1
Kwi
2020
4

FOSSE / VERDON

FOSSE / VERDON (Fosse / Verdon) Pomysłodawcy: Thomas Kail, Steven Levenson; Wyk. Sam Rockwell, Michelle Williams, Norbert Leo Butz, Aya Cash, Margaret Qualley, USA, 2019, dostępny na HBO Go

FOSSE / VERDON – serial poświęcony burzliwemu związkowi legendarnego Broadway’owskiego choreografa i reżysera ikonicznych filmów: “Kabaret” oraz “Cały ten zgiełk” – Boba Fosse z wybitną artystką musicalową – Gwen Verdon – jest (niestety) tak jak ich życie chaotyczny i nierówny. Miejscami olśniewa i wprawia w zachwyt. Jednak zbyt często narracyjnie zaplątuje się o własne nogi – abym oceniła go jako wyśmienity. Ale z pewnością zachwyca jednym: wybitnymi rolami Sama Rockwella oraz Michelle Williams! I choćby z tego powodu warto się z nim zapoznać.

O miniserialu Fosse / Verdon marzyłam od wielu miesięcy. A konkretnie od czasu, kiedy wyczytałam, że został wyemitowany w USA w stacji FX, do której dostępu nie mam. Było to na długo przed tym, zanim okazało się, że grający w nim role Boba Fosse – wielce przeze mnie lubiany i szanowany aktor Sam Rockwell – otrzymał nominację do Złotego Globa, a wręcz kochana przeze mnie aktorka – jedna z najzdolniejszych w swoim pokoleniu Michelle Williams – na nominacji nie skończyła, a otrzymała Statuję, przy okazji wygłaszając płomienne przemówienie (choć jak to ona – głosem spokojnym i bardzo wyważonym w tonie) na temat konieczności prawa kobiet do samostanowienia, światopoglądu oraz wyborów życiowych (w tym politycznych). Do obejrzenia tu. A co gorąco polecam Waszej uwadze!

A marzyłam – bo brutalna prawda (niestety) jest taka, że w historii kultury & kinematografii: Bob Fosse zapisał się złotymi zgłoskami. Jako facet, który zrobił film KABARET – a jest to film WYBITNY & WIELKI. Tak wielki, że popkultura trawi go, przetwarza i stale się do niego odnosi od bez mała 50 lat! A o jego wieloletniej partnerce scenicznej, intelektualnej, życiowej, jednej z trzech żon oraz matce jego dziecka – milczała przez te same dekady, w których piała nad jego talentem…

Ale w końcu mogłam się z nim zapoznać (dzięki wielkie HBO Polska!). Zanim przejdę do recenzji, chcę (po raz już któryś, zresztą) napisać, że niezmiernie cieszę się, iż doczekałam czasów, w których całkiem spore filmowe budżety idą na historie opowiadające o wybitnie uzdolnionych kobietach, żyjących w cieniu wybitnych mężczyzn. Które własne wielkie talenty i ambicje poświęciły w imię sukcesów zawodowych swoich partnerów. O tym w zasadzie opowiada prześwietny film “Żona”, ze wspaniałą kreacją Glenn Close w roli małżonki pisarza – noblisty. I za który (tyle że rok wcześniej) także otrzymała Złoty Glob.

*    *    *

Trzeba oddać “cesarzowi, co cesarskie”: Bob Fosse (1927 – 1987) miał wybitny talent, olbrzymią charyzmę, był piekielnie kreatywny. I dziko ambitny. Opracował kilka (dziś uznawanych za „klasyki”) scenicznych ruchów, w tym pracy rąk – zwane ‘swingowymi’ i ’jazzowymi’. Według wielu znawców tematyki – zrewolucjonizował Broadway. Zresztą nikt do tej pory nie pokonał go w liczbie zdobytych nagród Tony (w sumie – osiem!)… Potrafił w dziedzinie, która była jego największą pasją – czyli choreografii scenicznej – wznieść się na wyżyny niedostępne wcześniej wielu i to najwspanialszym. Fosse z ruchu scenicznego, układu ciała tancerzy potrafił czynić dojmujące symbole i metafory. Nadawać wypowiadanym czy wyśpiewywanym przez nich słowom – większego znaczenia. Dopełniać je na sposób olśniewająco przejmujący.

