4
lip
2022
10

GALLIVANT GDAŃSK – czyli o tym jak pachną miasta…

Podróże kształcą – mawia porzekadło, a ja się podpisuję pod nim oboma rękoma, bo przecież każda podróż ubogaca w nowe przeżycia, doznania i doświadczenia. Zostawia w nas ślady, zapisuje się własnym sekretnym kodem w naszej pamięci…

Świat – do którego przybyliśmy – poznajemy zazwyczaj najpierw poprzez zmysły. Chłoniemy obrazy, dźwięki i zapachy mu przynależne – nie zawsze świadomie czy uważnie. Ale one cały czas nas otaczają i na nas oddziaływują. Z czasem utworzą własną mozaikę znaczeń…Na tym polega ta magiczna formuła: zapachy przywołują wspomnienia, są wehikułami czasu, które potrafią w ułamku sekundy teleportować nas do miejsc i wydarzeń drogich naszemu sercu. Te najczulsze, najmilsze, najbardziej unikalne będą już zawsze zapisane w naszym mózgu na zapachowym „hologramie”…

GALLIVANT  (w języku angielskim) nieformalny czasownik na określenie zjawiska (a może wręcz stylu życia?) jakim jest podążanie z jednego miejsca do drugiego za przyjemnością lub rozrywką

Tak też nazywa się jedna z najczęściej nagradzanych, niezależna firma perfumiarska rodem z Londynu. Jej założycielem i pomysłodawcą jest Nick Steward. Wybitny „nos”, który przed powołaniem do życia Gallivant’a pracował ponad dwadzieścia lat dla branży dóbr luksusowych, kreując kolejne zapachy. Z czasem, jak to często bywa u ludzi obdarzonych talentem i kreatywnością, szukających stale nowych wyzwań i inspiracji – znudził się tym wiecznym „skakaniem z kwiatka na kwiatek”, czytaj tworzeniem kolejnych zapachów na zlecenie wielkich, globalnych koncernów. A od tego droga do założenia własnej firmy była już niedaleka. Zanim powstał Gallivant Steward dołączył jeszcze na pewien czas w roli Dyrektora Kreatywnego do uchodzącego za absolutnie kultowy niszowego domu perfumiarskiego L’Artisan Parfumeur. Ale tam także okazało się, że to – nie to. Stewardowi marzył się powrót do podstaw, do pracy nad zapachami, które – choć każdy inny – ale jednak stworzą spójną opowieść, osnutą wokół pewnej większej metafory i jej znaczeń. Zbudują niejako ducha marki. I tak doszło do powstania GALLIVANT. Kolekcji perfum unisex, nie wymyślonych pod wydumane założenia marketingowe i „wizerunek” potencjalnego odbiorcy… To podejście okazało się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.

Mnie osobiście nietrudno się z nim zgodzić. Podobnie do Nicka Stewarda uważam bowiem, że perfumy i zapachy jakie na sobie nosimy nie mają nic wspólnego z nasza płcią, wiekiem czy orientacją seksualną. Gdyby nie była to prawda – większość najbardziej znanych i najczęściej kupowanych perfum (produkowanych na zlecenie luksusowych marek modowych i sprzedawanych w sieciowych perfumeriach na całym świecie) pachniałaby zniewalająco na każdym dla kogo niby to jest „przeznaczona”. A przecież zapach perfum jest czymś arcytrudnym do wsadzenia go w „sztywne ramy marketingu” właśnie dlatego, że stapiając się z naszą skórą – się z tych ram – wyswobadza. I nigdy nie wybrzmiewa na wszystkich jednako. A przede wszystkim (co jest kluczowe) nie z każdym gra i tańczy tak samo doskonale…

Zatem – na niewiele się zdaje opatrywanie zapachów perfum etykietującymi przymiotnikami: „słodki”, „lekki” czy „świeży”. To jedynie słowa. Marketing. Nie „zaklikają” z nami na życzenie. Właśnie dlatego, że nasze zmysły nie reagują jednakowo na konkretne zapachy, a raczej tworzą w pamięci własną siatkę skojarzeń i ich znaczeń dla tego co było źródłem przyjemności lub przykrości.… I tak pojęcie „świeży” – jednym kojarzyć się będzie z zapachem morskiej bryzy, innym z haustem mroźnego górskiego powietrza, a jeszcze ktoś przywoła na to słowo z pamięci obraz pewnego letniego upalnego i dusznego dnia, kiedy nagle doszło do gwałtownej ulewy, a po niej powietrze zapachniało ozonem i skoszoną trawą oraz poczuciem, że „w końcu jest czym oddychać”…

Dlatego GALLIVANT to perfumy, które stanowią swego rodzaju olifaktoryczne mapy miast – nie zawsze wielkich, ale zawsze unikalnych, mających niepowtarzalny klimat. Do których od dawna ściagają ludzie z całego świata by móc tego doświadczyć „na własnej skórze”… To marka, której filozofia zbudowana została raczej na symbolice związanej z podróżowaniem jako stanem umysłu, a przede wszystkim jako metaforze doznawania i doświadczania nowych, nieznanych wcześniej rzeczy. Przeżycia, doznania, wrażenia, emocje, odczucia i przyjemności z nich czerpane – to one są tu celem. Bo każdy kto podróżuje czerpie z tego faktu unikalną dla siebie przyjemność – wynikłą z poczucia  swego rodzaju „ucieczki” od codzienności. Nie wszyscy lubią to samo, nie wszyscy kochają te same miejsca i znajdują w nich radość życia. I jest to jak najbardziej zgodne z filozofią marki Gallivant. Tak jak nie ma „najlepszych perfum dla każdego” – nie istnieją też miasta, które wszyscy będę jednako kochać i chcieć do nich wracać. Choć niektóre przyciągają do siebie bardziej i emanują „tym czymś”, niedostępnym – gdzie indziej… Odwiedzając dane miejsce na mapie świata stykamy się z nim poprzez jego unikalny zapach, kolory, wibracje jakie wytwarza – będące pochodną i położenia geograficznego i klimatu, jak i architektury, kultury, zwyczajów, a nawet stylu życia jego mieszkańców. Dlatego też twórca marki Gallivant postawił od samego początku na najwyższą  jakość składników i ręczne rzemiosło opakowane w prostą, minimalistyczną acz elegancką formę. 

