25
Wrz
2018
44

CZYŚCICIELE INTERNETU

CZYŚCICIELE INTERNETU (The Cleaners). Reż & Scen. Hans Block i Moritz Riesewieck, Niemcy / Brazylia, 2018

Jeśli miałabym podsumować film dokumentalny CZYŚCICIELE INTERNETU jednym zdaniem – to brzmiałoby ono tak: to, co kiedyś wydawało się być oazą wolności słowa, platformą wymiany nieskrępowanej przez nikogo myśli oraz najszybszym kanałem komunikacji pomiędzy wszystkimi mieszkańcami “globalnej wioski” jaką w XXI wieku jest świat stało się kolejną pułapką, tym razem cyfrową, którą jako gatunek sami sobie skonstruowaliśmy…

Mnie osobiście dokument Czyściciele Internetu otworzył oczy na wiele kwestii i choć nie nazwałabym się “pierwszą naiwną”, to jednak po jego obejrzeniu stwierdzam, że jednak naiwna byłam bardziej niż mi się wydawało.

 Plakat_web

Czyściciele Internetu to kolejny doskonały dokument (po recenzowanym przeze mnie “Człowieku delfinie”), który trafia na ekrany kin polskich – po tegorocznej, 15-tej już edycji Festiwalu Millenium Docs Against Gravity – gdzie spotkał się z wielkim zainteresowaniem jego uczestników. W zasadzie uważam, że powinien go obejrzeć każdy. Gdyby ten film dokumentalny był książką, nazwałabym go “lekturą obowiązkową”…

Należę do pokolenia, które w Polsce na Internet oraz media społecznościowe załapało się późno. Wychowałam i wykształciłam się w świecie analogowym. Prywatny adres mailowy zaposiadłam będąc dorosłą kobietą; konto na Facebooku (data powstania 2004) założyłam zaś mocno po trzydziestce (ykhm). Youtube powstał w 2005 roku; Twitter w 2006, a Instagram dopiero osiem lat temu (2010).

Gdyby nie fakt, że uczyłam się świata na innych zasadach, nie wiem jak bym była w stanie ogarniać obecnie cokolwiek co nazywa się “obiektywną, sprawdzoną i rzetelną wiedzą”. Odkąd bowiem ludzkość wynalazła tzw. Internety – rzetelność i obiektywizm informacji z dekady na dekadę staje się pojęciem coraz bardziej abstrakcyjnym. A wręcz kpiną z ich definicji…  I tak szczerze mówiąc, choć jest to stwierdzenie auto-szydercze (wszak jestem “blogerką”) mam pełną świadomość tego, że digitalu, a zwłaszcza mediów społecznościowych nie ogarniam. Gdyby był to jedynie problemik w zakresie moich własnych, egocentrycznych potrzeb takich na przykład  jak pozyskiwanie uwielbienia tłumów dla mej skromnej osoby i jej wytworów w zakresie recenzowania filmów – byłabym wobec faktu swej cyfrowej ułomności pełna pokory. Ale ponieważ, co dobitnie podkreśla film Czyściciele Internetu – dzisiaj media społecznościowe to najpotężniejsze narzędzie manipulacji nie tylko marketingowej, ale politycznej, służącej interesom grup lobbystycznych, finansowych, a nawet militarnych. Rozgrywających poza naszymi plecami partie szachów, w której plansze stanowi nasza planeta i przyszłość świata, w którym wszyscy żyjemy – zaś my – jej użytkownicy jedynie przestawiane pionki – dokument ten poruszył mnie do żywego! I autentycznie zabolał!

 mdagff-2018 - The Cleaners - Stills [578491]

mdagff-2018 - The Cleaners - Stills [578493]

Nie widzisz tego, czego nie możesz zobaczyć

Reżyserzy & pomysłodawcy dokumentu: Hans Block & Moritz Riesewieck

Mark Zuckerberg jest teraz redaktorem naczelnym każdej gazety na świecie

Antonio Garcia Martinez – były product manager Facebooka

Platformy mediów społecznościowych są zaprojektowane tak, aby szerzyć niezgodę, tworzyć podziały bo odnoszą korzyści ze zwiększonej uwagi, którą generuje oburzenie

Tristan Harris – były pracownik Google, zajmujący się etyką produktu

*     *     *

Każdego dnia CO MINUTĘ – 500 godzin materiału filmowego jest przesyłanych na Youtube, na Twitterze pojawia sie 450.000 tweetów, a na Facebooku 2.500.000 (słownie: dwa i pół miliona) postów…

Takie są dane statystyczne i tzw. suche fakty, od których podania zaczyna się film dokumentalny Czyściciele Internetu. Czy to ważne? BARDZO! Bo jeśli nie ma się świadomości ogromu tych liczb – nie można pojąć skali zjawiska o którym film opowiada!

