10
Sty
2019
7

GENIALNA PRZYJACIÓŁKA

GENIALNA PRZYJACIÓŁKA (My Brilliant Friend). Reż. Saverio Constanzo, Scen. Saverio Constanzo, Elena Ferrante (na podstawie jej powieści), Laura Paolucci, Francesca Piccolo, Wyk. Margherita Mazucco, Gaia Girace, Valentina Acca, Antonio Buonanno, Pina di Gennaro, Luca Gallone, Włochy, 2018, produkcja HBO

Genialna przyjaciółka to kolejna olśniewająca produkcja serialowa HBO, przed którą padłam na kolana. Wybitnie wspaniała rzadkość – zespolenia literatury przez duże L z realizacyjnym kunsztem przez duże K. Przemyślanym i dopieszczonym w każdym detalu. Intelektualny, emocjonalny i wizualny pokarm sycący zmysły tych, którzy od produkcji TV oczekują rzeczy najwyższych lotów.

Chapeu bas po stokroć!

Tytułem wstępu:

Jestem szczęśliwa, że doczekałam czasów, w których na powrót (tak, tak!) “telewizja” – rozumiana na dzisiejszy – digitalny – czytaj dostępny dla każdego i na żądanie (yoohoo!) sposób – dostarczać będzie widzom coraz częściej pokarmu najdroższego mej duszy. Czyli wspaniałych ekranizacji dzieł literackich! Zwłaszcza tych, które dedykowane są kwestiom kobiecości i emancypacji…Wszystko na to wskazuje już od jakiegoś czasu, który ku mej radości nie okazał się efemerydą, ale trwałą tendencją. W zasadzie – było to do przewidzenia. Ale gdybym była w tym lepsza, dysponowała większym zapleczem narzędzi badawczych oraz pieniędzmi  – zamiast prowadzić niszowego bloga – miałabym swoją agencję forecast’ową, dedykowaną kinematografii i jak słynna Lidewij Edelkoort zarabiała kokosy na dostarczaniu platformom streamingowym danych, w co mają inwestować 🙂

Kiedy Hulu (jeden z trzech najważniejszych graczy na amerykańskim rynku platform streaming’owych, po Netflix i Amazon) zdecydował się na posiadanie w swym portfolio produkcji – adaptacji prozy samej Margaret Atwood pt. „Opowieść podręcznej” – dotarło do mnie, że coś się dzieje… I to coś ważnego. W tym miejscu istotna dygresja, dotycząca świata “walki tytanów” zwanych kino versus TV.

Obecne (2019 rok) dane statystyczne mówią same za siebie. Platformy streamingowe, o których mowa mają – każda – globalnie – ponad 100.000.000 (słownie: sto milionów) subskrybentów.

Nie muszę chyba wyjaśniać co to w praktyce oznacza…

Nie będzie przesadą stwierdzić, że jeszcze 10 lat temu – jeśli wielbiciele literatury pięknej najwyższych lotów mogli się spodziewać ekranizacji – to zdecydowanie – kinowej. Przenoszenie na ekran dzieł klasyków, pisarzy wielkich, uznanych, laureatów najważniejszych światowych nagród literackich (Booker, Pulitzer, nagroda Goncourtów) ba, dzieł pisarzy – kandydatów do Nobla – ma bardzo długą tradycję. I wiele z nich okazywało się być sukcesem. Czasami aż nad podziw wspaniałym. Lista jest długa, więc jej tu nie przytoczę. Ale przychodzą mi na myśl spontanicznie trzy przykłady: “Lampart” Giuseppe Lampedusy; „Imię róży” Umberto Eco oraz “Władca pierścieni” J.R. R. Tolkiena. Niestety – lista tych, które przeniesione na ekran filmowy – próbę zamknięcia w dwóch lub trzech godzinach znosiły źle, wychodząc z nich okaleczone, oszpecone, ułomne, płaskie, nijakie, wykastrowane z tego ulotnego czegoś, czym ich pierwowzory w postaci słowa drukowanego zachwycały, czy też angażowały najbardziej – jest znacznie dłuższa.

Czas ma znaczenie! Miała też przez wiele lat znaczenie tzw. technologia. Od lat jednakże kino może tworzyć całkowicie wiarygodne światy nie tylko dzięki komputerom, ale coraz wspanialszym możliwościom technicznym choćby samego procesu kamerowania i obróbki filmowej.

