KOPNĘŁABYM CIĘ GDYBYM MOGŁA
KOPNĘŁABYM CIĘ GDYBYM MOGŁA (If I Had Legs I’d Kick You) Reż i Scen. Mary Bronstein, Obsada: Rose Byrne, Conan O’Brien, A$AP Rocky, Christian Slater, Delaney Quinn, Mary Bronstein, USA, 2025
KOPNĘŁABYM CIĘ GDYBYM MOGŁA z pewnością należy do ROSE BYRNE. Jej rola w tym obrazie jest nie tylko doskonała – ale daje Kopnęłabym Cię gdybym mogła kredyt wiarygodności – jakże potrzebny w przypadku filmu, którego artystyczne ambicje przerosły możliwości scenariusza…
Tytułem wstępu:
Zanim przejdę do recenzji Kopnęłabym Cię gdybym mogła – powinniście wiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze – bardzo, ale to bardzo mnie cieszy, że powstaje coraz więcej filmów poświęconych kobietom i stawiających je w centrum perspektywy i to tej – z jakiej patrzą na płeć żeńską reżyserki, a nie reżyserzy. A najbardziej, że coraz więcej miejsca w dyskursie kulturowym przeznacza się na kino o tematach do tej pory przemilczanych lub zakłamywanych. A po drugie – mam od dawna dużo ciepłych uczuć dla Rose Byrne (pamiętam do dziś, jak mnie zachwyciła prawie dwie dekady temu w serialu „Układy”). Niestety, po tej roli w Hollywood szybko wsadzono ją do szuflady z napisem: „śliczna, wdzięczna i milutka, dobra do komedii, zwłaszcza romantycznych”. Dziś aktorka (rocznik 1979) ma już prawie 50 lat i jak mniemam – rola w Kopnęłabym Cię gdybym mogła – stanowiła dla niej długo wyczekiwane wyzwanie zawodowe, w którym mogła się pokazać od innej strony i udowodnić, że potrafi być przekonująca również w scenach dramatycznych. Szansę tę wykorzystała w pełni – jej bohaterka nie tylko że niemalże hipnotycznie skupia na sobie uwagę w każdej scenie, to jeszcze – dzięki doskonale wyważonym, przemyślanym i precyzyjnie wykorzystywanym środkom wyrazu – uwiarygadnia postać kobiety na skraju, w zasadzie – o milimetr od całkowitego psychicznego krachu. Aktorka, do tej pory została nagrodzona za tę kreację zarówno Srebrnym Niedźwiedziem na Berlinare, jak i Złotym Globem, a była nominowana do Critics Choice Awards, Satelite Awards oraz Bafta. Czy otrzyma Oscara – przekonamy się wkrótce…
* * *
Linda (jeszcze raz podkreślę – wspaniała Rose Byrne!) z zawodu jest terapeutką. Kiedy ją poznajemy – żyje życiem kobiety pracującej, matki chorego dziecka i w dodatku takiej, której „wszystko zwaliło się na głowę” (i to literalnie) w tym samym momencie i ze wszystkim musi sobie radzić sama. Linda – choć formalnie ma męża (w tej roli Christian Slater) to jest on nieobecny fizycznie – jak się dowiemy przebywa daleko na kolejnym kontrakcie zawodowym. Dowiemy się też dość szybko, że bohaterka znajduje się w stanie psychicznym, który najłagodniej można by nazwać – niepokojącym. Choć usilnie stara się sobie i innym wmówić, że „wszystko ma pod kontrolą” – to nieprawda. Bo jest w emocjonalnej rozsypce. Jej życie to rodzaj koszmaru na jawie, w którym rozpaczliwie