21
mar
2023
25

IMPERIUM ŚWIATŁA

IMPERIUM ŚWIATŁA (Empire of Light) Reż. & Scen. Sam Mendes, Obsada: Olivia Colman, Micheal Ward, Tom Brooke, Tanya Moodie, Hannah Onslow, Crystal Clarke, Toby Jones, Colin Firth, Wielka Brytania / USA, 2022

Na czym polega magia kina? Jak wielka może być jej siła? Czy zadawaliście sobie kiedyś te pytania? Ja wielokrotnie. I pewnie dlatego IMPERIUM ŚWIATŁA tak bardzo mnie wzruszyło. Bo też właśnie kino z całym swoim „magicznym” anturażem i atmosferą – jak za dawnych lat – od zawsze było dla mnie niczym Imperium światła, w którym przebywanie jest plastrem na rany, jakie zadaje życie. Miejscem, które koi duszę…

Sam Mendes (rocznik 1965) – absolwent Uniwersytetu w Cambridge do świata filmu trafił nagle i całkowicie niespodziewanie dla branży zawojował go szturmem. Pewnie mało kto się tego spodziewał po kimś, kto zaraz po skończeniu studiów związał się ze światem teatru. I w którym przez całe lata odnosił gargantuiczne sukcesy. Dziś uchodzi za jednego z najlepszych współczesnych reżyserów teatralnych – wielokrotnie nagradzany za inscenizacje sztuk wystawianych w samym The Royal Shakespeare Company w Londynie oraz na Broadwayu w NYC. „American Beauty” – jego debiut (sic!) w fabule powalił na kolana nie tylko krytyków, ale przede wszystkim widzów. Nic dziwnego, że nazwisko Mendes wryło się w pamięć wszystkich kinofilów. Ja osobiście – bardzo tego twórcę cenię – z prostej przyczyny – jest fenomenalnie dobrym rzemieślnikiem, a przy tym artystą. Nie ma co do tego dorabiać filozofii, ten facet po prostu potrafi robić kino! I choć nie wszystkie jego dzieła są wybitne, w moim odczuciu nie zrobił ani jednego gniota, co niestety zdarza się nawet największym…. A dwa jego obrazy: „Droga do szczęścia” i „Para na życie” – są na mojej prywatnej liście – ulubieńcy na zawsze.

Mendes to „człowiek orkiestra” – jest nie tylko reżyserem, ale także scenarzystą oraz właścicielem firmy producenckiej. Na pomysł kanwy scenariuszowej do Imperium światła wpadł w czasie pandemicznego lockdown’u. Zamknięty w domu, odizolowany od tego co zazwyczaj stanowi jego codzienność, a są to dziesiątki spotkań tygodniowo, dyskusji, negocjacji finansowych, nie wspominając o pracy na planie w otoczeniu setek ludzi – jak wspomina w wywiadach ten czas – oddał się refleksjom, podsumowaniom i swego rodzaju rozliczeniom z przeszłością, nie kryjąc, że Imperium światła to jego najbardziej osobiste dzieło filmowe z wszystkich dotychczasowych dokonań.

I tak narodził się pomysł aby zrobić film, którego akcja będzie się działa w początkach lat 80tych, w apogeum Tchatcher’yzmu, zamieszek społecznych, dyskryminacji rasowej i pojawienia się kolejnych rewelacji na brytyjskiej scenie muzycznej. A przede wszystkim w czasach, kiedy wszystko jeszcze było analogowe, a przyszły zdobywca Oscara był nastolatkiem, któremu nie marzyła się kariera filmowca. A że Mendes urodził się w niewielkim mieście w hrabstwie Berkshire – to też akcje Imperium światła umieścił w jednej z urokliwych, małych miejscowości nadmorskich południowej Anglii.

Olivia Colman and Tom Brooke in EMPIRE OF LIGHT. Photo Courtesy of Searchlight Pictures. © 2022 20th Century Studios All Rights Reserved.

