzieje”. Obraz filmowy jest świetnym medium do komunikowania tego co ludzie czują – jednak wciąż powstaje dość mało filmów, zwłaszcza takich, które mają charakter biograficzny – w których twórcy potrafią przekazać sedno tego jaka jest różnica pomiędzy jednym a drugim. Piszę te słowa tym bardziej świadomie, że mam dość dobry ogląd tego, jak bardzo dzisiejszy „filmowy content” jest płytki i jak bardzo to co jest w nim przedstawiane rzekomo jako „najbardziej traumatyczne” wydaje się miałko rutynowe – niczym zaznaczanie odpowiednich pól na osi czasu scenariusza, który przepłynie przez widzów bezrefleksyjnie, a przede wszystkim – bezboleśnie…
Kristen Stewart w Chronologii wody wzięła byka za rogi w gdy podziwu sposób – przede wszystkim będąc odważną w warstwie narracyjnej swojego debiutu pełnometrażowego, jak i wykazując się wielkim talentem do doboru obsady. Absolutnie przewspaniała kreacja Imogen Poots, którą obsadziła w roli głównej – jest tego dowodem. Jej Lidia genialnie oddaje materiał źródłowy czyli bohaterkę prozy Yuknavitch. Zachwyca mnie też to jak śmiała, a jednocześnie zdyscyplinowana twórczo jest Stewart wobec adaptacji pierwowzoru literackiego!
W swoim obrazie reżyserka doskonale oddaje charakter pamięci kogoś kto przez lata doznawał traumy – przypomina ona swego rodzaju kolaż, rwany i chropowaty, niczym stare nagrania na kasetach VHS, kręcone chałupniczo, w różnych fragmentach życia, często pod złym kątem, zaczynające się nagle i z zaskoczenia, bez zapowiedzi i kontekstu. I urywające się w najmniej odpowiednich momentach. Stewart nie unika jednak i bezpośredniości. Dziś wiadomo, że reżyserka tworzyła swój debiut przez lata (począwszy od lektury książki, która ją zachwyciła, poprzez zdobycie praw do jej ekranizacji aż do czasu zebrania funduszy na produkcję).
* * *
Bohaterką obrazu jest autorka wspomnień wydanych w postaci książki „Chronologia wody” – Lidia Yuknavitch. To opowieść o kobiecie, która niczym kot – miała wiele wcieleń, zanim w końcu odniosła sukces pisarski. Dorastała w San Francisco, w pozornie dobrej rodzinie. Jej ojciec wykorzystywał seksualnie zarówno Lidię, jak i jej starszą siostrę (która jako pierwsza uciekła z domu), podczas gdy matka uciekała w alkohol i wyparcie tej sytuacji, całkowicie opuszczając emocjonalnie swoje córki. Lidia, zgodnie z intencją przemocowego ojca – niespełnionego na niwie sportowej – w dzieciństwie i wczesnej młodości próbowała sobie poradzić z traumą odnosząc sukcesy jako pływaczka wyczynowa – w pewnym momencie jej sportowej kariery zakwalifikowanie się na Igrzyska olimpijskie było w zasięgu jej możliwości. Otrzymała nawet stypendium pływackie umożliwiające pójście na studia. Niestety nieprzepracowane psychologicznie spiętrzenie traum, jakich doświadczyła w dzieciństwie w którymś momencie odbiło się na niej. Pływanie i osiągi przestały wystarczać. Szale przeważyła autodestrukcja i uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Lidii – owszem – udało się uciec z przemocowego domu i od toksycznych rodziców. Ale nie udało się jej przez długie lata uciec od samej siebie. I to właśnie stanowi najbardziej paląco bolesny wątek Chronologii Wody…
Zanim poznamy drogę, jaką musiała przebyć Lidia by stać się pisarką, a przede wszystkim samoświadomą kobietą, która potrafi zarządzać tak samo dobrze swoim życiem, jak i emocjami – upłynie wiele czasu. Bohaterka ten proces nazwie własnymi słowami tak: „wspomnienia to opowieści, więc lepiej wymyśl taką, z którą możesz żyć”…
Jeszcze raz podkreślę, to co jest kluczowe dla obrazu Chronologia wody, któremu Stewart nadała strukturę nieco inną niż Yuknavitch w książce – słusznie zakładając, że przy tak trudnej i złożonej tematyce – scenariusz filmu, który by „skakał” pomiędzy etapami życia Lidii (jak to ma miejsce w prozie) byłby jeszcze trudniejszy w odbiorze. Dlatego obraz Chronologia wody ma znacznie bardziej linearny charakter – pokazując nam życie bohaterki od momentu gdy była dziewczynką do czasu gdy została uznaną pisarką i kobietą, która nie tylko przepracowała swoje traumy, ale wręcz przekuła je w sukces. Stewart wie jednakże, że choć nasze życie ma charakter liniowy – nie doświadczamy wspomnień o nim w ten sposób! Stare wspomnienia łapią nas nieustannie w swoje sidła w teraźniejszości. A w przypadku PTSD – stan ten jest permanentny. Przeszłość i teraźniejszość zachodzą „jednocześnie”. Co ważne dla obrazu Chronologia wody – każdy z przedstawionych etapów transformacji, emancypacji i stawania się autonomiczną i silną „sobą” (ile kilometrów trzeba przepłynąć żeby dopłynąć do siebie? – pyta nas bohaterka filmu) naznaczony jest gigantycznym wysiłkiem, koniecznością przekraczania siebie, tak emocjonalnie, jak i intelektualnie.
