31
mar
2016
69

GŁOŚNIEJ OD BOMB

GŁOŚNIEJ OD BOMB (Louder Than Bombs). Reż. Joachim Trier, Scen. Joachim Trier & Eskil Vogt, Wyk. Jesse Eisenberg, Gabriele Byrne, Isabelle Huppert, David Strathairn, Devin Druid, Dania / Francja / Norwegia, 2015

Nominowanemu do Złotej Palmy w Cannes w zeszłym roku – pierwszemu anglojęzycznemu filmowi Joachima Triera – sporo brak do ideału. Niemniej – Głośniej od bomb – jest obrazem bardzo dobrym, czego przyczyn upatruję w trzech składowych: rewelacyjnej obsadzie, doskonałej grze aktorskiej, a także poczuciu humoru, które oscyluje pomiędzy czarnym a cynicznym. To dzięki niemu – film ten skutecznie zyskuje polot i wdzięk, o co przy trudnym temacie, którym się zajmuje – łatwo nie jest. To brak patosu – ratuje Głośniej od bomb – od tego, czego w sztuce nie znoszę – pretensjonalności i artystowskiego nadęcia.

 

 

Gene Reed ( MUSZĘ to napisać – jak zawsze cudowny – Gabriel Byrne – bo to jeden z moich uwielbionych aktorskich mistrzów świata) jest nauczycielem w college’u. Ale przede wszystkim – jest wdowcem. Mężczyzną, w stosunku do którego można śmiało użyć określenia, że “pozostawał w cieniu swej żony”. A była nią wielka, nagradzana, uznawana za wybitną – fotografka wojenna (w tej roli kolejna obsadowa perła: Isabelle Huppert).

Trzy lata przed zawiązaniem akcji, która wprowadza nas w historię –  doszło do tragedii i to nie takiej, jakiej można by się spodziewać w sytuacji, kiedy jeden z członków rodziny wiele miesięcy w roku spędza na frontach i w najbardziej zapalnych punktach świata.

Isabelle Joubert-Reed – cóż za ironia losu – zginęła w wypadku samochodowym, niedaleko od domu, w czasie, gdy już była  na “zawodowej emeryturze”.

Od tamtej pory Gene boryka sie z samotnym ojcostwem oraz narastającym symptomem “opuszczonego gniazda”. Starszy syn – Jonah (bardzo dobry Jesse Eisenberg) był już w czasie, kiedy umarła matka  – dorosłym chłopakiem. Wyprowadził się z domu jakiś czas temu,  ma żonę, pracuje na uniwersytecie, niedawno urodziło mu się dziecko. Młodszy – Conrad (doskonały debiutant: Devin Druid) miał zaś jedynie lat 12. Teraz jest tzw. trudnym nastolatkiem, na którym skupiają się uwaga i wysiłki wychowawcze ojca, choć czuje się w tym potwornie samotny i pogubiony. 

Do spotkania ich wszystkich pod jednym dachem dochodzi po dłuższej przerwie. Znana nowojorska galeria organizuje retrospektywną wystawę prac Isabelle. Ponadto – jej znajomy i były współpracownik – dziennikarz New York Times’a (David Strathairn) planuje opublikować duży artykuł na jej temat. I ujawnić w nim pewien – nieznany publicznie fakt – na temat jej śmierci.

Wiedzą o nim zarówno Gene, jak i starszy syn Jonah. Przed Conradem prawdę zatajono. 

louder-than-bombs

 

Głośniej od bomb – Trier, ewidentnie – potraktował z dużym rozmachem, jeśli idzie o intencje opowiedzenia o kilku kwestiach naraz. Moim zdaniem – zbyt dużym. I jest to właściwie jedyny mój zarzut wobec tego filmu. Miejscami, bowiem – ta melancholijna, refleksyjna i retrospektywna układanka, która stawia mnóstwo pytań – raczej bez wyraźnych odpowiedzi – gubi się w ich natłoku, a także niekiedy, przesadnej metaforyzacji i symbolice.

Ale na szczęście, trzeba mu to oddać – nie gubi sedna.

To, co przede wszystkim kołatało mi się po głowie, po projekcji filmu, to kwestie związane z jego tytułem. I w tym przypadku – to komplement.

