1
Lip
2019
28

CZARNOBYL

CZARNOBYL (Chernobyl), Pomysłodawca. Craig Mazin, Reż. Johan Renck, Wyk. Jared Harris, Stellan Skarsgård, Jessie Buckley, Emily Watson, Paul Ritter, 2019, produkcja HBO

Mini serial CZARNOBYL to ARCYDZIEŁO! I choć zwykłam pisać nieco dłuższe tzw. lead’y przy recenzowanych przeze mnie produkcjach, tym razem postanowiłam, że będzie inaczej.

Czytajcie mi z ruchu ust: Czarnobyl to majstersztyk. Wcielona w życie doskonałość realizacyjna, która wznosi pojęcie “serial” na kolejny level tego, co może oznaczać w dzisiejszych czasach produkcja tv!

Zarówno w polskim, jak i w angielskim występuje takie powiedzenie jak “opad szczęki” (jaw dropping). Może nie brzmi to nazbyt intelektualnie jako pierwsze zdanie wstępu do recenzji serialu, który wprawił mnie tak w zachwyt, jak i całkowite osłupienie nad jego W Y B I T N O Ś C I Ą, ale emocje rządzą się innymi prawidłami niż intelekt…

Nie piszę tego bez powodu. Piszę o tym dlatego, że przynajmniej w Polsce (co myślą ci, którzy mogli go obejrzeć w Rosji – nie mam pojęcia – choć plotka mówi, że Putinowi nie przypadł do gustu (hehe)… – jedyne utyskiwania z jakimi się zetknęłam w sieci (och, jak my lubimy malkontencić, szlag by trafił!) to takie, że Czarnobyl jest grany “po angielsku”.

Utyskiwania te, wydają mi się, prawdę mówiąc – niedorzeczne. Ale nawet gdyby chcieć im zapobiec – i tak nie znalazłyby z pewnością satysfakcjonującego wszystkich wyjścia. Można by rzecz jasna założyć, że znani anglojęzyczni (w większości – brytyjscy i amerykańscy) aktorzy powinni zostać zdubbingowani, albo co gorsza nauczyć się na pamięć swoich kwestii fonetycznie – jeśli ktoś w ogóle miałby tak idiotyczny pomysł. I “gadać po rosyjsku”. No c’mon?!? I Jak by to wypadło? Znowu by było.

No więc – ludzie – przestańcie się czepiać!

Ale – ponieważ spotkałam się z tym zarzutem, w tzw. internetach wielokrotnie – dały mi jednak co nieco do myślenia. Staram się bowiem, choć nie zawsze mi to wychodzi, bo to jednak trudne w przypadku moich rodaków – na ich “pretensje” patrzeć przez pryzmat tego, co z za nimi de facto stoi…

I jeśli chodzi o Czarnobyl – skumałam to. Awaria elektrowni jądrowej na Ukrainie miała miejsce 26 kwietnia 1986 roku. Czyli naście lat po moich narodzinach. W niecałe trzy doby po tym wydarzeniu, kiedy chmura radioaktywna dotarła do naszego kraju, wojskowa stacja pomiarowa na Mazurach pokazała, że radioaktywność powietrza wzrosła o 550.000 (słownie: pięćset pięćdziesiąt tysięcy!) procent. Co wiadomo dokładnie dziś. Ale wtedy nikt się nie kwapił narodu polskiego o tym fakcie z detalami informować…

Specjalna komisja powołana przez PZPR zarządziła w Polsce przymusowe podawanie tzw. płynu Lugola, czyli wodnego roztworu jodku potasu oraz pierwiastkowego jodu. Nie zwykłam być jakoś szczególnie wdzięczna PRL-owi za cokolwiek, ale w tym przypadku  – wdzięczność moja nie zna granic, bo wolę nie wiedzieć, w jakiej byłabym obecnie kondycji fizycznej, gdyby tego nie zrobiono. Statystyki z tego czasu mówią, że zażyło go łącznie ponad 18 milionów młodych Polaków. Nakazano go podawać dzieciom i młodzieży do lat 17. Piłam go i ja. Był wyjątkowo ohydny w smaku. Nie bardzo rozumiałam czemu moja mama zmusza mnie do tego, tłumacząc, że jest to absolutnie konieczne dla mojego zdrowia (no, ale jak to? przecież byłam zdrowa!) i starannie pilnowała abym każdą dawkę spożyła bez ściemy, na jej oczach.

