16
mar
2022
15

DRIVE MY CAR

DRIVE MY CAR (Drive my car) Reż. Ryūsuke Hamaguchi; Scen. Ryūsuke Hamaguchi & Takamasa Oe; Wyk. Hidetoshi Nishijima, Tōko Miura, Reika Kirishima, Japonia, 2021

Jest tylko jedno pojedyncze słowo, które oddaje sedno mojej opinii na temat filmu DRIVE MY CAR. To słowo to: ARCYDZIEŁO.

Bo Drive my car jest nie tylko formalnie – dziełem wybitnym. Jest dziełem, które koniec końców i tak wymyka się nawet najlepszej jakościowo próbie opisu / oddania w słowach jego wyrafinowania intelektulanego, misterności tkania kolejnych warstw narracji, subtelności stworzonego klimatu, delikatności gry aktorskiej, wizualnego piękna i umiejętności dotykania najczulszych rejestrów emocji i wnikania w głąb duszy…

Zanim przejdę do recenzji Drive my car którego triumfalny pochód przez wszystkie najważniejsze festiwale filmowe trwa nieprzerwanie od zeszłego roku (czyli od MFF w Cannes, gdzie został nagrodzony potrójnie, w tym za najlepszy scenariusz) po drodze do “ostatniej prostej” jaką jest rozdanie Oscarów, zaliczając Złoty Glob oraz Bafta dla najlepszego filmu zagranicznego / nieanglojęzycznego – muszę się podzielić z Wami pewną refleksją osobistą. Gdyby ktokolwiek, przed powstaniem tego filmu poprosił mnie o listę znanych mi pisarzy, których dzieła literackie moim kinofilskim zdaniem nie mają szansy być dobrze zekranizowane: Haruki Murakami by się na niej znalazł na sto procent…

A jednak. Ryūsuke Hamaguchi powiodła się rzecz – w moim odczuciu – niemożliwa. Budzi to mój bezbrzeżny podziw i szacunek. Z jednego, maleńkiego opowiadania Haruki Murakami z tomu „Mężczyźni bez kobiet”, wspomaganego dogłębną znajomością innych dokonań tego pisarza – reżyserowi i scenarzyście w jednym udało się zbudować uniwersum opowieści tak cudownie tożsame z nie dającym się pochwycić w proste definicje klimatem prozy najsłynniejszego japońskiego autora, za który wielbią go wszyscy jego wierni czytelnicy, od lat wyczekujący (jakże moim zdaniem zasłużonego) Nobla – że nie mam na to słów uznania i podziwu…