Jest jedynym artystą, któremu udało się do tej pory zdobyć trzy najważniejsze amerykańskie nagrody za dokonania sceniczne w tym samym (1973) roku: dla twórców teatralnych Tony Awards (najlepsza choreografia w musicalu “Pippin”); dla twórców telewizyjnych nagrodę Emmy (za najlepszą reżyserię oraz choreografię w komedii lub musicalu za “Liza with a Z”). Oraz Oscara za reżyserię filmu fabularnego “Kabaret”. W tym ostatnim przypadku na półkę trofeów dostawić mógł jeszcze i brytyjską nagrodę BAFTA.

Sześć lat później triumfował na MFF w Cannes – zdobywając Złotą Palmę za “Cały ten zgiełk”

WOW!

Kim była Gwen Verdon (1925 – 2000)? W USA, gdzie musical, przedstawienia na Broadwayu to jest osobna gałąź tak sztuki, jak i szołbiznesu – wielbiciele i znawcy tego gatunku teatralnego – wiedzą, że była wyjątkowa. Wspaniała. Absolutnie unikalna. Cudownie uzdolniona. Jak i czterokrotnie nagrodzona Tony Awards. Wiedzą też, że była drugą żoną Boba Fosse. Jak też i to, że inspirowała go czy też w zasadzie współtworzyła intelektualnie najbardziej znane układy choreograficzne swojego słynnego małżonka. Że była jego muzą. Wspierała go i stała przy jego boku w czasach jego największych zawodowych i życiowych zapaści. Jak też i tą, która do swojej śmierci dbała o jego spuściznę artystyczną.

Jak to się zatem stało, że o Bobie Fosse wiedzą “wszyscy”. A o Gwen Verdon “nikt”?…

Ano stało się tak – za co – bardzo ambitnie trzeba przyznać – zabrali się pomysłodawcy miniserialu Fosse / Verdon za sprawą tego wszystkiego, co do początków XXI wieku dotyczyło kobiet w patriarchalnej kulturze chowanych. Kobiet, które były od małego przyzwyczajane do tego, by umniejszać swój talent. A nawet go “chować”. By poskramiać swoje ambicje. Zwłaszcza kiedy za ich plecami stali tzw. geniusze. Kobiet, które kultura “nauczyła”, że ich potrzeby samorealizacji, osiągnięć zawodowych, ich talent – są mniej istotne niż mężczyzn. I w zasadzie ta właśnie smutna konstatacja / diagnoza stanowi klucz do opowieści o związku dwojga niezwykle utalentowanych ludzi. W którym (nie bójmy się tego określenia) On – pasożytował – na Niej…

Bo Bob Fosse – przestawiony w miniserialu Fosse / Verdon jest mężczyzną tak samo fenomenalnie zdolnym, jak i kimś, kto w świecie tak artystycznym, jak i prywatnym funkcjonował w oparciu o manipulacje i szantaż emocjonalny. Osaczał psychicznie ludzi, którzy byli dla niego ważni. Nieustannie domagał się atencji. Nie znosił krytyki. Był egotyczny i narcystyczny na granicy patologii.

Przyjechał do Nowego Jorku jako młody chłopak, z popapranym życiorysem. I w zasadzie tylko z jednym (ale za to gigantycznym) marzeniem – by zostać nowym wcieleniem Fred’a Astaire’a. Z biegiem lat okazało się także, że każdy, z kim pracował natykał się zawsze na ten sam problem: dopóki jego wysiłki i talent były przydatne Fosse i jego postrzeganiu sztuki – było dobrze. Ale kiedy zmieniał zdanie – choćby z powodu własnych kaprysów – nie miał litości ani cienia empatii dla innych ludzi sceny, których potrafił okrutnie wręcz krytykować i poniżać publicznie. Był chorobliwie rywalizacyjny. Despotyczny. Potrafił ludzi dużo nauczyć. Potrafił kreować gwiazdy. Ale tylko wtedy, kiedy ich świetność służyła jego celom i jego personalnym sukcesom. Kiedy tylko zaczynał dostrzegać to, że mogliby go przyćmić – natychmiast ich umniejszał. I odsuwał na dalszy plan …