Przy powadze, jaką stanowią – mogę tylko zacząć cichutko kwilić ze zgrozy albo uraczyć was czarnym humorem: od próby policzenia ile postów trafia na Fejsa w ciągu jedynie jednej doby z 365 dni w roku (2.500.000 x 60 x 24) zepsuł mi się kalkulator.

Przejdę zatem do meritum.

Kto decyduje o tym, dlaczego jedne zdjęcia mogą pojawić się w sieci, a inne nie? Lub znikają bezpowrotnie. Kto blokuje konta na Facebooku? I czemu? Jak do tego dochodzi?

I jak to się stało, że niewyobrażalnie olbrzymi zasięg mediów społecznościowych stał się głównym narzędziem wszelkiej maści populistów i radykałów?

Na te wszystkie pytania Czyściciele Internetu starają sie dać nam odpowiedź, a przynajmniej otworzyć oczy na mechanizmy, które za nimi stoją. Czyściciele Internetu to tego typu dokument, przed którym trudno nie zdjąć czapki z głowy. Świetnie pomyślany, doskonale poprowadzony, rzetelny, obiektywny a przede wszystkim mający skłonić do refleksji.

Każe nam spojrzeć na media społecznościowe z każdej możliwej perspektywy. Przedstawia zatem zarówno kulisy, skutki jak i ofiary internetowej cenzury. W Czyścicielach Internetu znajdziemy wypowiedzi zarówno artystów (malarki, fotografików); dziennikarzy z krajów, które borykają się z cenzurą polityczną; specjalisty od prawa cyfrowego; działaczy społecznych zajmujących się nagłaśnianiem aktów ludobójstwa dokonywanych na mniejszościach etnicznych; akademików i wykładowców; byłych pracowników korporacji z Doliny Krzemowej jak i nawet pracownika ONZ do spraw wolności słowa w Internecie.

*    *    *

mdagff-2018 - The Cleaners - Stills [578492]

Czyściciele Internetu skupiają się jednak nie na tej imponującej, a wręcz przerażającej w swym ogromie ilości tzw. contentu, który trafia do sieci co dnia, ale na ludziach, którzy są bohaterami głównymi filmu. Ich praca polega na oglądaniu i usuwaniu tysięcy niepokojących obrazów i nagrań. 

Zasady dotyczące dozwolonych treści są ustalane w Dolinie Krzemowej, a że korporacje uwielbiają nowomowę – zwane jest to ich ‘moderowaniem’…

Cenzurowaniem treści w Internecie zajmują się w głównej mierze mieszkańcy krajów Trzeciego Świata. Czyściciele Internetu pokazują nam czy też pozwalają śledzić działania pięciu osób (z dziesiątków tysięcy, które się tym zajmują), które w Manili na Filipinach – centrum moderowania Internetu – pracują w roli “cyfrowych śmieciarzy”. Tu znowu wracamy do korporacyjnego żargonu. Zatrudnianie Filipińczyków jest formą tzw. outsourcingu. Kto nie wie, co to oznacza – zapraszam do google’a 😉 . Dość powiedzieć, że to firmy z Doliny Krzemowej wyznaczają standardy ich pracy, to one decydują o tym, jakie treści mogą się przedostać dalej, a jakie nie, jakim zasadom podlega ich ocena, ustalają niepodważalne wytyczne dla pracowników. Więcej niż kilka pomyłek w miesiącu – skutkuje zwolnieniem z pracy. Pracy – w kraju tak ubogim jak Filipiny – uznawanej przez wielu “czyścicieli Internetu” za pracę marzeń. Dzięki której ich status materialny i społeczny winduje ich w rejestry, w których nigdy by się szans znaleźć nie mieli.