*   *   *

Yūsuke (w przepięknie oszczędnej w środkach wyrazu i dojmująco przejmującej kreacji Hidetoshi Nishijima) jest aktorem i reżyserem teatralnym, a jego żona Oto (Reika Krishima), telewizyjną scenarzystką. Kiedy ich poznajemy mieszkają w Tokio, w przestronnym, jasnym i dużym apartamencie, który od razu budzi skojarzenia z miejscem, do którego chce się wracać. Tchnie spokojem i aurą pogodnej kontemplacji. Yūsuke i Oto wydają się być małżeństwem godnym pozazdroszczenia. Jedną z tych par, które są niemalże idylliczne. Kochających się, doskonale rozumiejących, wspierających, żyjących we wzajemnych szacunku. Nie widać „gołym okiem” ani jednej rysy, ani jednego zgrzytu. Oto pracuje głównie dla jednej z tokijskich, komercyjnych stacji TV. Możemy się jedynie domyślać, że tak samo jak swoją pracę lubi, przynosi jej ona także bardzo dobre dochody. Ale jednak nie jest to praca, która jest pozbawiona wad. Oto jest kreatorką historii, ale na potrzeby seriali nie może tworzyć ich w pełnej swobodzie co do ich treści. Dlatego też rodzaj erotycznej zabawy czy też fetyszu jaki w małżeństwie wypracowali sobie Yūsuke i Oto – szczerze porusza, a nawet budzi wzruszenie tym, że ich więź jest tak silna, spójna, tak pięknie obopólnie podzielana… Po akcie seksualnym Oto zazwyczaj opowiada mężowi jakąś nową, kolejną historyjkę, która zrodziła się w jej umyśle, często taką której jako zawodowa scenarzystka nie miałaby z pewnością możliwości wykorzystać w pracy, z racji na jej „niecenzuralność”… To jeden z kilku intymnych, ich własnych małżeńskich kodów. Yūsuke pracuje w teatrze, głównie jako aktor. A to oznacza, że w przeciwieństwie do żony jego zawodowe życie to praca „z cudzym tekstem”. Stałe wysiłki by wniknąć do świata stworzonego przez kogoś innego. Mozół budowania roli na podstawie słów, które ponieść mają postaci przez niego kreowane na scenicznych deskach. Stałe próby mierzenia się z tekstem i jego transponowanie w postać, na scenie, przed widownią. Dlatego też małżonkowie mają także inny, równie wzruszający zwyczaj dotyczący tym razem potrzeb Yūsuke, który uchodzi za aktora wybitnego, takiego który przykłada się bardzo do swojej pracy. Zaczyna zawsze od tego, że uczy się roli na pamięć. Jego mnemotechnika polega na tym, że tekst literacki – słowa granej przez niego postaci w sztuce –  jego ukochana żona Oto nagrywa mu na kasety. A on je odtwarza w magnetofonie, zamontowanym w swoim ukochanym aucie, kultowym, oldschoolowym, krwistoczerwonym modelu Saab’a 900. I w samotności, szlifując tekst, powtarzając go, ucząc się go – niejako prowadzony jej głosem – zaczyna właśnie w ten sposób, odseparowany od świata zewnętrznego, a zespolony z tym wszystkim co kocha i co mu jest najbliższe – wnikać  w sedno postaci, jaką przyjdzie mu zagrać… 

I zgodnie z tytułem tego obrazu, a przede wszystkim w zgodzie z klimatem opowiadań Marukamiego Drive my car ten intymny zwyczaj bohatera czyni tak samo metaforą, symbolem, jak i swego rodzaju kluczem do postaci bohatera…

Więź Yūsuke i Oto wydaje się tak dojmująco szczera, czuła, intymna i prawdziwa, że aż zadająca pytanie o jej „realność” – do momentu gdy żona Yūsuke niespodziewanie umiera i jak się wkrótce dowiemy – pozostawia po sobie wiele tajemnic. I tu będzie kolejna dygresja – całkiem osobista i szczera. Nie jestem ani znawczynią kultury japońskiej, ani kina japońskiego. W zasadzie jestem jako Europejka i kinofilka kimś kto sam sobie wydaje się być dość tandetnie fascynującym się pewnymi jej elementami bez pogłębionego i należytego weń wglądu. Bardzo rzadko oglądam japońskie filmy i w zasadzie mam mizerne doświadczenia dotyczące kinematografii tego kraju. Kiedy byłam młodsza wydawało mi się, że japońscy aktorzy „nie potrafią grać”. Dziś wiem, że to różnice kulturowe spowodowały, że nie byłam w stanie przynależnej Azjatom skromnej mimiki twarzy oddać należnego szacunku. Ale z biegiem lat dotarło do mnie coś, co w Drive my car odbieram jako dodatkową, olbrzymią zaletę tego wybitnego kina. Powściągliwość gry aktorskiej w filmie, który zajmuje się sednem człowieczej egzystencji w jej wymiarze najbardziej intymnym, ostatecznym, filozoficznym wręcz – jest absolutnie zachwycająca! Bo też ból ludzki dotyka do głębi i najmocniej dokładnie wtedy, kiedy o sobie nie „wrzeszczy” a milczy lub szepcze! I kiedy skrywa się w mikroskopijnych detalach, takich jak grymas twarzy, ruch dłoni, postawa ciała, a przede wszystkim w tym co dzieje się w oczach bohaterów…

Dla Yūsuke śmierć żony to cios. Wielowarstwowy, zmultiplikowany. Nie pozwalający mu być w miejscu, w którym spędził z nią lata, tym bardziej w obliczu tego co przypadkiem odkrył. A to zmienia wszystko. W tym jego samego. Bohater wyjeżdża do Hiroszimy, by tam reżyserować w teatrze „Wujaszka Wanię” do której to sztuki Yūsuke ma także skompletować obsadę. Główną rolę dostanie w niej młody aktor, Kōji (Masaki Okada), aktor który znał Oto i zna odpowiedzi na dręczące jej męża pytania….