*    *    *

Fosse / Verdon w nielinearnej narracji, przetykanej reminiscencjami z przeszłości scenicznej i życiowej tej “pary” prowadzi nas przez wszystkie meandry burzliwego związku dwojga artystów. Których długoletnia i toksyczna relacja (bardzo częsty przypadek w świecie ludzi sztuki) zawiązała się w oparciu o wzajemną fascynację talentem, wrażliwością, kreatywnością i zdolnościami w tej samej dziedzinie… Kiedy Gwen Verdon poznała Bobba Fosse – była znaną, uchodząca za niezwykle uzdolnioną, wschodzącą gwiazdą – ale “tylko” – tancerką w przedstawieniach Broadwayowskich. Której potencjał (tak fizyczny, jak emocjonalny i intelektualny) do tworzenia ruchu scenicznego i gigantyczną umiejętność ubierania warstwy słownej musicalu w jej emanacje w ekspresji ciała – owszem – dostrzegł. A potem wykorzystywał – do własnych celów…

Bob Fosse zaś, gdy spotkał Gwen Verdon był uznanym tancerzem, ale przede wszystkim uchodzącym za wybitnegochoreografem. Który tym, którzy chcą osiągnąć sukces na musicalowej scenie – dyktuje jak mają to robić. Czujecie “tę subtelną różnicę”? …

Był także (jak mu się chciało) pełnym uroku, wdzięku i czaru osobistego, sprawiającym wrażenie niezwykle pewnego siebie, tupeciarskim niekiedy wręcz facetem o sporym już wtedy problemie alkoholowym. Palił jak smok. I brał tony piguł na wszystko. Ponadto miał reputację mężczyzny, za którym kobiety szaleją. Choć raczej lepiej byłoby powiedzieć, że był seksoholikiem (uzależnienia lubią się łączyć), który z racji sławy nie miał problemów z nieustannym uwodzeniem kolejnych dziewczyn…

Ona zaś była mało przebojową rozwódką, z szeregiem kompleksów i niepewności w sobie, co do skali swoich scenicznych możliwości. Jednym zdaniem: on epatował “manią wielkości”. A ona tkwiła w poczuciu, że “owszem jest zdolna, ale nie żeby aż tak bardzo” (szloch)…

Jak tylko się spotkali – “coup de foudre”. Zaiskrzyło. Z fajerwerkami. Tego typu fajerwerki są zawsze parzące najbardziej. Bo wzajemna fascynacja nie jest w takich przypadkach jedynie oparta o fizyczne zauroczenie i seksualne rozkosze. To mieszanka wybuchowa, w której dwoje ludzi ciągnie do siebie także admiracja dla talentu w tej samej dziedzinie. Których magnes potrafi być najbardziej toksyczny ze wszystkich. Życie dwojga artystów, którzy się tak samo wzajemnie podziwiają jak i stanowią dla siebie lustro, w którym widać jeszcze wyraźniej wszystko to, czego temu drugiemu brak – potrafi tyleż ekscytować, co być trujące.