Ale przecież, chyba wszyscy(?) się zgodzimy co do tego, że technologia nie jest w stanie zastąpić tego czegoś, co zwie się opowieścią. Bo opowieść (co wydaje się aż nadto oczywiste) – jak sama nazwa wskazuje – powinna trwać długo…

Każdy, kto tak jak ja dorastał w erze analogowej, a nadto wychował się w umiłowaniu i kulcie słowa pisanego – wie o czym mówię.

Zanim XXI wiek pozwolił mi się zanurzać w telewizyjny ekran (a nie tylko w niego – nawet rozemocjonowanie – wgapiać) na którym mogłam, niczym rozdziały powieści ‘kartkować’ kolejne odcinki – czytanie literatury pięknej stanowiło dla mnie (i stanowi nadal) czynność umiłowaną. Której piękno i najwyższy sens polega na tym, że wymaga skupienia, namysłu, refleksji.

Kocham czytać. Kocham poświęcać czas na obcowanie z literaturą. To często najbardziej wartościowe emocjonalnie, intelektualnie i mentalnie momenty mojego dnia.

Ale żeby czytać – na prawdę czytać literaturę piękną  (podkreślmy!) – trzeba mieć czas dla siebie. Dużo tego czasu. I spokój. Żyć w świecie, który czyni z tego wartość. I ją gratyfikuje! Nie dam się przekonać nikomu, że jest inaczej. Podążanie wzrokiem za słowami – to nie jest czytanie. Nie bez kozery używało się kiedyś (i to zupełnie nie w kontekście szkolnym) określenia „lektura” na obcowanie z tekstem literackim…

Prawdziwe czytanie, a szczególnie czytanie powieści to powolne wchodzenie w świat, którego nie znamy. To stała refleksja, namysł, praca wyobraźni, kreatywne budowanie obrazu rzeczywistości, z tego wszystkiego, w czym autor słów ją zamknął. Najwspanialsze powieści to te, którym towarzyszy wysiłek tak intelektualny, jak i emocjonalny. Te, które stanowią wbudowane w słowa zapłony. Te, które dostarczają wiedzy, pobudzają do refleksji, dotykają naszych osobistych uczuć i odczuć, wzbudzają wątpliwości, obalają stereotypy, kwestionują przekonania, zmuszają do przyjmowania perspektywy innej niż własna i tym samym otwierają, ubogacają.

Pozwalają nam rozumieć i czuć więcej. Żeby takimi się mogły stać – potrzebują dużo czasu i skupienia na detalu. Dlatego też doskonałe ekranizacje serialowe literatury wysokiej to dla mnie coś w rodzaju prezentu, za który wdzięczna jestem szczególnie mocno.

*    *    *

Nikt nie wie kim jest Elena Ferrante. Poza nią samą 🙂 Najgłośniejsza, współczesna, włoska powieściopisarka tak ściśle chroni swoją prywatność, że sam ten fakt wzbudza mój ogromny szacunek i podziw. W świecie, w którym wszyscy chcą być widoczni – czytaj rozpoznawani – to ewenement. Ferrante nie chce być znana inaczej niż poprzez swoje książki. Prób rozszyfrowania tego kim jest – było podjętych już wiele. Nikomu się nie udało. Pozostały jedynie hipotezy i poszlaki. Oficjalnie nie są znane ani jej prawdziwe imię i nazwisko, ani data urodzenia, ani miejsce zamieszkania, ani nawet płeć. Tak głęboki kamuflaż można śmiało nazwać zatem ekstrawagancją. I to bardzo obecnie już rzadką (przychodzi mi na myśl jedynie Thomas Pynchon – jako podobny przypadek literackiej anonimowości, z którego Amerykanie zresztą uczynili swego rodzaju dobro narodowe).

W świecie, w którym patriarchat ma się dalej całkiem dobrze – liczni tropiciele tożsamości osoby, piszącej jako Elena Ferrante – chcieli się także doszukać –  a jakże – autora płci męskiej! Nie udało się to z prostego powodu. Proza Ferrante nosi w sobie tak głębokie znamiona zrozumienia i doświadczenia kobiecej natury, że żaden mężczyzna nie byłby w stanie tego “zfejkować” (hehe)

Dajmy zatem temu spokój.

Elena Ferrante – jakkolwiek się nazywa na prawdę  – jest kobietą, urodzoną w Neapolu, najprawdopodobniej niedługo po zakończeniu II wojny światowej.