Perfumiarska marka Gallivant jest – że użyję porównania z moich ulubionych – kinematograficznych rejestrów – marką „arthousową”. Niszową. To nie „Bond” ani kolejne wydanie „Gwiezdnych wojen” żeby słyszał o niej każdy… 

Nie znoszę hipokryzji, wiec przyznam się od razu, że ja też o niej nie słyszałam do czasu…Do czasu – kiedy okazało się, że do obecnego portfolio zapachów dedykowanych najciekawszym, najbardziej unikalnym miastom na świecie: pożądanym, wymarzonym jako podróżnicze źródło przyjemności, inspiracji i doznań jednych w swoim rodzaju – dołączył GDAŃSK! 

To na serio – wielkie wyróżnienie! Tym bardziej, że Gallivant jako marka pracuje z najwspanialszymi „nosami” w perfumiarskim świecie i na stałe kooperuje z jednym z najlepszych – prywatnym – laboratorium zapachowym, położnym na wzgórzach wokół Grasse (czytelniczki i czytelnicy „Pachnidła” Patricka Süskinda rączka do góry!). 

GALLIVANT GDAŃSK powstał we współpracy z pochodzącą z Hiszpanii perfumiarką Julią Rodríguez Pastor, która nasze stare, piękne miasto na północy kraju odwiedziła jakiś czas temu całkowicie prywatnie i zakochała się w nim! 

Mnie osobiście – to jak Rodríguez ubrała Gallivant Gdańsk w wibracje zapachowe – zachwyciło, ale też (dodam szczerze) –  zaskoczyło! Nie ma w nim nic „marynistycznego” w stereotypowym ujęciu. Jest to zapach głęboki, dymny i ziemisty. A jednak „otwarty” i „wolny” – tak jak miasto Gdańsk. Z dostępem do morza. Jest w nim oddech, powietrze, przestronność plaż, akordy skórzane i tytoniowe – zgodnie z bogatą i zawiłą historią tego miasta –  jako miasta żeglarzy, rzemieślników, handlarzy i kupców… Czuć w nim zapach ziemii, miodu, szafranu, drewna sandałowego, żywicy kadzidłowca i leciutki akcent różany.  Najbardziej oczywista jest w Gallivant Gdańsk rzecz jasna nuta tajemniczej ambry – kto nie kojarzy Gdańska z bursztynem?

Na mojej skórze Gallivant  zapachniał pięknie, potem się równie pięknie otwierał. I okazał być – bardzo trwałym. To perfumy, które na własny użytek  nazywam „otulającymi”. Zaskoczyły mnie swoim ciepłem i głębią. 

Było to dla mnie – przyznaje – oprócz olifaktorycznego – niezwykle ciekawe doświadczenie poznawcze – móc poczuć „jak pachnie Gdańsk”?  według kogoś, kto pokusił się o wyrażenie tego w perfumach…

Oprócz tych wszystkich nut, które wymieniłam – a które czynią z Gallivant Gdańsk zapach obok którego trudno jest przejść obojętnie – najbardziej wdzięczna jestem jego kreatorce Julii Rodríguez Pastor za śliwkę! Tak – właśnie – za nuty śliwkowe. To w Gdańsku Hiszpanka zajadała się bowiem domowym plackiem ze śliwkami, tradycyjnym, na cienkim kruchym spodzie, z lekką mgiełką z cukru pudru na wierzchu… 

I tak właśnie w Gallivant powstają perfumy dedykowane miastom, których unikalność dla twórcy tej marki jest zawsze – opowieścią o podróży i doświadczaniu – wcześniej nieznanego. A to samo w sobie stanowi źródło przyjemności… Nie istnieje gdzie indziej i dlatego jest cenne – tym bardziej dziś – w tak bardzo zglobalizowanej i zunifikowanej rzeczywistości wszędzie obecnych tych samych marek i ich emblematów…

Każde z miast, jakie „opisuje zapachowo” Gallivant  jest inne, ale mają jeden wspólny mianownik – kiedy podróżnik je opuszcza – niejako bezwiednie czuje, że należą do grupy tych, których – nie zapomni, wytworzą w pamięci zapachowy hologram: przeżytych doznań, emocji, doświadczeń, wrażeń. 

GDAŃSK dostał od Gallivant wyjątkowo udane zapachowe wspomnienie! I od czerwca tego roku pręży się dumnie we flakonie obok innych metropolii, które nieustająco kuszą wszystkich podróżników i eksploratorów nowych doświadczeń i doznań…

A to – chyba sami przyznacie – powód i do radości i do swego rodzaju dumy, a przede wszystkim do sprawdzenia jak pachnie Gdańsk!

*** Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tekście pochodzą z materiałów prasowych GALILU – wyłącznego dystrybutora marki GALLIVANT  na rynku polskim.

You may also like

Trzeba znaleźć swój wzór – czyli o NOMAD WARSAW…
Oda do marki CELINE – czyli o osobowości, stylu i wartościach…
7 x JARMUSCH – czyli z miłości do kina…
KinoGram – czyli nowa jakość kina…

Skomentuj