Film został świadomie nakręcony kamerą 16 mm, jest chropowaty, jego konwencja stylistyczna przypomina – właśnie wczesne dokonania rejestrowane na VHS. To dowodzi, że Kristen Stewart poddała gruntownie analizie materiał literacki adaptowanej na potrzeby filmu prozy. A to zasługuje na szacunek. Wybrała doskonałych kooperantów. W jej filmie praca operatora Coreya C. Waters’a robi duże wrażenie, tak samo jak montaż autorstwa Olivii Neergaard-Holm („Holy Spider”, „Pleasure”).To zdecydowanie obraz kogoś kto nie tylko od bardzo dawna funkcjonuje w branży filmowej, ale kogoś, kto odbył najlepsze praktyki i nauki z możliwych – obserwując najlepszych z najlepszych, analizując i wyciągając wnioski co do tego jak dobierać środki wyrazu, aby przekaz oddawał artystyczne intencje i miał odpowiednią moc.
Wiele scen sprawia wrażenie improwizowanych, a wszyscy aktorzy oraz występująca w epizodycznej roli legendarna wokalistka i basistka Sonic Youth – Kim Gordon – grają z niezwykłą naturalnością – nadaje to Chronologii wody nie tylko siły i mocy, ale przede wszystkim wiarygodności. Nawet z seksualną traumą, debiut reżyserski Stewart radzi sobie doskonale – sceny seksu, którego dorosła Lidia uprawia dużo – służą temu by przekazać, jak ważna jest samodzielna i eksperymentująca droga bohaterki do odzyskania swojej seksualności po kradzieży jej przez ojca – gdy była dzieckiem…
Doskonałym pomysłem było także obsadzenie Jima Belushiego w roli Kena Keseya (kultowego amerykańskiego pisarza, autora „Lotu nad kukułczym gniazdem”). To końcowy wątek Chronologii wody – czasy, w których Lidia pod koniec lat 80. studiowała na Uniwersytecie w Oregonie (i gdzie zrobiła doktorat). Została zaproszona przez Keseya do grupy doktorantów współpracujących z nim przy powieści Jaskinie (wydanej w 1989 roku). Grupa żyła w komunie i pracowała nad książką. Kesey, w tamtym momencie życia był już schorowanym starcem, niemniej doskonałym mentorem i nauczycielem życia. To dzięki niemu Lidia ostatecznie odnajduje drogę do siebie – poprzez twórczość literacką i uzyskaną wiarę w swój talent. Ten formatywny czas owocuje tym, że Lidia zaczyna ufać sama sobie i dostrzegać, że nie potrzebuje już uśmierzać bólu noszonych traum…
Film unika prostego i po amerykańsku „łopatologicznego” schematu historii o pokonywaniu trudności. Doceniam to, że Stewart (która pracowała z wieloma europejskimi reżyserami) chce robić kino artystyczne, ambitne, poza-mainstreamowe i wybrała na swój debiut fabularny historię bardzo złożoną. Że pokazuje bohaterkę niejednoznaczną i drogę osoby próbującej nadać swojemu życiu głębszy i trwały sens.
To film znacznie bardziej o transgresji i oswobodzeniu, niż o traumie – pomimo pozorów odwrotności. Stewart trzyma na wodzy subtelność tego przekazu. Do jej ambitnego debiutu reżyserskiego także pasuje zdanie, jakie wypowiada Lidia Yuknavitch: „wspomnienia to opowieści, więc lepiej wymyśl taką, z którą możesz żyć”…Mnie to imponuje.
*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu CHRONOLOGIA WODY na rynku polskim: So Films