*    *    *

Genialna przyjaciółka to pierwszy z czterech sezonów serialu – adaptacji monumentalnego, czteroczęściowego dzieła Ferrante. Zwanego “powieściami neapolitańskimi”, który rozpoczyna tom pod tym właśnie tytułem. Kolejne to: “Historia nowego nazwiska”; “Historia ucieczki” oraz “Historia zaginionej dziewczynki”. Nominowane były do najbardziej prestiżowej nagrody literackiej we Włoszech: Premio Strega.

W tym miejscu pora na kilka uwag merytorycznych, a dotyczących samego procesu produkcji (kolejny raz – wyrazy wdzięczności i szacunku dla HBO). Reżyserię sezonu pierwszego powierzono Saverio Constanzo – temu samemu, który zrealizował ekranizację powieści Paolo Giordano pt. “samotność liczb pierwszych”. Constanzo jest też współautorem scenariusza. Jednak (co jest jedyną i słuszną drogą w przypadku adaptacji literackich) nie majstrował sobie przy nim sam, jako ten “pomazaniec boży” tylko w ścisłej kooperacji z autorką powieści. Czyli mityczną Eleną Ferrante.

Kiedy – już po oficjalnym ogłoszeniu, że serial powstanie – autorka powieści w felietonie zamieszczonym na łamach dziennika “The Guardian” napisała:

Nie ma nic złego w tym, że reżyser, mężczyzna, chce nakręcić serial na podstawie moich książek. Ale, nawet, gdyby miał swoją silnie zdefiniowaną wizję, prosiłabym go o uszanowanie mojej. To on wchodzi do klatki mojej historii i nie pozwolę by ją z niej wyciągnął…

Wszyscy się zastanawiali się – jak się to skończy. Bo nie zabrzmiało polubownie…Reżyser konsultował z Ferrante wszystkie najważniejsze sceny, wątki i dialogi. A przede wszystkim obsadę (Ha! Miód na moje serce! Tak się to powinno robić! Będę o tym wrzeszczeć zawsze i niestrudzenie!!!). Bo OBSADA w Genialnej przyjaciółce – to jest coś tak genialnego, że mi dech zapiera w piersi do tej pory! Pisarka nadzorowała casting – a trzeba Wam wiedzieć, że w przypadku tej produkcji – chodziło o ni mniej, ni więcej tylko 9.000 (słownie: dziewięć tysięcy) dzieci oraz 500 (słownie: pięćset) dorosłych. Mówimy o jednym sezonie!

Opadła Wam szczeka? No, ja myślę!

I choć, jak głosi plotka, decydentom z HBO spędzały sen z powiek pytania o to, jak przebiegać będzie współpraca Constanzo – w dodatku oparta jedynie o kontakt mailowy (rzecz jasna Ferrante nie zgodziła się spotykać osobiście) – z nieskorą do kompromisów pisarką – okazała się być nad podziw sprawna. I bezkonfliktowa.

„Szukajcie dziewcząt ze smutkiem i odrobiną zepsucia w oczach”

pisała autorka powieści do reżysera serialu.

Zanim przejdę do recenzji sezonu pierwszego – zostawiam Was z wisienką na torcie tego przydługiego wstępu. Producentem wykonawczym Genialnej przyjaciółki jest PAOLO SORRENTINO! (“Wielkie piękno”; “Młodość”“Młody papież”).

Każdy kto mnie zna i każdy kto czyta tego bloga wie, że jest to filmowiec, przed którym kleczę. A na prawdę nie robię tego zbyt często…

Krótko i na temat. Przy takim zestawie “opiekunów projektu” nie mogło powstać nic innego, niż rzecz wybitna!

*    *    *

Genialna przyjaciółka to opowieść o przyjaźni – ani ckliwej, ani łatwej –  Eleny i Lili, które los połączył w czasach szkoły podstawowej w dzielnicy biedoty na obrzeżach Neapolu w tuż powojennych czasach. Odcinek pilotowy przedstawia nam narratorkę opowieści – Elenę, jako kobietę ponad sześćdziesięcioletnią. To klasyczny zabieg literacki. W scenie otwierającej serial Genialna przyjaciółka dowiadujemy się, że wydarzyło się coś bardzo, ale to bardzo dla niej istotnego, choć (pozornie) nie dotyczącego jej osobiście. Wiadomość ta wzbudza w niej emocje tak silne, że stają się katalizatorem. Uruchamiają proces, który zmusza Elenę do opowiedzenia nam historii jej życia. Życia, w którym wyjątkową rolę odegrała inna kobieta – jej “genialna przyjaciółka”… I tak wraz z jej słowami wracamy do czasów, kiedy była dzieckiem. Czasów, w których to wszystko co było ich udziałem przez wiele następnych dekad – się zaczyna…

I tu znowu muszę wrócić do kwestii obsady. W rolę Eleny i Lili – absolutnie wspaniale wcieliły się w sezonie pierwszym jako małe dziewczynki: Elisa Del Genio i Ludovica Nasti (pierwsze dwa odcinki), a jako nastolatki – Margherita Mazzucco i Gaia Girace (pozostałe sześć).

