KANDYDACI ŚMIERCI
KANDYDACI ŚMIERCI Reżyseria & Scenariusz Maciej Cuske, Polska, 2026
Jest w tym jakiś (komiczny!) paradoks, że dokument pod znamiennym tytułem KANDYDACI ŚMIERCI – okazuje się być dziełem, które popycha nas w stronę afirmacji życia i wywołuje głęboką i tkliwą wdzięczność dla twórcy za przywrócenie wiary w jego sens. Kandydaci śmierci to wyjątkowo pięknie i poruszająco zrealizowana historia o wszystkim tym, co w życiu najcenniejsze. O prawdzie, lojalności, miłości, przyjaźni i zdolności do poświęceń w jej imię. Szczerości i pasji realizowanej z potrzeby serca i na przekór przeciwnościom losu – czyli wartościach, za którymi jak się okazuje – rozpaczliwie – tęsknimy!
Tytułem wstępu:
Wybaczcie, ale nie mogę się powstrzymać od tej dygresji. I będzie ona nieco jadowita. Gdyby polskie, współczesne kino fabularne było tak spektakularnie dobre – jak polskie kino dokumentalne – oglądałabym je na okrągło…
Polska szkoła dokumentu – znana na całym świecie – obfituje w wielkie nazwiska od dekad. Krzysztof Kieślowski, Kazimierz Karabasz, Andrzej Fidyk, Marcel i Paweł Łoziński. Ich dzieła znają dokumentaliści na całym świecie i kochają kinofile. W mojej osobistej ocenie jest tak właśnie dlatego, że to kino, które zawsze stoi w prawdzie i tak blisko człowieka, że już bliżej się nie da…
Kandydaci śmierci wpisują się w ten nurt wspaniale. Albo nawet jeszcze bardziej. Bo w tym przypadku – zostajemy wpuszczeni do życia twórcy tego obrazu. Maciej Cuske pokazuje nam siebie – w relacjach z synem i jego najbliższymi kumplami podczas wspólnych „chłopackich” wakacyjnych wypadów na przestrzeni 17 lat – z tak wielką ufnością w to, że docenimy jego wrażliwość, szczerość i odwagę odsłonięcia się przed nami oraz pokorę, z jaką traktuje siebie w najważniejszych rolach życiowych: ojca, artysty, mężczyzny, mentora czy też nauczyciela życia – że działa to katartycznie! Kandydaci śmierci to obraz z grupy tych, które mój kumpel określa powiedzeniem: „otwiera wszystkie czakry”… Potwierdzam!
Na Kandydatach śmierci – się płacze, zarykuje ze śmiechu, wzrusza, smuci, złości – by finalnie poczuć w gardle gigantyczną gulę wdzięczności, która ściska i nie puszcza przez dłuższy czas.
Efekt jest taki, że wychodzi się z projekcji tego filmu jak po zażyciu jakiejś magicznej mikstury z samego dobra i piękna. Nasze dusze napełniają się światłem jego mocy, energią, i nadzieją!
To bardzo rzadki przypadek – aby film dokumentalny tak bardzo rezonował z odbiorcami na poziomie ich własnych odczuć i emocji. Kandydatów śmierci – zachwyceni nim widzowie tegorocznej edycji festiwalu Millenium Docs Against Gravity dosłownie podawali sobie z ust do ust – namawiając kolejne osoby do jego obejrzenia. Nagroda główna i nagroda publiczności – w tym przypadku – nie tylko, że nie dziwi, ale wręcz postawię śmiałą tezę, że gdyby Kandydaci śmierci ich nie dostały – wzbudziłoby to dużo kontrowersji i sprzeciw wiernych fanów Festiwalu!
Szperam czasami na forach aby sprawdzić opinie widzów pod recenzjami filmów i zaręczam Wam, że takie jak ten: Poryczałem się po seansie, bo ja nigdy czegoś takiego w życiu nie doświadczyłem! 🙁 – występują tak rzadko jak płetwal błękitny w przyrodzie…
* * *
Trudno w przypadku tak gigantycznego uwielbienia jakim widzowie i widzki obdarzyli Kandydatów śmierci – nie pochylić się nad nim – jak nad fenomenem. Obraz ten wykroczył całkowicie poza standardowy dyskurs, jaki filmy dokumentalne – niejako z zasady – wywołują. Czyli światopoglądowy. Sedno, bowiem – tego co przedstawia nie leży w tym, że odkrywa przed nami to co było zakryte, lub nam kompletnie nieznane, ani też w tym, że wzbudza kontrowersje. Sedno Kandydatów śmierci – dotyka tego, co nienazywalne! A co wyraża się w tęsknocie za możliwością osobistego doświadczania tego – co opowieść Macieja Cuske – obrazuje!