08_THE CLEANERS © gebrueder beetz filmproduktion

I jeśli chodzi o moje odczucia – to właśnie ten wątek tego dojmującego dokumentu przemawia najbardziej i najbardziej porusza.

Bo w rewelacyjny wręcz sposób umie podkreślić to, co jest sednem jego przeslania. Internet to jeden wielki “śmietnik”, śmietnik, w którym jedynie wydaje się nam, że umiemy się poruszać. A co więcej raczej nie rozmyślamy nad tym, jak bardzo nas dehumanizuje…

A najbardziej tych, których beneficjenci jego potęgi zatrudniają do jego “oczyszczania”!

W wysokich, klimatyzowanych, szklanych biurowcach, w open-space’ach siedzą ci, których praca to nie komfortowe klikanie myszką w 0-1 formacie “delete” lub “accept”. To ludzie, których praca polega na tym by oddzielić nas od horrorów, które pozostawiają na nich trwały ślad psychiczny, traumatyzują ich na sposób, który przez psychologów porównany został do tego samego zjawiska jaki dotyczy żołnierzy, którzy wrócili z wojny (PostTraumaticSyndromDisorder).

Nie napisze rzecz jasna, co niektórzy z nich musieli oglądać… ale zaręczam Wam, że mi w kinie ze grozy zamarzła krew w żyłach. I jestem pewna, że nie byłabym w stanie już nigdy się z tego otrząsnąć…

Film Hans ‘a Block’a & Moritz’a Riesewieck’a w zasadzie odbieram jako swego rodzaju apel, próbę wstrząśnięcia nami w obliczu katastrofalnego kryzysu ludzkości. Zwyrodnieniu wszystkich, nawet najszlachetniejszych w swych podstawach wartości, które zbudowały potęgę naszego gatunku. Jego bohaterowie, ich praca, to co mają nakazane przez swoich mocodawców kasować, aby zostało usunięte sprzed naszych oczu, a tym samym w kulturze obrazkowej, w której żyjemy stało się nierozpoznane to nie jest tylko “ich problem” – to problem nas wszystkich. Każdego z nas z osobna, kto ma konta na portalach społecznościowych. I wszyscy poniesiemy konsekwencje braku jego rozwiązania…

*** Wszystkie zdjęcia oraz cytaty wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu Czyściciele Internetu na rynku polskim: Against Gravity

You may also like

MIDSOMMAR
KRÓLOWA KIER
GLORIA BELL
ONI

5 Komentarze

    1. Kultura Osobista

      Bardzo dziękuję za miłe słowa na temat recenzji. Cieszę się, że się podobała! A przede wszystkim, że obejrzała Pani ten doskonały film dokumentalny. Serdeczności, j

  1. raj@rafa.eu.org'

    Największy problem związany z tematyką tego filmu – choć niedostatecznie mocno w nim zaakcentowany – polega na tym, że obecnie praktycznie już nie ma Internetu – zamiast niego jest Facebook i podobne mu platformy typu Twitter itd. Nawet w filmie pada w pewnym momencie to zdanie w kontekście bodajże Birmy, że ludzie tam nie znają Internetu poza Facebookiem, nawet nie wiedzą, co to e-mail – dla nich Internet to Facebook, a Facebook to Internet.

    Po obejrzeniu tego filmu pojawił mi się taki obraz: szereg pracujących latami i naprawdę poświęcających się swojej pracy wybitnych ogrodników wyhodował piękne drzewo, które swoim cieniem mogło służyć wszystkim. Tym drzewem jest (był) Internet. Niestety, w obrębie tego drzewa zaczął rozwijać się nowotwór (nie wiem, czy rośliny mogą mieć nowotwory, ale załóżmy na użytek tego komentarza, że mogą :)). Zaczął pochłaniać coraz większą część tego drzewa, aż w końcu zagarnął je prawie w całości. Część przekształcona w nowotwór nie daje już ani cienia, ani tlenu, jest uschniętymi, kompletnie bezużytecznymi gałęziami – nawet na opał nie da się ich spożytkować, bo nie bardzo chcą się palić. Tym nowotworem jest właśnie Facebook i pokrewne mu platformy. Tak naprawdę nie potrafię dostrzec ani jednego pozytywnego aspektu tak dla rozwoju technologii sieciowych, jak i dla rozwoju społecznego, jaki wiązałby się z istnieniem tych platform – niczego, czego nie byłoby wcześniej, czego nie zapewniałyby już wcześniejsze narzędzia – blogi, fora, e-mail, komunikatory itd. Facebook i kompania tylko pasożytuje na tym wszystkim, co powstało już wcześniej, same te serwisy niczego nie stworzyły. Właśnie jak nowotwór, chorobotwórcza bakteria albo inny pasożyt.