Elena – jak twierdzą znawcy prozy Ferrante to alter-ego autorki cyklu powieściowego. Choć, skoro nic o niej nie wiadomo, być może to jedynie zabieg literacki, dzięki któremu udało się pisarce w czterotomowym dziele stworzyć iluzję powieści autobiograficznej. Jeśli chodzi o gatunek – stanowi zatem “Genialna przyjaciółka” rodzaj oryginalnego tzw. künstlerroman (narratorka zostaje pisarką).

Autorka przyznała bowiem, w jednym ze skąpo udzielanych wywiadów, że udało się jej uciec z życia i środowiska, w którym się wychowała. Dzięki determinacji, wykształceniu i łutowi szczęścia – wspiąć się z nizin na sam szczyt drabiny społecznej. Zdobyć zarówno wykształcenie, prestiż, sławę jak i pieniądze, choć jak nie omieszkała podkreślić – zapłaciła za to wysoką cenę…

*    *    *

Elena i Lila są córkami prostych, fizycznie pracujących ojców. I nie pracujących zawodowo, acz – rzecz jasna – harujących jak woły robocze na rzecz “ogniska domowego” matek. Kłania się klasyka włoskiego patriarchatu i postrzeganie miejsca kobiety w świecie: casa (dom), cucina (kuchnia), chiesa (kościół).

Wywodzą się z neapolitańskiej biedoty, mówiącej południowym dialektem zamiast literackiego włoskiego. Ich rodziny to ludzie, którzy nie mają w domach ani jednej książki, edukacje (o ile w ogóle) zakończyli na kilku podstawowych klasach, niektórzy z nich nie umieją nawet pisać. Jednym słowem – pochodzą z plebsu.

Kiedy poznajemy Elenę i Lilę, zwana Lilu – dziewczynki mają po kilka lat, właśnie zaczęły obowiązkową naukę w szkole podstawowej. Jest rok 1948.

Ich świat utkany jest z tego wszystkiego, o czym rdzenny Neapolitańczyk – Paolo Sorrentino – wie wszystko! To nie jest ta Italia, która stereotypowo wyświetla się (obecnie) w głowie połowy świata. Jako zagorzała italofilka wiem o tym kraju trochę więcej niż przeciętna Polka. To, że Włochy to kraj, który nie składał się nigdy jedynie z bogatych mieszkańców bajecznego Rzymu, snobistycznego Mediolanu, Capri i Toskanii; cud jedzenia, wielkich marek modowych oraz zawsze i dla wszystkich słonecznej pogody – wiedzą także ci, którzy znają klasykę kina włoskiego, a przede wszystkim gatunek zwany neorealizmem. Filmy Rosselliniego, Viscontiego, De Sici.

Powojenne południe Włoch, z ich stolicą – Neapolem – skrajnie biedne, po klęsce poniesionej w czasie II-giej wojny światowej – stało się obszarem gigantycznego rozwarstwienia społecznego i klasowego. Miejscem skrajnie trudnym do życia. Rozgrzanym do czerwoności od polityki, wciąż żywych sympatii pro-faszystowskich, zinfiltrowanym przez kamorrę, która tam właśnie zbuduje swoją potęgę, by za kilkanaście lat zawładnąć połową świata. Miejscem na mapie Włoch najbardziej z całego kraju maczystowskim, patriarchalnym, opresyjnym, gwałtownym i brutalnym. Obsesyjnie zafiksowanym na seksie, pieniądzach i władzy. Rządzącym się prawami rodowej zemsty. Przepełnionym po brzegi mizoginią oraz dzikimi i prymitywnymi namiętnościami, które od romantycznych są tak dalekie jak bicie kobiet, skrytobójstwo, przemoc i gwałt…