Tak, mówiono w moim domu rodzinnym o katastrofie w Czarnobylu. Owszem. Tylko ja wtedy miałam 15 lat i mnie jakiś reaktor, który wybuchł w jakiejś cholernej radzieckiej dziurze zupełnie nie obchodził…

Dzisiaj, a zwłaszcza po obejrzeniu miniserialu Czarnobyl – obchodzi mnie ten moment mojego życia znacznie bardziej. I zdałam sobie sprawę z tego, że właśnie dlatego obchodzi też tych, którzy są ode mnie i dużo młodsi i sporo starsi. I że wszyscy my, którzy żeśmy się w Polsce anno domini 1986 z płynem Lugola zetknęli, wszyscy my – oglądając Czarnobyl – zrozumieliśmy wnet coś, co stanowi o tym, że został on zgodnie(a to ci historia!) uznany za serialowy sztos sztosów! A jest to – trzeba dodać – w naszym kraju – produkcja, która przebiła oglądalnością ostatni sezon “Gry o tron” – co wydawało się niemożliwe (hehe). I która okazała się być gigantycznym sukcesem, przed którym cała Polska serialowicka – od morza, do gór, od wschodniej do zachodniej granicy padła na kolana. I stała się ku zdumieniu (?) samego emitenta historią, która dotknęła ludzi do głębi. Do trzewi. Do samego sedna tego, co zwie się zaangażowaniem emocjonalnym widza!

A tym, co dotknęło ludzi do głębi, do trzewi i do samego sedna jest poziom realizmu, którego nie oddał do tej pory żaden inny serial fabularny, a raczej – fabularyzowany, jaki powstał na temat systemu politycznego, który nie był jedynie “gdzieś tam, obok nas” – był w samym środku nas – jako państwa. Nas wszystkich (wraz z naszymi rodzinami) – zawłaszczywszy wiele dekad wcześniej. I w całości nas posiadający na dekad wiele…

To stąd te utyskiwania. Tylko ten jeden element, ta jedna maleńka składowa, czyli dialogi podawane w języku angielskim oddzielają go w oczach Polaków od całkowicie, nieznośnie, na granicy wyparcia – wszechogarniającego poczucia, że dostaliśmy obraz wadliwego funkcjonowania nie tylko reaktora w Czarnobylu, nie tylko przyczyn, jakie stały za katastrofą, czego efektem był jego wybuch. Ale panoramiczny obraz SEDNA FUNKCJONOWANIA  Związku Radzieckiego jako SYSTEMU w wydaniu jeden do jednego. Czyli obraz poniekąd naszej własnej (choćby wtedy, w tym 1986 nie uświadamianej) rzeczywistości!

Zmierzyć się z tym nie jest łatwo. Tym bardziej, kiedy dopuścimy do siebie myśl, że i my (potencjalnie) moglibyśmy takową elektrownię jądrową w tamtych czasach mieć (na przykład jako efekt “bratniej współpracy”). A wtedy serial Czarnobyl zaczyna oddzielać tzw. fikcję od realności nieznośnie cienka i budząca grozę – granica…

*    *    *

Czarnobyl, wpełzł do ramówki polskiego HBO chyłkiem, boczkiem, niespecjalnie promowany medialnie i bez marketingowych hopsztosów. Pewnie z racji tematyki – ultra trudnej do sprzedania widzom w atrakcyjny i zachęcający sposób. No cóż, trudno się temu dziwić. Tak samo, jak temu, że w zasadzie i tak był w naszym kraju (z wyżej wymienionych powodów) skazany na sukces. Tzw. “word of mouth” zrobiło swoje 🙂

Z kinematograficznego punktu widzenia z pewnością za odpaleniem pierwszego odcinka Czarnobyla do każdego wymagającego widza przemawiać mogła obsada. Same tuzy. W dodatku znane raczej z rzeczy wyższej niż niższej klasy. Ale pomysłodawca? Ups. Tu zaczynał się problemik, a raczej pytanie wielkie jak sam czarnobylski reaktor. Jak dobrym może być serial (w dodatku z gatunku dramat) od kogoś, kto do tej pory dał się poznać głównie jako autor scenariuszy drugiej i trzeciej części “Kac Vegas” oraz trzeciej i czwartej “Strasznego filmu”?

Eppp. Eppp. Eppp.

A jednak –  całkiem rosyjskie powiedzenie “wot, siurpryza” – pasuje jak ulał do tej opowieści.

Urodzony na Brooklynie, NYC, w roku 1971 Craig Mazin “wymyślił“ i napisał pięć odcinków Czarnobyla w sposób tak obezwładniająco doskonały dramaturgicznie, i z tak z genialnymi dialogami – że do tej pory nie wiem jak to możliwe.