I związek Fosse / Verdon był właśnie takim związkiem. Związkiem, w którym wykrzykiwane przez niego do niej na próbach w teatrze zdania takie jak: “nie chcę widzieć tu twojego wysiłku, nie chcę widzieć potu, jedyne co masz pokazać w tej scenie to twój promienny uśmiech” – przekładają się na życie…

*    *    *

Fosse / Verdon to nie jest serial łatwy w odbiorze. I nie jest to niestety serial (nad czym szczerze ubolewam) – scenariuszowo spójny i dobrze rozpisany na poszczególne odcinki. Gigantyczny materiał (w tym archiwalny, łącznie z dostępem do treści wspomnień, udostępnionych przez córkę Fosse i Verdon – Nicole Fosse – koproducentkę serialu), z którego mogli czerpać twórcy tej produkcji – ich najwyraźniej przerósł. Z czego nie szydzę. Bo zdaję sobie sprawę z tego jak bardzo złożony materiał mieli do obróbki… Dwie legendy: jedna wciąż żywa w ludzkiej pamięci, druga zapomniana. Szereg wątków będących w świecie musicalu i dziejów jego produkcji – historią tego biznesu – samą w sobie. Złożoność tematyki, problemów i kontekstów, jakie dotyczyły tego, że Bob Fosse zrealizował legendarny film “Kabaret” w formie tej, jaką wszyscy znamy (a nie była to realizacyjna „bułka z masłem” i przez dłuższy czas symbolicznie „wisiała na włosku”). Pogmatwane psychologicznie życiorysy obojga, zanim zostali parą. Jak i niezwykle skomplikowana natura ich relacji małżeńskiej oraz tego jak (nie)radzili sobie w roli rodziców. Gigantyczne problemy psychiczne oraz te, związane z uzależnieniem od alkoholu i leków u Fosse’a. Ująć to wszystko w klarownie podany sposób – było moim zdaniem – od początku – nierealne…

W przypadku bohaterów akurat tej historii – ich niezwykle bujne, doniosłe życie zawodowe oraz aż nadto skomplikowane – prywatne – nie tyle nie dałoby się zmieścić w osiem godzin / odcinków. Co moim zdaniem wymagało innego podejścia scenopisarskiego. Bardziej syntetycznego. I skupienia się na jednej – wiodącej – osi narracyjnej, na której oparta byłaby cała konstrukcja. Ale mogę się mylić 😉

Choć i tak chwała decydentom, że nie zamachnęli się na absurdalną chęć upchnięcia tego wszystkiego w dwie fabularne / filmowe godzinki (hehe)

Dlatego też Fosse / Verdon ogląda się niestety miejscami z niepotrzebnym znużeniem. Serial ma bardzo dużo fragmentów, które śledzi się z wypiekami na twarzy. Których narracja zasysa poprzez opowiadane wątki z życia bohaterów jako pary. A było to – bez dwóch zdań – życie nietuzinkowe. Ale zbyt często (niestety) scenarzyści chcą nam też opowiedzieć „za wiele”. I „o wszystkim”. A przede wszystkim popełniono w jego przypadku niestety błąd, zwany przeze mnie „psychoanalizą dla ubogich”. Większość reminiscencji z życia Boba Fosse oraz Gwen Verdon z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości – nie za wiele wnosi do narracji, bo ich późniejsze problemy jedynie ledwie szkicuje, bez pogłębienia. Co przynosi jedynie taki efekt, że rwie wątki główne. No, szkoda…

W zasadzie, jest zatem Fosse / Verdon tym przykładem produkcji TV, która w całości stoi na kreacji Sama Rockwella w roli Boba Fosse’a oraz Michelle Williams w roli Gwen Verdon. I są to KREACJE  W Y B I T N E! Każde z nich jest fascynująco wspaniałe, magnetyczne. Hipnotyczne. Oboje ogląda się w tym serialu z rozdziawioną paszczą, opadłą do kolan z podziwu dla ich kunsztu… Co nie dziwi, bo oboje są niezwykle uzdolnionymi aktorami. Ale też – co zawsze jest więcej niż ważne (a dla mnie szczególnie) – mając w tym zadaniu aktorskim możliwość wcielenia się w postaci ikoniczne, wciąż żywe w pamięci ludzi – legendy – robią to na sposób OLŚNIEWAJĄCY WARSZTATEM AKTORSKIM! Zwłaszcza Williams – polecam Wam odtworzyć sobie jakikolwiek archiwalny fragment z Gwen Verdon na Youtube, abyście mogli sami stwierdzić, że aktorka perfekcyjnie moduluje głos i mówi dokładnie tak jak słynna tancerka. I odzwierciedla jej mimikę oraz ruch ciała. Mnie – szczerze – odjęło mowę z wrażenia!…