Genialna przyjaciółka to opowieść o dziewczynkach, a potem nastolatkach, które w świecie tym próbują znaleźć możliwość realizacji siebie, choć każda z nich na zupełnie inny sposób. Od czasu, kiedy się poznały w szkole podstawowej i zafascynowały sobą. Będącym dla nich przez długie lata swego rodzaju mikrokosmosem, ograniczonym do kilku przecznic, podwórek, klatek schodowych i szkolnej klasy. Zaludnionym przez dorosłych, których trudne, biedne i przepełnione znojem życie – wydaje się być jednym jakie istnieje dla nich samych jako perspektywa. A w którym one same – istnieją w swego rodzaju klinczu. Społecznym, emocjonalnym i intelektualnym. Nie rozumiane przez rówieśniczki, nie podziwiane przez rodziców. W ich domach, w środowisku, z którego się wywodzą – nauka jest stratą czasu, o ile nie prowadzi do zdobycia konkretnego zawodu i tym samym odciążenia budżetu domowego. Dla wielodzietnych rodzin, gdzie ojciec jest jedynym żywicielem – każda gęba do wykarmienia to jedynie kłopot…

Nic dziwnego, że czytanie książek – uznawane przez ich rodziców za czynność bezproduktywną i “fanaberię” – tak uwielbiane przez obie dziewczynki – stanie się dla obu najpierwszym i największym spoiwem ich przyjaźni.

Meandry oraz psychologiczne niuanse przyjaźni Eleny i Lilu  – obłędnie rozpisane w prozie Ferrante – są  w Genialnej przyjaciółce – serialu – oddane w sposób absolutnie mistrzowski. Który poruszał mnie do głębi, łzawił mi oczy i powodował, że utykałam na “stop” by przetrawić pewne sceny.

Bo przyjaźń, o której traktuje Genialna przyjaciółka jest tym rodzajem opowieści, który jest samą prawdą o życiu, relacjach, związkach i ich podwalinach. Tak, jak prawdziwa i okrutna w swej szczerości może być jedynie wspaniała literatura! Utkana z fascynacji, zachwytu, poczucia wspólnoty, podobieństwa potrzeb i aspiracji, czułości i oddania. Jak i z zawiści, podłości, mniejszych i większych nielojalności, a przede wszystkim z rywalizacji!

To zresztą, co czyni w moich oczach serial Genialna przyjaciółka jedynym z tych, przed którym padłam na kolana – to fakt, że sam w sobie stanowi OPOWIEŚĆ par excellence! – malowaną z epickim rozmachem, w którym dzieciństwo i wczesną młodość Eleny i Lilu poznajemy na tle bardzo szerokiej panoramy: nie tylko Neapolu, ale powojennych Włoch, wraz z ich ówczesnymi kulturowymi, cywilizacyjnymi i gospodarczymi uwarunkowaniami. Dodając do tego fakt, że kinematografia włoska słynie na całym świecie ze świetnych scenografów oraz genialnych kostiumografów (w tym przypadku mowa o samej Antonelli Canarozzi – niminowanej do Oscara za „Jestem miłością” Luca Guadagnino), i ma oprawę muzyczną autorstwa Max’a Richter’a – twórcy kompozycji do filmów: „Walc z Baszirem”; „Lore” oraz do serialu „Tabu” – otrzymujemy rzecz absolutnie bajecznie zrealizowaną, która dosłownie “teleportuje” nas do świata bohaterek – świata sprzed 60 lat – oddanego z zachwycającym do imentu swą pieczołowitością  – realizmem!

 *    *    *

Bo też jest przede wszystkim Genialna przyjaciółka serialem obyczajowym, ale z mocnym zacięciem feministycznym. Co mnie osobiście do niego zjednuje jeszcze bardziej.

Warto się przyjrzeć temu, w jaki sposób i na jakim tle przedstawia Ferrante swoje bohaterki. Jakimi postaciami kobiet zaludnia ich świat – najpierw jako dziewczynek, a potem “małych kobietek” (nie bez kozery czyniąc z XIX – wiecznej klasyki powieściowej dla dziewcząt autorstwa Louisy May Alcott ich pierwszą, wspólnie zakupioną i wspólnie przeczytaną – najważniejszą książkę dzieciństwa). Jak przedstawia ich matki, babki, ciotki czy sąsiadki.