    Problemy poruszone w filmie – z jednej strony cenzura jako zagrożenie dla wolności słowa i samej demokracji, z drugiej strony nadużywanie tej wolności słowa poprzez wrzucanie do Internetu rzeczy naprawdę strasznych, które nie powinny być publikowane (i nie chodzi mi tutaj nawet głównie o okrutne obrazy itp. – patrz dalej), po trzecie, cenzurowanie według bezsensownych kryteriów (znacznie bardziej szkodliwe społecznie i psychicznie są treści np. podburzające do nienawiści i fake newsy szerzone w tym celu niż obrazy przedstawiające nagość czy nawet okrutne zabójstwa, a cenzuruje się te drugie, a tych pierwszych – jak mówią sami moderatorzy występujący w filmie – z założenia nie, „bo są to tylko opinie”), po czwarte – cenzura dokonywana w sposób niejawny, przez anonimowych, kiepsko opłacanych i niekompetentnych ludzi, od których decyzji nie można się w żaden sposób odwołać, po piąte – zniszczenia psychiczne, jakie powoduje ta praca u wykonujących ją ludzi – te wszystkie problemy są nierozwiązywalne, bo ich przyczyną jest sama skala popularności „platform społecznościowych” (moim zdaniem nie ma bardziej fałszywego określenia, bo to, co ma miejsce na tych platformach, budowaniu żadnej społeczności nie służy, a wręcz przeciwnie – sprzyja niszczeniu więzów społecznych). Problemy te będą istnieć (i nasilać się) tak długo, jak długo będzie istnieć Facebook & Co.

    I niestety temu stanowi rzeczy nie jest winny Facebook czy Twitter, tylko ludzie – pierwsi użytkownicy tych platform. Miałem to szczęście przyglądać się temu, jak rozwijał się Internet, kibicować temu rozwojowi i trochę opisywać go w papierowej jeszcze wtedy prasie na użytek tej większości(!) społeczeństwa, która dostępu do Internetu nie miała. Pięknem, siłą i istota Internetu było to, że był on z założenia zdecentralizowany. Każdy mógł mieć własny serwer, własną stronę, a od tego, aby do tych stron dotrzeć, były wyszukiwarki. I tak było dobrze. Ale zamiast korzystać z tej wolności i swobody, ludzie zaczęli oddawać całą swoją internetową aktywność w ręce jednej firmy – Facebooka. Wszystko przenosili tam, nawet z e-maila przestali korzystać zastępując go prywatnymi wiadomościami na Facebooku. Potęgę Facebooka stworzyła głupota jego użytkowników, którzy sami sobie wyhodowali potwora. I o to mam nie do Facebooka, a właśnie do tych użytkowników, żal i złość. Zwłaszcza z punktu widzenia kogoś takiego jak ja, kto spory kawał życia starał się edukować ludzi, jak świadomie korzystać z Internetu. Okazuje się, że wszystkie te wysiłki poszły na nic i ludzie wolą głupio niż świadomie.

    Dla mnie wniosek po obejrzeniu filmu jest taki, że istnieje tylko jeden sposób na rozwiązanie opisanych w nim problemów – likwidacja (zapewne odgórna, przez władze, tylko który polityk odważy się podjąć taka decyzję?) Facebooka i wszystkich serwisów działających na podobnej zasadzie i powrót do tego, co było przedtem – własnych stron, blogów, for, grup dyskusyjnych i ogólnie mówiąc, zdecentralizowanej różnorodności – zgodnie z pierwotnym zamysłem Internetu – zamiast jednego scentralizowanego molocha.