Z psychologicznego i socjologicznego punktu widzenia Kandydaci śmierci okazali się właśnie dlatego mieć tak silny wpływ na widzów, że Cuske zrealizował coś w rodzaju dokumentalnego „Boyhood” Richarda Linclatera – tylko że ze sobą samym i swoim synem jako jednymi z bohaterów obrazu. I w tym znaczeniu jego opowieść przestaje być jedynie fenomenalnie sprawnie opowiedzianym i zmontowanym dokumentem – a staje się lustrem dla każdego – kto poszukuje odpowiedzi lub boryka się z pytaniami dotyczącymi własnego dojrzewania, kształtowania się wzorców męskości, roli ojcostwa, a szerzej rodzicielstwa w naszym życiu, wpływu wychowania na to kim jesteśmy i w jakim miejscu się znajdziemy zawodowo i życiowo – kiedy już dorośniemy…
I last but not least – upływu czasu – z którym mierzy się każdy z nas … To właśnie wiedza o tym, że Cuske odsłania się przed nami – tak odważnie – pokazując ogromny kawał swojego życia otworzyło swego rodzaju „emocjonalny portal” do polskich odbiorców tego dokumentu…
* * *
Wszystko zaczęło się od drobnego pomysłu, a właściwie od dojmującej świadomości uciekającego czasu. Tonąłem w kolejnych projektach i pracy, podczas gdy mój syn, Staś, dorastał. Miał już trzynaście lat, a ja widziałem, jak powoli tracę na niego wpływ. Czułem, że coś bezpowrotnie mi umyka – tak po prostu, jako ojcu. Zapragnąłem spędzić czas tylko z nim. Nie było to jednak proste, bo Staś był już bardzo zżyty ze swoimi kolegami. Wpadłem więc na pomysł: zabiorę ich wszystkich na wspólne wakacje.
Maciej Cuske – reżyser filmu „Kandydaci śmierci”
Historia przedstawiona w Kandydatach śmierci jest z pozoru bardzo prosta. Oto Staszek (syn reżysera), Adrian i Rafał. Chłopaki przyjaźnią się od piaskownicy. Dziś to chłopy – dobijające trzydziestki – każdy inny, z innym temperamentem i życiowym driverem – jednak cały czas wspólnie idą przez życie. Złączył ich przypadek, ale już ich cholernie silną więź przyjacielską scementowała filmowa pasja. Już jako nastoletnie dzieciaki założyli kolektyw o specyficznej nazwie Kandydaci Śmierci, którego pomysłodawcą, czy też inicjatorem był ojciec Staszka – reżyser Maciej Cuske. To on, co roku, przez prawie dwie dekady, poczynając od czasu kiedy chłopcy mieli po naście lat organizował wspólne wakacje dla syna i jego kumpli, których stałym punktem programu i lejtmotywem było amatorskie kręcenie horrorów. Wszyscy odgrywali w tym czasie przypisane role, będąc raz scenarzystami, raz aktorami lub kaskaderami. Potem to wszystko montowali – tworząc kolekcję rzeczy dziwnych, strasznych i śmiesznych. Ale przede wszystkim tworząc niejako en passant – kronikę swego życia i tym samym dorastania, dojrzewania. Nikt z nich nigdy nie miał wiele kasy i nikogo nie było stać na to, by traktować te wyjazdy jak czcze fanaberie. Cuske z chłopakami spędzał czas głównie w dziczy i głównie w spartańskich warunkach. Dzięki wspólnej pasji i miłości do kina, znajomości wielu filmów i gatunków filmowych całe lata bawili się w tworzenie i odtwarzanie ikonicznych i klasycznych rozwiązań gatunkowych, acz w chałupniczych warunkach. To, jak bardzo czasami były to wysiłki komicznie nieudolne, a czasami skutkujące świetnym materiałem – stanowi dodatkowy walor tego obrazu.