*   *   *

Yūsuke stale w drodze do Hiroszimy i już na miejscu, siedząc w aucie puszcza sobie kasety z czytanymi przez Oto fragmentami „Wujaszka Wani”. Ale kiedy jego kontrakt reżysera nabiera mocy formalnej – okazuje się, że musi z samodzielnego prowadzenia auta z miejsca gdzie mieszka, oddalonego spory kawał drogi od siedziby teatru – z powodów „proceduralnych” wymaganych przez jego kierownictwo – zrezygnować. Jednym słowem musi zatrudnić szofera. W jego przypadku będzie nim kobieta – szoferka o imieniu Misaki (świetna Tōko Miura), której milczenie skrywa wspomnienie dawnej tragedii. I tak, w Hiroszimie, mieście jakże wymownym dla japońskiej historii znajdzie swoją kontynuację historia losu Yūsuke. Mężczyzny, wdowca, człowieka pogrążonego w żałobie, aktora, reżysera. Zagorzałego fana prowadzenia auta, którego kierownicę musiał oddać w ręce – komuś innemu…W tym aucie, niczym w konfesjonale padną słowa i wyznania, które pewnie w innym kontekście, sytuacji, splocie wydarzeń by nigdy nie padły. To w ukochanym Saabie Yūsuke dojdzie do tego, że zarówno on jak i Misaki uwolnią się od dręczących ich dojmującym bólem demonów: skrywanych, tłamszonych i tłumionych przed zewnętrznym światem emocji. Tym samym niejako dając ich cierpiącym duszom ulgę, ukojenie. A nawet więcej, otwierając je na nowe więzi, nowe międzyludzkie spotkania, które nadają nowy sens i znaczenie ich życiu, które zdawałoby się – w ich mniemaniu utracili – bezpowrotnie… 

*   *   *

Drive my car jest takim filmem, który – w moim odczuciu – czyni z widza kogoś w rodzaju „lustra” dla opowiadanej przezeń historii. A raczej odbicia tego czym sam (i wobec siebie) widz tego obrazu jest. A to najwyższy komplement jaki kino jako sztuka może ode mnie dostać. Co zresztą jest według mnie całkowicie paralelne wobec tego co sądzę na temat wielkiej literatury. Oba te „byty” rozumiane jednako – właśnie jako „dzieło sztuki” – nigdy bowiem nie są o tym jedynie, o czym są. Nie są jedynie tym, czym się wydają. I ich najlepsze nawet streszczenie zatem także tym nie jest. Są dokładnie tym, czym są W NAS – ICH ODBIORCACH. To w nas żyją, rezonują, tkwią, osadzają się w naszych umysłach, sercach, duszach, pamięci. Zostawiają w nas samych ślady, swoje osady i resztki. Zagnieżdżają się. Na tyle na ile sami im na to pozwolimy, na ile jesteśmy wrażliwi, na ile chętni, otwarci i chłonni. Rezonują na swój unikalny sposób, po cichutku, zrazu niepostrzeżenie. Ale im więcej czasu mija, tym bardziej rozumiemy, że są czymś od czego nie uciekniemy, co na trwałe zostawiło w nas swój ślad. Gdzieś poprowadziło, wniosło jakiś rodzaj refleksji, jakiś ciężar gatunkowy, dotknęło sedna naszych własnych cieni i naszych własnych odcisków na duszy. Zakołatało w nasze własne lęki egzystencjalne. Zadrapało nas w nasze własne blizny. Posypało solą nasze własne rany. I spojrzało nam w nasze własne oczy, a przede wszystkim pokazało nam perspektywę spojrzenia Innego. Jego interpretację świata. I słowa, gesty, skojarzenia, jakich do jego nazwania używa. Jak i to wszystko co dzieje się poza nimi i co słowa przemilczają…

I znowu wrócę do tej samej / podobnej analogii, którą posłużyłam się pisząc o tym, że gdyby ktoś mi powiedział, że prozę Haruki Murakami da się jakkolwiek oddać / przełożyć na język kina – bym powiedziała, że nie widzę takiej możliwości… 