A jeszcze bardziej warto sobie zadać pytanie o to, czy przyjaźń Eleny i Lilu mogła mieć inny charakter, czy byłaby inna, inaczej przebiegała, gdyby nie chowały się w świecie, w którym nie mogły liczyć na wsparcie własnych matek, a kultura w której przyszło im żyć nie czyniła z nich „przedmiotów”, których wartość oszacowywano wyłącznie na podstawie potencjału zamążpójścia, najlepiej z kimś o wyższym statusie finansowym…

Ferrante, a za nią serial kontrastuje Elenę i Lilu na wszelki możliwy sposób. I w zasadzie właśnie to czyni opowieść o ich relacji i przyjaźni fascynującą, a nadto niebywale wiarygodną psychologicznie. W dzisiejszym świecie, w XXI wieku, w czasach tak bardzo obecnie skupionych na współpracy kobiet, na pojęciu tzw. siostrzeństwa i na konieczności udzielania sobie przez kobiety wzajemnego wsparcia – łatwo jest zapomnieć, że to kulturowo – dość nowe zjawisko! Na dodatek (ykhm) dobrze rozumiane, akceptowane i praktykowane raczej przez kobiety wywodzące się ze środowisk, w których ich status jest od dawna na tyle samodzielny i niezależny, by wiedzieć – jak się z nim obchodzić świadomie…

Podczas, gdy w świecie, w jakim chowały się Elena i Lilu były tak samo – choć bardzo odmienne fizycznie i osobowościowo – jedynie dwiema przedstawicielkami “słabej płci”. Otoczone kobietami, które nigdy z tym faktem nie ośmieliły się nawet polemizować.

I co znamienne, o losach wczesnej młodości każdej z nich – zadecydowali ich ojcowie…

Zatem, każda z nich, chowana w świecie patriarchatu i kobiet, które patriarchat uważały za jedyny i słuszny obraz świata – będzie patrzeć, wraz z wiekiem i dorastaniem na tę drugą – coraz bardziej przez pryzmat tego, jak sobie radzi w świecie mężczyzn. A ich rywalizacja będzie się pogłębiać wraz z tym, jak coraz bardziej oczywistym stawać się będzie, że każda z nich pragnie najbardziej tego, co ma ta druga. I jak każdej z nich będzie coraz trudniej spojrzeć na talenty i przymioty przyjaciółki inaczej niż na obszar, który u niej samej stanowi brak.

 

Genialna przyjaciółka rozprawia się z mitem przyjaźni na zawsze, na dobre i na złe w sposób, który mnie osobiście poruszał do głębi. Językiem oszczędnym, acz dojmująco prawdziwym  – jezykiem prawdy, wypływającej z samych trzewi – obalającym stereotypy i to wszystko, co lubimy o niej myśleć, a nie wiedzieć i co najczęściej – wypieramy ze świadomości…

Zdejmuje z relacji Eleny i Lilu gładką politurę, frazesy, lukier i przygląda się jej niczym przez lupę. Dobiera się do najmniejszych drobinek, które się składają na to, co je połączyło i trzymało razem, w miłosnym, acz dusznym uścisku – przez lata… I podaje jak na laboratoryjnym szkiełku.

Genialna przyjaciółka to zatem zjawiskowa i niezwykle inteligentna opowieść o iluzji przyjaźni. Która pomylona została z niezwykle silną więzią emocjonalną i całożyciowym współuzależnienieniem od kogoś, kto stanowił wieczną zagadkę, nasyconą gigantyczną fascynacją i próbami posiąścia tego wszystkiego, co sobą reprezentuje. A czego samemu się nie posiada. Przyjaźń dwóch kobiet stanowi tu przyczynek do opowiedzenia bardziej o swego rodzaju fantazmacie, niż o przyjaźni rozumianej na sposób taki, jakim być powinna.

I jeśli chodzi o moje zdanie – jest to opowieść łamiąca serce – którego bolesny przedsmak otrzymujemy w sezonie pierwszym serialu. Dlatego też – mam dla Was jedynie jedną poradę, zwłaszcza jeśli nie czytaliście powieści Ferrante – dajcie sobie czas na ten serial. Wejdziecie do świata, który zbudowała najbardziej tajemnicza pisarka XXI wieku. Chłońcie go, powoli, z namysłem, każdy godzinny odcinek – niczym rozdział powieści, z którą udało się Wam usiąść wygodnie w ustronnym i cichym miejscu, po to by się nim delektować. Jedynie przy tym podejściu – zrozumiecie – że jest to adaptacja literacka najwyższego lotu. A także dlaczego to serial, w którym czytanie wielkiej literatury jest przestawiane jako powinność każdej emancypantki…

You may also like

MÓJ PIĘKNY SYN
ODA DO ŚNIADANIA… – czyli do jajka na miękko :-)
PATRICK MELROSE
Ostatni sezon HOUSE OF CARDS – powitaniem nowego?

Skomentuj