Kandydaci Śmierci opowiadając historię ich ostatniej 13.tej wyprawy wakacyjnej by stworzyć ostatnią odsłonę ich amatorskiego horroru – gdy już chłopcy zamienili się z niewinnych i uroczych nastolatków w młodych mężczyzn – stanowi kanwę opowieści o wszystkim tym, co było ich udziałem wcześniej. Humor i sytuacyjny dowcip (osobne pokłony dla reżysera należą się temu jak pięknie wplata go w swój film!♥️) jest tu osnową dla większej i ważniejszej sprawy: roli dialogu i dyskusji w życiu człowieka! Kandydaci śmierci przypominają o wadze rozmowy w rozwoju intelektualnym i poznawczym i istotności szczerej komunikacji, uważności na odmienne poglądy i stany emocjonalne. Jak i na problemy wynikające ze stałej zmienności perspektywy świata wraz z dorastaniem i dojrzewaniem, poczuciem wyobcowania czy samotności – jakie każdy z nas czasami odczuwa nawet wsród najbliższych – i tego jak można sobie z nimi radzić…
Cuske portretuje chłopaków na różnych etapach życia, nieustannie jednak patrząc na nich – z wielką czułością! Swoich bohaterów traktuje po partnersku – nigdy niczego im nie narzuca, nie poucza i nie wygłasza kategorycznych stwierdzeń. Nie rzutuje na nich swojej wizji świata. Zawsze zaś – próbuje ich zrozumieć – także wtedy, gdy okazuje się to bardzo trudne. Nieustająco pozwala, by chłopcy tworzyli coś własnego i potykali się na własnych błędach – po to, by samodzielnie wyciągnąć z nich lekcję…
* * *
Niezwykle ważne dla znaczenia tego filmu w kontekście jego recepcji przez widzów – a tym samym znaczenia socjologicznego – jest to w jaki sposób (niemalże mimochodem) podejmuje kwestie, które w polskiej rzeczywistości są wciąż problemem – to dyskurs społeczny wokół kwestii związanych z kryzysem męskości. Cuske daje nam obraz tego, czym męskość może być i jak bardzo może być pozbawiona toksycznego uwikłania w sztucznie pompowane poczucie władzy, kontrolę i przemoc symboliczną – gdy jest oddana w odpowiednie ręce. Ojcostwo to stan, do którego się trzeba nauczyć dorosnąć i stan, z którym trzeba się umieć mierzyć – całe życie. Kluczowa jest nie tylko pokora wobec porażek, jak i świadomość tego, że to praca nad sobą samym. Umiejętność zdystansowania się wobec przekazu wcześniejszych pokoleń, komunikacja ze swoimi własnymi emocjami. Tylko tak można nauczyć – na swoim przykładzie – że prawdziwy facet to również taki ktoś, kto potrafi się przyznać do słabości, niewiedzy, czy błędów. I kto potrafi rozmawiać otwarcie i szczerze. A w końcu także i przyznać (również przed sobą samym), że bycie figurą dobrego ojca – to także psychologiczna dojrzałość własna na tyle duża – by wiedzieć, kiedy oddać pola do posiadania racji i kompetencji młodszemu pokoleniu, od którego na pewnym etapie życia – samemu można pobierać nauki…
Nie powiem w tym miejscu nic odkrywczego – choć wciąż to brzmi w naszym kraju jak „odkrycie” i dlatego napawa mnie smutkiem, bo sądzę, że dla wielu młodych widzów płci męskiej Kandydaci śmierci – byli opowieścią dokładnie o tym…
Przy tym, że wiemy doskonale, że Cuske to filmowiec i to bardzo doświadczony i w dodatku ojciec Staszka i dorosły opiekun jego kumpli w czasie gdy byli niepełnoletni – nadaje to Kandydatom śmierci rysu czegoś niewysłowienie poruszającego i melancholijnego zarazem. A nawet wzniosłego (piszę to bardzo osobiście – bo też się wzruszyłam łzawie na tym filmie na taki sposób, który obecnie zdarza mi się nader rzadko – bo tylko wtedy gdy czuję, że dotykam czegoś niezwykle istotnego acz ulotnego zarazem!)
To, że Maciej Cuske stworzył tak wspaniały film z czegoś co nigdy nie było planem – a jedynie wyłaniało przed nim rok za rokiem, w zarejestrowanych materiałach – i w stałym procesie, a głównie w niewiedzy co do tego co przyniesie kolejne rozdanie – jest dla mnie powodem do najwyższego uznania!
Na najwyższe uznanie zasługuje także ton tego obrazu. Jest bardzo osobisty i odważny. A jednak nigdy nie epatuje ekshibicjonizmem. Nie szokuje, nie używa tanich filmowych sztuczek takich jak szantaż emocjonalny, czy ckliwych chwytów „pod publiczkę”. Jest to obraz prawdziwie perfekcyjny! Właśnie dlatego, że opowieść jaką przedstawia jest słodko-gorzka, zaprawiona wszystkimi niuansami i barwami emocji i doświadczeń jakie przynosi życie. Chapeau bas po stokroć!
*** Wszystkie zdjęcia oraz przytoczony cytat pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu KANDYDACI ŚMIERCI na rynku polskim: Against Gravity