próbuje poradzić sobie z tajemniczą chorobę swojej córki – nie znajdując ani wsparcia, ani zrozumienia w zasadzie w nikim, i niczym. To, że zawodzą ją najbliżsi i tzw. system opieki zdrowotnej, a nawet jej własny, opłacany przez nią terapeuta – stawia fabułę Kopnęłabym Cię gdybym mogła w dość niewygodnej pozycji narracyjnej od samego początku. Reżyserka Mary Bronstein nie bawi się w półśrodki i subtelności. Życie Lindy już w pierwszym kwadransie filmu wywraca się kompletnie, bo do tego wszystkiego, z czym sobie ledwo radzi (i trudno się temu dziwić w jej sytuacji) – dochodzi jeszcze jeden „dobijający” element – konieczność wyprowadzenia się z mieszkania i ulokowania z córką, która wymaga stałej opieki (podawania pożywienia przez sondę dotrzewną) w tanim motelu, którym menadżeruje niejaki James (w tej roli znany raper A$AP Rocky). Od tego momentu będziemy śledzić zmagania Lindy – głównie ze sobą samą, ale także z wszystkimi innymi ludźmi, od których w jakiś sposób zależy jej codzienna egzystencja. Nie pomaga jej nikt i nic. Leżąc na kozetce na terapii – bohaterka ma poczucie, że „mówi do ściany” lub co gorsza – że jest pouczana (w rolę bardzo nędznego i żałośnie niekompetentnego terapeuty wciela się sam Conan O’Brien – gospodarz popularnego amerykańskiego Talk-show). Kiedy zaś rozmawia z mężem przez telefon – słyszy, że jest nieudolna w roli matki i opiekunki ich dziecka i niewystarczająco się o nie troszczy. W szpitalu zaś, gdy rozmawia z lekarką opiekującą się jej chorą córką – że w zasadzie – jej postawa jest niewłaściwa, bo nie przynosi rezultatów, których domaga się pani doktor. A od zarządcy budynku, w którym znajduje się jej mieszkanie – że remont niestety się przeciąga z powodu rezygnacji jego wykonawcy.
Życie prywatne Lindy przypomina zatem, że tak to metaforycznie i dosadnie ujmę „pierwszą linię frontu pod stałym obstrzałem”. A przecież bohaterka jest kimś, kogo praca to pomoc innym – jest terapeutką. Ale zgodnie z tym, co mówią każdemu pasażerowi w samolocie, podczas awarii – należy najpierw pomóc sobie (założyć maskę tlenową), a dopiero potem zajmować się innymi. Zatem wkrótce Linda także i na polu zawodowym zaczyna ponosić porażki…
Nic dziwnego zatem, że w którymś momencie – życie wyda się Lindzie czymś, co ją całkowicie przerosło, i z czym radzić sobie nie ma już siły. Jej tłumiona wściekłość i poczucie wszechogarniającej niemocy znajdą ujście w akcie desperackiej próby wyswobodzenia się z matni…
* * *
Najbardziej interesowało mnie uchwycenie tego wewnętrznego uczucia, tego desperackiego stanu psychicznego, w którym boisz się nie tylko, że wszystko się rozpada, ale także, że to wszystko twoja wina…Kiedy czujesz, że kolejna dodatkowa rzecz doprowadzi cię do szaleństwa; i kiedy jesteś w tak głębokim stresie, w stanie takiego szaleństwa, że wszystkie otaczające cię problemy wydają ci się na równi istotne.