*   *   *

Kino, o jakim opowiada Sam Mendes w Imperium światła to piękny, wielki i stary budynek urządzony w stylu art deco – bajecznie położony, naprzeciw głównej promenady nad morskim nadbrzeżem. Nazywa się „Empire” (Imperium) i jest w tej jego nazwie zawarta boleśnie melancholijna czułość  – przynależna do narracji najnowszego obrazu Mendesa, który jest „podróżą w czasie” do świata kina (w znaczeniu dosłownym i metaforycznym) którego już nie ma i nie będzie…

W jednej ze scen, kamera obejmuje fasadę kina „Imperium” wraz z neonową tablicą, na której widnieje aktualny repertuar – sądzę, że nie bez kozery – znalazły się na niej akurat te dwa tytuły filmowe: „Blues Brothers” i „All that jazz”… 

W miasteczku, gdzie znajduje się kino o jakim opowiada Mendes – na widzów czeka się każdego dnia, z utęsknieniem. Nie jest ich wielu, niektórzy to stali bywalcy. Ale wszyscy są traktowani ze szczególną atencją. Przecież to dzięki nim „Imperium” jeszcze w ogóle działa, choć jak się dowiemy – kiedyś, w lepszych czasach – pełniło znacznie większą rolę w miejskiej tkance kulturowej. A jego wnętrza są tego najlepszym dowodem.

Jest zatem kino „Imperium” kinem w rozumieniu miejsca kultury, które jest niezbyt „rentownym biznesem” jak by to dzisiaj nazwano. Pracuje w nim garstka osób, zespół stanowiący ludzi ze sobą zżytych, niczym w patchworkowej rodzinie. Na czele kina stoi jego właściciel, podstarzały, nieco sfrustrowany zawodowo i ambicjonalnie facet o imieniu Donald (w tej roli jak zawsze niezawodny Colin Firth), menadżerka kina o imieniu Hilary (kreuje ją sama Olivia Colman – cóż można bowiem napisać innego o aktorce jej wielkości poza tym, że Colman zawsze gra na poziomie mistrzowskim?), a także niejaki Norman (Toby Jones) – bez którego żadne kino w czasach analogowych nie miało racji bytu. Norman jest bowiem operatorem. Człowiekiem, który w ciemnym pokoiku, na zapleczu sali kinowej gdzie umiejscowiony jest projektor spędził połowę swego już dość długiego życia. O kinie jako „ruchomych obrazach” wie wszystko, i to on kreuje jego magię dla widzów, ręcznie sterując zmianą szpul z taśmą, tak aby nikt nie zorientował się, że stoi za tym czyjaś niewidoczna perfekcja zawodowa. Wszak widz ze swoim wykupionym biletem do kina, siedząc w fotelu, w ciemnej sali nie myśli wcale o tym, że jego emocje i wzruszenia, śmiech i łzy to także efekt tego, że jakiś Norman doskonale wie, że na tym właśnie polega jego zawód: dostarcza niczym nie zakłóconą iluzję: magię imperium światła…

Film. Nieruchome obrazy. A między nimi ciemność. Ale nasz nerw optyczny ma pewien defekt. Te obrazy, puszczone z prędkością 24 klatek na sekundę, dają wrażenie ruchu. Wrażenie życia. Nie dostrzegamy ciemności. Tylko promień światła padający na ekran

The cast of EMPIRE OF LIGHT. Photo by Parisa Taghizadeh, Courtesy of Searchlight Pictures. © 2022 20th Century Studios All Rights Reserved.

Toby Jones and Micheal Ward in the film EMPIRE OF LIGHT. Courtesy of Searchlight Pictures. © 2022 20th Century Studios All Rights Reserved.

*   *  *

Zanim przejdę do krótkiego opisu fabuły Imperium światła – chciałabym znowu postawić Was przed pytaniami. Na czym polega magia kinowej opowieści? Co jest jej sednem? Czy zadawaliście je sobie? Co do mnie – z racji na 30-letni staż – ośmielę się stwierdzić, że dokładnie wiem na czym – bo są to tysiące godzin doświadczenia, które uznaję za najważniejsze: doświadczenia widza – kinofila! 