  2. raj@rafa.eu.org'

    Próbowałem napisać komentarz, niestety nie „wszedł”. Próbowałem przesłać go autorce e-mailem – niestety, chyba e-maili od dawna nie odbiera, bo dostałem zwrotkę „Quota exceeded”. No nic, spróbuję jeszcze raz, może tym razem „wejdzie”…

    Największy problem związany z tematyką tego filmu – choć niedostatecznie mocno w nim zaakcentowany – polega na tym, że obecnie praktycznie już nie ma Internetu – zamiast niego jest Facebook i podobne mu platformy typu Twitter itd. Nawet w filmie pada w pewnym momencie to zdanie w kontekście bodajże Birmy, że ludzie tam nie znają Internetu poza Facebookiem, nawet nie wiedzą, co to e-mail – dla nich Internet to Facebook, a Facebook to Internet.

    Po obejrzeniu tego filmu pojawił mi się taki obraz: szereg pracujących latami i naprawdę poświęcających się swojej pracy wybitnych ogrodników wyhodował piękne drzewo, które swoim cieniem mogło służyć wszystkim. Tym drzewem jest (był) Internet. Niestety, w obrębie tego drzewa zaczął rozwijać się nowotwór (nie wiem, czy rośliny mogą mieć nowotwory, ale załóżmy na użytek tego komentarza, że mogą :)). Zaczął pochłaniać coraz większą część tego drzewa, aż w końcu zagarnął je prawie w całości. Część przekształcona w nowotwór nie daje już ani cienia, ani tlenu, jest uschniętymi, kompletnie bezużytecznymi gałęziami – nawet na opał nie da się ich spożytkować, bo nie bardzo chcą się palić. Tym nowotworem jest właśnie Facebook i pokrewne mu platformy. Tak naprawdę nie potrafię dostrzec ani jednego pozytywnego aspektu tak dla rozwoju technologii sieciowych, jak i dla rozwoju społecznego, jaki wiązałby się z istnieniem tych platform – niczego, czego nie byłoby wcześniej, czego nie zapewniałyby już wcześniejsze narzędzia – blogi, fora, e-mail, komunikatory itd. Facebook i kompania tylko pasożytuje na tym wszystkim, co powstało już wcześniej, same te serwisy niczego nie stworzyły. Właśnie jak nowotwór, chorobotwórcza bakteria albo inny pasożyt.

    Problemy poruszone w filmie – z jednej strony cenzura jako zagrożenie dla wolności słowa i samej demokracji, z drugiej strony nadużywanie tej wolności słowa poprzez wrzucanie do Internetu rzeczy naprawdę strasznych, które nie powinny być publikowane (i nie chodzi mi tutaj nawet głównie o okrutne obrazy itp. – patrz dalej), po trzecie, cenzurowanie według bezsensownych kryteriów (znacznie bardziej szkodliwe społecznie i psychicznie są treści np. podburzające do nienawiści i fake newsy szerzone w tym celu niż obrazy przedstawiające nagość czy nawet okrutne zabójstwa, a cenzuruje się te drugie, a tych pierwszych – jak mówią sami moderatorzy występujący w filmie – z założenia nie, „bo są to tylko opinie”), po czwarte – cenzura dokonywana w sposób niejawny, przez anonimowych, kiepsko opłacanych i niekompetentnych ludzi, od których decyzji nie można się w żaden sposób odwołać, po piąte – zniszczenia psychiczne, jakie powoduje ta praca u wykonujących ją ludzi – te wszystkie problemy są nierozwiązywalne, bo ich przyczyną jest sama skala popularności „platform społecznościowych” (moim zdaniem nie ma bardziej fałszywego określenia, bo to, co ma miejsce na tych platformach, budowaniu żadnej społeczności nie służy, a wręcz przeciwnie – sprzyja niszczeniu więzów społecznych). Problemy te będą istnieć (i nasilać się) tak długo, jak długo będzie istnieć Facebook & Co.

