20
cze
2017
40

ERUDYTA – czyli o prozie Alaina De Botton…

 

ERUDYTA. Określenie to – od dziecka – uważam za jeden z największych komplementów, jaki może spotkać człowieka – było nie było – przedstawiciela gatunku zwanego homo sapiens…

Być może dlatego, że wypowiadane było w moim rodzinnym domu z emfazą i nabożną czcią. I to wobec bardzo niewielu osób. Głównie już nieżyjących, zresztą… 😉

Wyszukiwarki internetowe, które rzecz jasna – przeszperałam na okoliczność tego tekstu pokazują współczesne określenia tożsame wobec pojęcia ‘erudyta’, takie jak “człowiek renesansu”, a także “chodząca encyklopedia” (hehe).

Choć mnie osobiście trudno się z tym ostatnim zgodzić. Encyklopedia kojarzy mi się jednak zbyt mocno z suchymi faktami. A to stanowczo zbyt mało by mówić o erudycji. Internetowe wydanie Encyklopedii PWN pokazało mi na przykład obrazek (poniżej) w którym napisane stoi, że Erudyta:

…jest to człowiek, ktory imponuje szerokim zakresem swoich wiadomości. Wiadomości te jednak są raczej rezultatem jego dobrej pamięci i wytrwałości w nabywaniu wiedzy aniżeli inteligencji…

Erudyta_PWNYyyy. Ale jak to???

Zbaraniałam. Wydał mi się ten opis swego rodzaju dyskredytację erudycji. A potem “poszłam po rozum do głowy” 😉 To bardzo stara definicja, bazująca na podwalinach, które w dzisiejszym świecie są niezbyt aktualne. Słownik języka polskiego pod redakcją Witolda Doroszewskiego powstawać zaczął w roku 1959. Wtedy i samą inteligencję pojmowano zupełnie inaczej niż dziś. A tzw. wskaźnik IQ (iloraz inteligencji) mierzono za pomocą kwestionariusza, który jest moim zdaniem bardzo nieadekwatny wobec złożoności sprawy. A już na pewno nie przesądza o odniesieniu tzw. sukcesu życiowego, o poczuciu spełnienia – nawet nie wspominam…

Dla mnie – osobiście – erudycja – jest kwintesencją inteligencji. I nie bardzo wyobrażam sobie nieinteligentnego erudytę(???)…

Z prozą ALAIN’a De BOTTON zetknęłam się po raz pierwszy wiele lat temu. Myślę, że dekadę co najmniej. Pierwsza z jego książek, którą przeczytałam nazywa się “Sztuka podróżowania”. To ten rodzaj lektury, w którą wpada się, że użyję takiego prostego porównania – jak śliwka w kompot. Zakochałam się w autorze – krótko mówiąc.

IMG_2227-Alain_De_Botton.2

Przez recenzentów literackich, De Botton już po swoim debiucie w obszarze literatury non – fiction (1997) pt. “How Proust can change your life” został uznany za odkrycie i obiecujący talent. Z upływem lat i wydawaniem kolejnych książek, których celem były rozważania nad kwestiami, które gatunek ludzki zajmowały od zarania naszych dziejów, takimi jak: miłość, śmierć, poczucie szczęścia, spełnienie osobiste, sens i znacznie istnienia, czy istotność czegoś, co zwie się „karierą” – sława de De Botton’a rosła i rosła. Dla mnie jest to całkowicie zrozumiałe, bo niezwykle cenię sobie fakt, że rozprawiał się z tym wszystkim w sposób, który mnie zawsze zachwyca i „powala”. Niczego nie cenię u ludzi bardziej, niż umiejętności zmieszania we właściwych proporcjach: wiedzy z dystansem wobec niej, autoironii z humorem, w dodatku podanej w leciutkiej (bo bardzo eleganckiej) formie – swego rodzaju uszczypliwości. Chylę czoła przed połączeniem rzeczy zwykłych i przyziemnych (w znaczeniu uniwersalnie ludzkich i dotyczących każdego z nas) – z jedynie jemu przynależnym sposobem wplatania ich w opowieść o najważniejszych wytworach ludzkiej kreacji: literaturę, malarstwo, architekturą, czy myśl filozoficzną. Pierwsza z nich, właśnie, nazywa się “O pocieszeniach, jakie daje filozofia”. Dlatego też bardzo szybko jego niezwykle błyskotliwe, dowcipne, niebanalne i doskonale napisane eseje uzyskały status “filozofii życia codziennego”. Na ich podstawie powstał cykl filmów dokumentalnych, a proza De Bottona – w większości krajów zachodnioeuropejskich – stała się bestsellerem (u nas – niestety nie). Pardon za wredny komentarz – ale zupełnie mnie to nie dziwi 🙁

  *   *   *

Książki eseistyczne De Bottona okazały się być dla mnie lekturą bardzo specjalną. Każdą kolejną, po którą – z latami wydawania ich na rynku polskim – sięgałam zawsze – czytałam z niesłabnącym podziwem, a nawet lekką zawiścią – że ich autor potrafi tak pięknie i mądrze nie tylko pisać, ale koić moją duszę. Sądzę, że każdy z nas – przynajmniej od czasu do czasu – zmaga się z indywidualnym poczuciem lęku, niemocy, nieważności, braku sensu lub bliżej nieokreślonego, acz bardzo dojmującego w swym nasileniu poczucia “że to wszystko to nie tak, to nie tak miało być”…