Magia kina zasadza się wciąż, pomimo cyfryzacji, i niebywałego postępu technologicznego na tym samym, co ukonstytuowało podwaliny X muzy ponad 100 lat temu. Film ma sens jedynie wtedy, kiedy opowiada jakąkolwiek historię w sposób, który nas dotyka, porusza, a przede wszystkim wnosi do naszego życia jakąś wartość dodaną – coś otwiera, na coś uwrażliwia: emocjonalnie, poznawczo, intelektualnie, estetycznie. Kiedy tego nie robi – jest jedynie zlepkiem (w naszej percepcji) „ruchomych obrazów”, czymś, co nasz nerw wzrokowy absorbuje, ale pamięć – już nie. Gdyby tak nie było – byłabym zdolna napisać Wam listę wszystkich tytułów filmowych jakie obejrzałam w życiu. Jest ona – zaręczam – bardzo, ale to bardzo  długa. Ale co z tego? Znamienitej części z nich – nie pamiętam…

Piszę o tym specjalnie, aby uwypuklić, że Sam Mendes w Imperium światła dotyka tego tematu właśnie (poniekąd) dlatego, że jako wybitny twórca filmowy wie doskonale, że historia filmowa, jaką się pamięta to nie jest koniecznie historia szczególnie spektakularna narracyjnie, ani „technologicznie”. Wie też bardzo dobrze, że kino, które widzów porusza to kino, które od strony realizacyjnej musi spełniać pewne warunki. A kluczowe w tym przypadku są: obsada i poziom gry aktorskiej, zdjęcia, scenografia i muzyka. I tak w Imperium światła dostajemy zatem: bajeczną obsadę, która niesie historię opowiedzianą przez Mendesa na sposób bezbłędny, wybitne zdjęcia (nominowane do Oscara) samego Rogera Deakinsa, wspaniałą scenografię oraz muzykę duetu dwukrotnych laureatów Oscara (za ścieżkę dźwiękową do „The Social Netowork” oraz „Mank”) czyli Trent Reznor & Atticus Ross.

*   *   *

Clue opowieści Imperium światła Mendes buduje na kontrastach, które spaja swego rodzaju klamrą – odą do świata kina – jako „lepszego świata” do którego uciekają się często ludzie, których świat codzienny przytłacza, tłamsi, czy jest dla nich nieprzyjazny lub wykluczający. W kinie jako medium – jak sugeruje Mendes – można się zatracić. Ale można też siebie odnaleźć, lepiej zrozumieć, doznać katharsis, ulgi, poczucia wspólnoty i zrozumienia.

Metaforycznie i symbolicznie Imperium światła opowiada bowiem o tym, że kino jest „ponad podziałami”. To banał nad banałami, ale doskonale oddaje socjologiczne i psychologiczne prawidła. 

Hilary – główna bohaterka Imperium światła – nie przynależy nigdzie poza jej miejscem pracy. To samotna kobieta w średnim wieku, oddana swojej roli menadżerki kina „Imperium” ale także obciążona historią choroby psychicznej. Kino w którym pracuje jest dla niej zatem jej „całym światem” – jaki ma – poza tym światem jakie stanowi jej małe mieszkanko. To w „Imperium” toczy się jej życie: to tu, w budynku kina, z ludźmi z którymi pracuje na codzień znajduje uzasadnienie swojego istnienia i poczucie jego sensu. A te jest kruche i niestabilne. Wie o tym i niestety w dość ohydny sposób wykorzystuje właściciel kina, ale poza tym Hilary otoczona jest w „Imperium” ludźmi jej życzliwymi. Nie zmienia to faktu, że w gruncie rzeczy czuje się bardzo samotna, bo poza pracą jej osoba nie obchodzi nikogo i nikomu do niczego nie jest potrzebna ani dla nikogo ważna. 