To jak bardzo zaangażowani są ci wspaniali aktorzy w opowieść o życiu granych przez siebie postaci – zasługuje na najwyższy podziw i oklaski. Bo choć każde z nich ma doświadczenie sceniczne na Broadwayu (Rockwell rozległe, Williams – skromniejsze, ale w 2014 roku z sukcesem występowała jako Sally Bowles w przedstawieniu “Kabaret”) – to akurat te role wymagały od nich gigantycznych przygotowań i wysiłku dźwigania porównań do legend (w wątkach scenicznych). A w wątkach dotyczących ich związku małżeńskiego z materiałem scenariuszowym – bardzo trudnym. Bardzo psychologicznie delikatnym. I oboje z tego zadania wywiązali się fenomenalnie wspaniale!

Chapeu bas po stokroć!

Możecie mi wierzyć lub nie – jest mi z głębi serca – szczerze przykro, że praca i zaangażowanie tych dwojga aktorów w to, żeby opowiedzieć nam skomplikowaną, a przy tym doniosłą w treści opowieść o niezwykle ważnych kreatorach XX wiecznej kultury – niestety nie udała się tak bardzo, jak by mogła. Choć oni sami włożyli w Fosse / Verdon cały swój “pot, krew i łzy”. Oboje są zresztą jednymi z wielu producentów wykonawczych tego serialu. Jak sądzę właśnie dlatego, że oboje są artystami o dużej wrażliwości i potrzebie brania udziału w rzeczach, które są ambitne. I społecznie oraz kulturowo – ważne…

Mam nadzieję, że regularni czytelnicy tego bloga są już doskonale zorientowani w tym, że moją ambicją jest zajmować się bardziej złożonymi niż “rozrywka” – zjawiskami kultury. Pisać o rzeczach i sprawach tych, które miały, mają lub mogą mieć w nią jakiś większy wkład. Nie nazwałam prowadzonego przez siebie bloga “Kultura Osobista” bez powodu. Kultura i jej wytwory, wraz z tym, co istotnie ważnego wniosły w moje życie – były, są i będą jego esencją. Bo sama czuje się poniekąd sumą tego wszystkiego, co otrzymałam dzięki talentowi ludzi kultury…

Aranżacje sceniczne Boba Fosse i wkład w nie Gwen Verdon – o czym wcześniej nie wiedziałam 🙁 – należą do tych, które mnie na swój sposób formowały, ukonstytuowały. Sprawiły, że dziś mogę być tym, kim jestem. Czy bez “Whatever Lola wants?”; “Mein Heirr”; “Who’s got the pain”. A przede wszystkim bez “Money makes the world go round”? – byłabym tym kim jestem dziś? Wątpię…

Ale też jakkolwiek mocno nie byłabym już w swoim wieku “ulepiona” przez kulturę, w której przyszło mi żyć, szczęśliwie nie jest to lepiszcze, które zakleiło mi oczy na tyle, by nie móc widzieć jak bardzo istotne jest mówienia o tym, że jest to kultura, w której kobiety wciąż są przedstawiane jako jej kreatorki „z tylnego siedzenia”…

Gwen Verdon to właśnie taki przypadek. I to bardzo smutnie znamienny. I dlatego właśnie zaliczam Fosse / Verdon do produkcji serialowych z cyklu “must see”. Choćby po to, by kobiety artystki, kobiety twórczynie, kobiety o wielkich talentach nigdy już nie musiały być portretowane w żadnym filmie fabularnym, biograficznym czy dokumentalnym tak jak ona. A jaśniały co najmniej równorzędnym nazwiskiem w zestawieniu z męskim.

You may also like

OUTSIDER
NOWY PAPIEŻ
THE SPY
NA CAŁY GŁOS

Skomentuj