Alain De Botton ma dla mnie tę gigantyczną przewagę nad innymi “domorosłymi filozofami dnia codziennego” (ich nazwiska, które w PL są bardzo popularne, bo sprzedawalne w trylionach egzemplarzy litościwie przemilczę) że nie aspiruje do bycia “guru”. Nie sadzi się. Nie stawia w pozycji osoby, która posiadła wiedzę tajemną. Nie jest od kogokolwiek z nas w jakikolwiek sposób “lepszy”… A co najważniejsze – niczego nikomu nie zaleca, ani nie opowiada o żadnych patentach na udane życie. I nie udaje, że je posiada… Jest li i jedynie (można? można!) erudytą, który – jeśli rozprawia o pojęciach tak metaforycznych, abstrakcyjnych, acz uniwersalnych dla ludzkiej refleksji, jak ‘poczucie szczęścia’ – to jedynie przypomina nam z niebywałą lekkością, wdziękiem i czarem, że kłopotała ta kwestia już starożytnych, wielkich, możnych, uczonych i wspaniałych… Czyli wszystkich tych, o których z racji tego, że piszą o nich wszystkie encyklopedie tego świata – myślimy jako o tych, którzy patenty na „udane życie” (bo dziś są sławni i przeszli do historii) posiadali. Wspomina malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy, architektów, poetów, polityków, myślicieli. Etc.

To co jest wspaniale w prozie De Bottona – to fakt, że stoi na stanowisku, że każdy z nas, jako przedstawiciel gatunku ludzkiego – jako taki – wszyscy jesteśmy równi wobec nierówności życia. A jego gigantyczna wiedza i umiejętność zarówno analizy, jak i syntezy najważniejszych wytworów ludzkiego umysłu na przestrzeni tysiącleci – służy właśnie temu, byśmy mogli sami wobec siebie nabrać dystansu. I właściwie, ja osobiście, chyba najbardziej kocham go właśnie za to!

W “Lęku o status” pisze:

Głód statusu, jak wszystkie apetyty, ma swoje zastosowanie: popycha nas do pełnego wykorzystania talentów, zachęca do perfekcji, powstrzymuje od niebezpiecznych dziwactw i cementuje społeczność wokół wspólnego system wartości. Jednak, jak w przypadku wszystkich apetytów, brak umiaru i tu może doprowadzić do śmierci…

Zaś w “O pocieszeniach, jakie daje filozofia”:

…Naszą wolę wątpienia może również zdecydowanie osłabiać wewnętrzne poczucie, że społeczne konwencje muszą mieć solidne fundamenty – nawet jeśli nie wiemy dokładnie jakie – skoro od dawien dawna uznawane przez wielkie rzesze ludzi. Trudno nawet przypuszczać, że społeczeństwo może się głęboko mylić w swych poglądach i zarazem że jedynie my to dostrzegamy. Tłumimy wątpliwości i podążamy za stadem, ponieważ nie potrafimy postawić się w roli proroków dotąd nieznanych, trudnych prawd.Właśnie filozofów możemy poprosić o pomoc w przezwyciężeniu tej naszej potulności…

Alain De Botton jest dla mnie przykładem kogoś, kogo szczerze i dogłębnie podziwiam. Ludziom nie udaje się tak znowu często być niezwykle popularnym i zarobić masy pieniędzy na tzw. erudycji, poza obszarem stricte naukowym i akademickim, czyż nie?

Jemu się to udało.

Do fragmentów jego książek sięgam od lat. Wracam do nich stale, wciąż zachwycając się tym, jak dużo z nich mogę czerpać. A niedawno odkryłam jego wykłady na TED. Pisarz także – co jest absolutnie – nie do przecenienia – lubi dzielić się swoją wiedzą i erudycją z innymi. Zainicjował powstanie swego rodzaju szkoły („The school of life”), platformy dla chcących korzystać z jego wiedzy, intelektu i błyskotliwych analiz bolączek współczesnego życia. Ma ona swój kanał na Na Youtube, subskrybowany przez dwa miliony osób (sic!)….

Jeśli błąka się wam po głowie komentarz taki, że po co ja piszę o sprawach sprzed wielu lat i że to “żadna nowość” – to mam w odpowiedzi do powiedzenia tylko tyle – wolę „stare” opinie kogoś, dla kogo istotnie ważna jest antyczna maksyma filozofa: “wiem, że nic nie wiem”, niż sposób oglądania świata tych, którzy „wiedzą wszystko” i są stale na bieżąco, ale jakże często oznacza to, że nie wiedzą niczego…

Złośliwe? Tak! Nauczyłam się tego od Alaina De Bottona 😉

You may also like

Partnerstwo przede wszystkim! – czyli o marce JOHN & MARY
WONKA
BĘKART
FERRARI

3 Komentarze

    1. Kultura Osobista

      Tak, dziękuję za tę uwagę, bo powinnam napisać o tym w swoim tekście, co też zaraz uczynię – nanosząc poprawki 🙂 pozdrawiam serdecznie!

  1. Pingback : Kultura Osobista CO PRZYNOSI PRZYSZŁOŚĆ | Kultura Osobista

Skomentuj