Jego scenariusz jest P O W A L A J Ą C Y! Bo określenie – “świetny” brzmi w przypadku tego serialu po prostu nie na miejscu…

Kolejne brawa należą się reżyserowi wszystkich odcinków, czyli Johan’owi Reck’owi. I znowu to samo. Na koncie video-clipy, jakieś filmy, zdecydowanie klasy B lub raczej głównie C. Nic spektakularnego.

I apjać, wot siurpryza! Czarnobyl jest olśniewający reżysersko. Wybitny wręcz.

Jak się udało tym dwóm facetom, w dodatku urodzonym w USA zrekonstruować świat Soviet Union sprzed ponad 30 lat. Tak niebywale precyzyjnie oddający to jak wyglądał i jak funkcjonował? – pozostanie dla mnie niepojętą zagadką…

Za zdjęcia (rewelacyjne!) odpowiada zaś Jakob Ihre, szwedzki operator znany między innymi z „Głośniej od bomb” Joachima Triera.

*    *    *

Pora przejść do sedna. Czyli napisać o tym, co stanowi o fakcie, że Czarnobyl obejrzałam na bezdechu, wklejona w jego akcję każdą cząstką mojej osoby. Przy niektórych fragmentach zalewając się łzami i stale będąc w pełnym oczekiwania napięciu. Nie mogąc okiełznać towarzyszących mi uczuć zmieszanych pospołu z przerażanie, smutku i trwogi. Jak i podziwu nad realizacyjną wirtuozerią tej produkcji, która w zasadzie przypomina bardziej zrealizowany z rozmachem film dokumentalny niż fabułę. To, że doczytałam już po jego obejrzeniu, że jeśli chodzi o tzw. fakty – Czarnobyl nieco się z nimi mija, a może lepiej byłoby powiedzieć, że je specjalnie i z premedytacją “podkręca” dla budowania dramaturgii – nie miało dla mnie i tak znaczenia. Bo nie o liczby, niuanse i statystyki chodzi w tym przypadku. Chodzi o sedno. A wspaniałość fabuły od zawsze polega na tym, że albo swoje sedno umie złapać i podać widzowi w taki sposób, że mu kapcie spadają z wrażenia, albo nie.

*    *    *

W nocy, 26 kwietnia 1986 roku wybucha reaktor jądrowy w Czarnobylu, a konkretnie czwarty jego blok. Do najbliższego miasta o nazwie Prypeć, które zbudowano w 1970 roku, w zasadzie po to, by jego mieszkańcy “obsługiwali” całą infrastrukturę z elektrownią jądrową sią wiążącą – jest niecałe 4 kilometry odległości. Mieszka w nim 50.000 ludzi.

Eksplozja reaktora – co znamienne dla sowieckiego systemu – w kierownictwie elektrowni, jak i lokalnych partyjnych aparatczykach budzi niepokój głównie z tego powodu, że do niej doszło. A tym samym – trzeba się będzie z tego wytłumaczyć przed “władzą”. Jej konsekwencje dla ludzi, nie wspominając o tzw. ekosystemie – są w tym znaczeniu – postrzegane jako marginalne. A raczej, nazywając rzecz po imieniu – zupełnie nieistotne. Postanawiają zatem najpierw, na własną rękę, zająć się “problemem”. Zanim usłyszy o tym wydarzeniu Kreml, a tym samym sam Sekretarz Generalny KPZR Michaił Gorbaczow – upłynie jeszcze wiele godzin.

Na miejsce katastrofy wysłana jest miejscowa straż pożarna. Której pracownicy nie mają bladego pojęcia czym grozi przebywanie w pobliżu reaktora po wybuchu. Miejscowa ludność także nie. Część z nich będzie zatem obserwować  ten “spektakularny widok” z mostu na rzece. Dziś nazwanego “mostem śmierci”.

Lecz, w zasadzie, wszystko to czym ta katastrofa była, czemu do niej doszło i jak straszne były tego reperkusje – widzowie mogą dowiedzieć się z pierwszych pięciu minut odcinka pilotowego.

U swych podstaw, bowiem, Czarnobyl jest serialem, który opowiada o cenie kłamstw. I zatajania prawdy. W imię systemu, który za najważniejsze swoje zadanie uznawał mieć wizerunek mocarstwa, sprawującego władzę nad wszystkim i wszystkimi, którzy w nim żyli. Obywateli swoich mając nawet nie za “nic” – ale traktując ich jak “mięso armatnie”.