    I niestety temu stanowi rzeczy nie jest winny Facebook czy Twitter, tylko ludzie – pierwsi użytkownicy tych platform. Miałem to szczęście przyglądać się z bliska temu, jak rozwijał się Internet, kibicować temu rozwojowi i trochę opisywać go w papierowej jeszcze wtedy prasie na użytek tej większości(!) społeczeństwa, która dostępu do Internetu nie miała. Pięknem, siłą i istota Internetu było to, że był on z założenia zdecentralizowany. Każdy mógł mieć własny serwer, własną stronę, a od tego, aby do tych stron dotrzeć, były wyszukiwarki. I tak było dobrze. Ale zamiast korzystać z tej wolności i swobody, ludzie zaczęli oddawać całą swoją internetową aktywność w ręce jednej firmy – Facebooka. Wszystko przenosili tam, nawet z e-maila przestali korzystać zastępując go prywatnymi wiadomościami na Facebooku. Potęgę Facebooka stworzyła głupota jego użytkowników, którzy sami sobie wyhodowali potwora. I o to mam nie do Facebooka, a właśnie do tych użytkowników, żal i złość. Zwłaszcza z punktu widzenia kogoś takiego jak ja, kto spory kawał życia starał się edukować ludzi, jak świadomie korzystać z Internetu. Okazuje się, że wszystkie te wysiłki poszły na nic i ludzie wolą głupio niż świadomie. Wolą być niewolnikami niż korzystać z wolności.

    Dla mnie wniosek po obejrzeniu filmu jest taki, że istnieje tylko jeden sposób na rozwiązanie opisanych w nim problemów – likwidacja (zapewne odgórna, przez władze, tylko który polityk odważy się podjąć taka decyzję?) Facebooka i wszystkich serwisów działających na podobnej zasadzie i powrót do tego, co było przedtem – własnych stron, blogów, for, grup dyskusyjnych i ogólnie mówiąc, zdecentralizowanej różnorodności – zgodnie z pierwotnym zamysłem Internetu – zamiast jednego scentralizowanego molocha.

    1. Kultura Osobista

      Bardzo dziękuję za ciekawy komentarz do recenzji filmu „Czyściciele Internetu”. Jako administrator strony – mam dostęp do obydwu i obydwa mi się „pokazały” czy też jak Pan to określił – „weszły”. Maila od Pana też dostałam. Prawdopodobnie (automatyczna) odpowiedź jaką Pan otrzymał została wygenerowana przez WordPress… Niestety od pewnego czasu mam problemy techniczne z blogiem, który prowadzę na tej platformie, a które przestały być kompatybilne z layoutem strony. Wymagają kosztownych napraw a raczej update’ów systemowych, na które do tej pory nie uzbierałam kasy. Ale wszystkie komentarze dostaję i na nie zawsze odpowiadam. Co do kwestii, które Pan porusza w swoim poście – trudno mi się z Panem nie zgodzić co do tego, że platformy społecznościowe obecnie służą ludziom do innych celów, niż w czasach kiedy powstały / niedługo po. Myślę, że w ogóle żyjemy w czasach poważnej atrofii więzi międzyludzkich. I alienacji od ludzkiego „realu”. W zasadzie od dawna piszę się o tym, że „życie na Facebooku” jest jedynie formą autopromocji, w dodatku dość wyrywkową. Cóż, ja nie mam w sobie złości na ludzi, którzy „oddali całą swoją aktywność w ręce Facebooka”. Sądzę, że właśnie po to został stworzony aby tak się stało – ludzie (generalizując) są raczej zawsze bardziej wygodni, konformistyczni i dążą do ułatwiania sobie życia niż utrudniania…Skoro więc mają narzędzie, które pozwala im wcześniejsze aktywności „w Internecie” scedować na jeden byt (że tak to ujmę) to nie widzą powodu by z tego nie skorzystać. Moja hipoteza (diagnoza?) jest taka, że najprawdopodobniej zabrakło jednak edukacji o której Pan wspomina. Pewnie było jej za mało, była zbyt niszowa, miała za małe zasięgi, etc, A na dodatek nie była w interesie tych, którzy media tworzą. Co sprowadza się do tego co i Pan stwierdza (i historia od tysiącleci potwierdza to cały czas): ludzie ludziom zgotowali ten (jak i każdy inny) los. Smutne, ale prawdziwe. A dokument „Czyściciele Internetu” uważam za nie tylko że świetny merytorycznie ale także (a może przede wszystkim) głos / stanowisko tych, którzy jednak nie stracili nadziei na to, by ludzie się „obudzili”. Nawet jeśli po jego obejrzeniu jedynie jakaś garstka ludzi zastanowi się nad poruszanymi przez Pana kwestiami a także zmodyfikuje swoje podejście do mediów społecznościowych – to zawsze lepsze niż nic. I po to powinny właśnie powstawać filmy dokumentalne! Serdeczności, j

Skomentuj