Hamaguchi poszedł dalej. I poprzez Drive my car wzniósł się w rejestry, których – szczerze – nie jestem władna mimo wielkich chęci i całkiem dobrego mniemania o swoim intelekcie opisać inaczej niż olśniewające! Bo jego zespolenie kultury Japonii wraz z jej historią, z tekstem jednej z najwspanialszych, najwiekszych, ikonicznych sztuk teatralnych jakie istnieją, jednego z największych dramaturgów wszechczasów Antoniego Czechowa pozostawiło mnie – literalnie – oniemiałą z zachwytu…

Drive my car Hamaguchi nadał nowy wymiar kinu rozumianemu jako maestria, jeżeli definiujemy ją jako najwyższy artyzm w opowiadaniu o sednie człowieczeństwa. A te nie zna ani kontekstów historycznych, ani geopolitycznych. Nie zna kostiumów, scenografii i sztafaży. Nie interesuje go nic ponad to co najbardziej uniwersalne, najgłębsze i najbardziej dojmujące w – naszym wspólnym – gatunkowym istnieniu. A są to kwestie zawsze przede wszystkim – ostateczne – w znaczeniu ich uniwersalności. Ludzkie losy na całym świecie, w każdej warstwie społecznej, w każdym możliwym i niemożliwym do zliczenia i wykalkulowania kontekście są podobne. Bo wszyscy meandrujemy przez nasze własne, wydawałoby się jak najbardziej jednostkowe i unikalne życie na pewien sposób  jednako – w ciagu niemożliwych do przewidzenia wydarzeń, zagmatwań naszych „ja” z innymi „ja” spotykanymi po drodze, która jak każda droga ma swój początek i kres…  Pełnej znaków, sygnałów, ostrzeżeń, skrzyżowań, zdarzeń i wydarzeń, niczym w tzw. trasie. Jednych mijamy jak na autostradzie, z prędkością, która nawet nie pozwala nam zauważyć, że są, istnieją tuż obok nas. Innych  spotykamy na poboczach życiowego pędu, lokalnie, czasami na dłużej niż zakładaliśmy. Ciagle los nas plącze z innymi ludźmi w swoim własnym rytmie, w jakiejś swojej niezrozumiałej dla nas sieci powiązań. Stajemy twarzą w twarz przed dobrem, pięknem, jasnością, szczęściem. By za chwilę musieć być skonfrontowanymi z mrokiem, smutkiem, brakiem, bólem. Stale coś tracimy, zupełnie się tego nie spodziewając. Stale musimy się czegoś uczyć od nowa. Godzić z tym czego nie przewidzieliśmy, co do nas niejako „przyszło samo”. Stale „witamy” i „żegnamy” to co było, jest i będzie. Ludzi, miejsca, sytuacje, przedmioty. Samych siebie… 

Jesteśmy w permanentnym procesie, którego doświadczamy w amplitudach, których nigdy nie da się wykoncypować. Przewidzieć. Nic nie jest ostateczne. Nic nie jest na zawsze. Nie ma nigdy niczego stałego.… Prócz życia, póki trwa… 

…Cóż robić, żyć trzeba. I będziemy żyli, wujaszku kochany. Przeżyjemy długi, długi szereg dni, wlokących się wieczorów; cierpliwie zniesiemy doświadczenia, jakie nam los ześle…

I właśnie dlatego Drive my car Ryūsuke Hamaguchi jest filmem, który w jakże wydawałoby się mało spektakularnym tytule zawiera sedno tego wszystkiego co jest wielkie w prozie absolutnie wielkiego pisarza jakim jest Haruki Murakami, a którego twórczość dla tego obrazu stanowiła inspirację. Jak i sam w sobie stanowi to co w kinie nazywa się artystyczną wielkością!

 

 

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu DRIVE MY CAR na rynku polskim: Gutek Film.

You may also like

Pierwsza retrospektywa filmów SUSAN SONTAG w Polsce
BOSCY
Podaruj sobie odrobinę klasyki – czyli o ARTEKINO CLASSICS…
FILM BALKONOWY

Skomentuj