Fabuła skupia się na czterech osobach, z których dwie – to mężczyźni, a dwie – kobiety. Każda z tych postaci będzie reprezentować inny wątek mający kluczowe znaczenie dla dramaturgii Czarnobyla. I każdy z aktorów wcielających się w te postaci został obsadowo dobrany genialnie. I rewelacyjnie wywiązuje się ze swojej roli.

Jared Harris (doskonały brytyjski aktor, nominowany do Emmy oraz Bafta, znany między innymi z seriali “Mad Men”; “The Crown”; “The Terror”) wciela się w postać Walerego Legasowa. Fizyka jądrowego. Wieloletniego wykładowcy uniwersyteckiego, eksperta od budowy reaktorów. I człowieka, który zanim elektrownia jądrowa w Czarnobylu powstała – wiedział o niej wszystko. A to co wiedział, a czego nigdy nie wyjawił zanim nie doszło do katastrofy oraz dlaczego – stanowi rdzeń opowieści. I kwintesencję tego o czym Czarnobyl de facto opowiada.

Stellan Skarsgård (jeden z najbardziej uznanych, najwspanialszych aktorów szwedzkich, swego czasu ulubieniec Larsa von Triera: “Przełamując fale”, “Królestwo”, “Dogville”, „Melancholia”, “Nimfomanka”, o którego szybko upomniało się Hollywood) kreuje postać Borysa Szczerbiny – w momencie katastrofy w Czarnobylu pełniącego funkcję Wicepremiera w rządzie Gorbaczowa.

Emily Watson (dwukrotnie nominowana do Oscara, wielokrotnie do Złotych Globów oraz Bafta, kojarzona głównie z przejmującą rolą w “Przełamując fale”) to Uliana Chomczuk. Wybitna naukowczyni, pracownica uniwersytecka, tak samo jak Legasow – z wykształcenia fizyk jądrowy. Ale w przeciwieństwie do kolegi “po fachu” nie unurzana w systemową i partyjną zgniliznę, tak jak on.

Jessie Buckley zaś (świetna, bardzo obiecująca, młoda brytyjska aktorka: “Tabu”; “Pod ciemnymi gwiazdami”) kreuje postać żony jednego ze strażaków wysłanych do gaszenia płonącej elektrowni. Czyli wysłanych nie tylko na pewną śmierć, ale na śmierć w męczarniach…

*    *    *

Opisywanie – nawet skrótowe – fabuły serialu Czarnobyl – zdaje mi się zajęciem całkowicie bezsensownym, dlatego też tego nie uczynię. Ten serial bowiem ma to do siebie, że w sposób arcymistrzowski nie tylko buduje napięcie, ale wszystko wszystkim, nawet takim głupkom z nauk ścisłych jak ja – wyjaśnia. Nie potrzeba Wam tych treści ode mnie. Jednakże o jednej istotnej kwestii chciałabym przy jego omawianiu nadmienić szczególnie mocno.

Czarnobyl ma to do siebie, że opowiada historię katastrofy, która stała się z biegiem lat symbolem czy też nawet synonimem czegoś, co nie powinno nigdy mieć miejsca. A jednak się wydarzyło… A wydarzyło się dlatego, że nauka, jej dokonania, wielkie umysły i ich wiedza zostały w Związku Radzieckim zaprzęgnięte do działań, które to wszystko co ofiarować mogły – zostało przeistoczone w zaprzeczenie tego, czym nauka i jej wzniosłość  – par excellence – jest. I do jakich celów ma służyć!

Opowiada też o kraju, w którym życie pojedynczej jednostki nigdy za wiele nie znaczyło, jak i o kraju, w którym poziom zniewolenia mentalnego ludzi osiągnął pułap, w którym oni sami siebie jako ludzi wraz z ich niezależną podmiotowością – przestali widzieć. Określenie “Towarzysz” wybrzmiewa w Czarnobylu na sposób tak bardzo bolesny, żenujący i przerażający – że już bardziej nie może.

I w zasadzie, pomijając kwestie tego, jak bardzo strasznym zagrożeniem dla funkcjonowania planety ziemia, wraz z jej mieszkańcami – katastrofa w Czarnobylu się stała – jest ten serial opowieścią o znacznie poważniejszej kwestii. A jest nią katastrofa, która czeka świat, rządzony przez ludzi, którzy w imię zbudowanego przez siebie systemu i jego wizerunku są zdolni do wszystkiego. I postrzegają go jako ten, który ich władzy ma służyć. Nie ludziom.

You may also like

NA CAŁY GŁOS
PARAGRAF 22
STATUS ZWIĄZKU
BODYGUARD

Skomentuj