To wszystko zmienia się po tym, kiedy w „Imperium” zatrudniony zostaje na stanowisku biletera młody czarnoskóry chłopak, niejaki Stephen (w tej roli świetny Michael Ward). Stephen jest synem imigrantki z Kongo. Pochodzi z niezamożnego domu i choć marzy o studiach, czasy w jakich przyszło mu żyć  w Anglii nie sprzyjają temu aby miał poczucie, że jego marzenia mogą się spełnić. Praca w kinie to dla niego raczej wybór racjonalny, niż pasjonacki. Stephen jest wrażliwy, empatyczny i bystry. Ma w sobie dużo ciepła, którego Hilary tak bardzo potrzebuje. A on czuje, że jego przełożona to kobieta na jakiś sposób „złamana”, o artystycznej duszy i wielkich pokładach wrażliwości, która coś w sobie dławi i ukrywa przed światem, choć udaje, że wszystko jest z nią ok. Zanim Stephen dowie się w wyniku dramatycznych wydarzeń, że Hilary cierpi na chorobę dwubiegunową – między tą dwójką zadzierzgnie się najpierw przyjaźń, a potem romans. Połączy ich poczucie swego rodzaju wykluczenia ze społeczeństwa, którego każde z nich doświadcza na inny sposób. I każde z nich wniesie w życie tego drugiego wartość nie do przecenia – doda temu drugiemu wiary w siebie, otuchy, poczucia bycia kimś ważnym i cennym. Wzmocni psychicznie – bo choć życie potrafi dawać nieźle w kość, a ludzie potrafią być podli – to kiedy wiemy, że jest ktoś, komu na nas zależy, kto autentycznie się o nas troszczy – to zawsze jest lżej…

 

Colin Firth and Micheal Ward in the film EMPIRE OF LIGHT. Courtesy of Searchlight Pictures. © 2022 20th Century Studios All Rights Reserved.

Olivia Colman in EMPIRE OF LIGHT. Courtesy of Searchlight Pictures. © 2022 20th Century Studios All Rights Reserved.

*  *  *

Jeżeli idzie o podsumowanie recenzji Imperium światła – to będę z Wami bardzo szczera – nie pisałabym o tym obrazie tak pochlebnie (bo z formalnego punktu widzenia – scenariusz Sama Mendesa nie jest najmocniejszą jego stroną) – gdyby nie fakt, że mnie autentycznie wzruszył. Wiem, nie jest to argument merytoryczny. I być może bym to tak zostawiła gdyby nie fakt, że w kinie na Imperium światła nie byłam sama, tylko ze swoim partnerem, który owszem bardzo dużo ogląda filmów i jest swego rodzaju „kinomaniakiem” ale jarają go najbardziej zupełnie inne gatunki i narracje niż mnie – z naciskiem na słowo „sensacja” i „akcja” no i oczywiście uniwersum Marvela (hehe). Razem zatem oglądamy starannie wyselekcjonowany i wybrany repertuar potencjalnie odpowiadający nam obojgu, a z resztą „każdy sobie rzepkę skrobie”. I piszę o tym specjalnie, bo znając jego upodobania zadałam mu po projekcji pytanie: „no i co, wynudziłeś się pewnie”? Na co – uzyskałam odpowiedz, że nie. I że bardzo mu się podobało, że to bardzo piękny film. A to jest właśnie według mnie czystej wody magia kina, a raczej dokładnie kolejny dowód na to, że Mendes jest „magikiem kina”, który bardzo dobrze rozumie, na czym jego magia polega. Bo kino to imperium światła: światła, które potrafi wlać w nasze dusze, rozświetlić jej mroki, przynieś ukojenie, dać nadzieje i wiarę w to, że nas samych także czeka „happy end”. 

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu IMPERIUM ŚWIATŁA na rynku polskim: Disney Polska

You may also like

WONKA
MONSTER
CIVIL WAR
PERFECT DAYS

Skomentuj