 

louder-than-bombs-de-joaquim-trier-place-a-l-introspection-subtile-et-elegante,M222805

Głośniej od bomb traktuje o dwóch co najmniej kwestiach, które można z tym tytułem utożsamić. Jedną z nich jest zawód Isabelle. Jej zdjęcia – chwytające w ułamkach sekund – sedno dramatów, jakie mają miejsce, praktycznie każdego dnia “gdzieś daleko” – są dla  prowadzących dostatnie i wygodne życie obywateli zachodniego świata  – jak wybuch bomby, detonacja. Jest pewna scena w tym filmie, w której – jeszcze za życia żony – Gene odprowadza ją na lotnisko, bo znowu leci “do pracy” gdzieś w Afryce, czy na Bliskim Wschodzie… Siedząc i pijąc kawę w hali odlotów są obserwatorami pewnego dość znamiennego zachowania. Przy sąsiednim stoliku, ubrany w garnitur, ewidentnie zamożny mężczyzna, w średnim wieku przegląda poranną gazetę. Kiedy tylko natyka się na artykuł, ilustrowany zdjęciem zrobionym przez Isabelle – szybko, prawie że ze wstrętem przekręca stronę…

A kwestią drugą jest to, co stanowi sedno tej opowieści, w której Trier pokazuje nam pewną rodzinę, wraz z jej najbardziej uniwersalną w świecie problematyką, czy też dysfunkcją, jaką jest niemożność porozumienia. 

A ta wynika z MILCZENIA, czyli tego, co było i co pozostaje nadal niewypowiedziane. Męscy bohaterowie tego filmu – każdy na swój sposób – bardziej żyją życiem ukrytym, wewnętrznym, niż nazwanym. Słowa służą im raczej do “zakrywania” bolesnych kwestii, niż do poznania i zrozumienia innych ludzi. Każdy z nich ucieka w pewien sposób w siebie, czy też swiat, w którym “huk bomb” odbywa się jedynie w ich głowach. 

To, że Trier odwraca stereotyp roli „kobiety” i „mężczyzny” w związku  – czyniąc z kulturowych klisz postrzegania rodziców ich przeciwieństwo – uważam za zabieg rewelacyjny!  W jego  obrazie bowiem, to  ojciec malowany jest jako  „kura domowa”, która stara się pod nieobecność małżonka ogarniać jak może rodzinne gniazdko. Podskórnie jednakże napięta od żali, pretensji i poczucia krzywdy, wynikającej z odczuwanego jako niedoceniane poświęcenie się dla idei „większego dobra”. A matka jest przedstawiona jako „wieczna nieobecna”, rozdarta pomiędzy pasją i umiłowaniem uprawianego zawodu, a „ciepełkiem rodzinnym”. Jako kobieta, którą tzw. domowe życie tyle męczyło, co dawało swego rodzaju chwilowe ukojenie.  To, co chce podkreślić reżyser – i moim zdaniem chwała mu za to – to fakt, że WSZYSCY udawali, że ta kwestia nie istnieje. „Zamiatali pod dywan”, nawet jeśli odczuwali ją podświadomie i gdzieś w głębi siebie byli przekonani, że żyją w swego rodzaju iluzji. Iluzji świata, w którym „wszystko gra”. Nie sztampową, owszem, ale zewnętrznie –  banalną do bólu trzewi – fasadą. Gdzie dla każdego z osobna – rodzinny świat był tylko uładzonym obrazkiem – przyciętym do okoliczności. I konstruowanym wokół niedopowiedzeń.

Ta symbolika Głośniej od bomb bardzo do mnie przemawia. Pokazuje – jak bardzo –  “ucieczka w milczenie” jest zgubna. Jakie czyni krzywdy. Jak nakręca spiralę eskalujących niemożności. Pogłębia je.

Im bardziej coś w sobie dusimy, im bardziej staramy się nie dać po sobie poznać, jak bardzo cierpimy, jak jest nam źle, jak się z czymś borykamy, o czym są nasze lęki, bojaźnie, słabości – tym bardziej skazujemy siebie i najbliższe nam osoby na to, że kiedyś dojdzie do eksplozji. To tylko kwestia czasu.

Kiedy kłamiemy sobie – kłamiemy całemu światu. Nie da się bezkolizyjnie przejść przez życie jedynie szeptem. Po cichu, grzecznie, układnie. 

Obraz Trier’a odbieram jako próbę konfrontacji artystycznej z kwestią, z którą się bardzo zgadzam. Każdy dojmujący brak – zaklajstrowany ciszą – mści się prędzej czy później. I zazwyczaj jest głośniejszy od bomb.

You may also like

PARYŻ, 13. DZIELNICA
WINONA RYDER: mistrzyni, outsiderka
MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI
MEN