Mary Bronstein – reżyserka i scenarzystka filmu
Mary Bronstein (żona Ronalda Bronsteina, autora scenariuszy „Nieoszlifowanych diamentów” oraz „Marty Supreme”) pisała scenariusz Kopnęłabym Cię gdybym mogła, jak twierdzi, posiłkując się doświadczeniami z własnego życia. I niewątpliwie – właśnie dlatego jej obraz świetnie oddaje sedno tego, o czym zaczyna się coraz głośniej mówić w dyskursie społecznym na temat macierzyństwa. Chodzi o poczucie winy. Bo brzemieniem bycia kimś, kto „zawsze daje radę” i kto zawsze i w każdej sytuacji przedkłada dobro i przyjemność dziecka – nad własne – rola matki obciążona jest przez patriarchalną kulturę od zawsze. Wieki temu mężczyźni nadali tej roli niemożliwe do spełnienia standardy. Kobieta jako matka powinna być niczym skrzyżowanie Najświętszej Panienki z Superhero o Supermocach. Znam osobiście takie przypadki, które na pozór wydają się te wyśrubowane i niemożliwe do uniesienia przez zwykłego człowieka standardy – spełniać doskonale. Wiem też niestety – jak wielkie są koszty psychologiczne tego radzenia sobie, bo jakby tego było mało – od kobiet, które zostały matkami oczekuje się jednocześnie, aby nie przestały wzorowo spełniać innych ról społecznych, które najczęściej także są ich udziałem (córek, żon, partnerek seksualnych, podwładnych lub przełożonych, etc.). Znamienita większość jednakże brnie przez życie z poczuciem, że nie dają rady, są niewystarczająco dobre i że inne kobiety radzą sobie lepiej. A wszystkie – co do jednego – i tak zeznają, że żeby nie wiem jak wszystko świetnie szło i podług planu – to i tak, raz po raz napada je obezwładniające poczucie winy, że czegoś nie dowiozły, czymś się nie wykazały i w czymś nie sprawdziły… To smutne i bardzo niesprawiedliwe. Dlatego najbardziej doceniam Kopnęłabym Cię gdybym mogła za ważny wkład w dzisiejszy dyskurs społeczny o macierzyństwie, licząc na to, że w najbliższej przyszłości kolejne pokolenia kobiet będą żyły wśród inaczej skonstruowanego „porządku świata”, w którym pakiet matryc, porad, wzorców i oczekiwań jakie powinny spełniać w społeczeństwie gdy zostają matkami – będzie mniej opresyjny…
* * *
Na tym niestety muszę zakończyć dobre słowa pod adresem filmu Kopnęłabym Cię gdybym mogła. Nie cenię i nie lubię scenariusza tego obrazu. Bo też Mary Bronstein nie „przeciera szlaków” w kinematografii w zakresie tematyki jaką podjęła w swoim trzecim filmie fabularnym. Zrobili to przed nią inni. Darren Aronofsky w „Mother”; Jason Reitman w „Tully” czy Marielle Heller – w „Nocnej suce”, a całkiem niedawno Lynne Ramsay w „Zgiń kochanie”. I wyraźnie widać, że Bronstein czerpała inspiracje zewsząd i to garściami – jednak niezbyt udolnie. Uważam, że natężenie i spiętrzenie problemów, które dotyczą Lindy – zupełnie nie służy temu filmowi, a jeszcze bardziej nie służy łopatologiczna dosłowność ich obrazowania (dziura w suficie monstrualnych rozmiarów, terapeuta tak zły, że aż dziw, że nie cofnięto mu licencji i ma w ogóle jakiś pacjentów; postać męża – karykaturalna, etc..)
Będę się upierać przy tym, że gdyby nie wspaniała kreacja Rose Byrne – byłby to obraz zwyczajnie – zły. A tak jest w moim odczuciu mierny i „przewalony”. Zabrakło w nim zupełnie subtelności, która przecież potrafi być w rękach lepszych reżyserów dojmująco mocna! Wszytko w Kopnęłabym Cię gdybym mogła jest nie tylko opresyjne, jest niepotrzebnie zmultiplikowane, powiększone do potęgi n-tej. Tak jakby sama sytuacja – bardzo życiowo trudna – jaką jest samodzielne zajmowanie się chorym dzieckiem, będąc w związku z partnerem, który nie wspiera i w dodatku jest to związek „na odległość” – nie było wystarczająco przytłaczające!
Uważam także, że Kopnęłabym Cię gdybym mogła to obraz, w który reżyserka i scenarzystka w jednym dokonuje (a raczej próbuje dokonać!) na mnie jako widzu – manipulacji za pomocą środków, których nie znoszę. Nie kupuję tego, że historia Lindy nie mogłaby być dojmująco mocna i nie udałoby się jej wystarczająco dobrze oddać sedna tego o czym Bronstein chciała opowiedzieć – gdyby nie była o tym, że Linda ma „pod górę” w każdym, ale to literalnie w każdym względzie. Przy lepszym scenariuszu wiedzielibyśmy doskonale, że bohaterka podąża ku przepaści i krachu jej „ja” – bez zabiegów narracyjnych jakie dość topornie zastosowała Bronstein. Dodatkowo – mająca uatrakcyjnić ten film w oczach widzów obsada wzbogacona o bardzo popularne i znane publicznie nazwiska osób, które nie są zawodowymi aktorami – to dla mnie „tani chwyt” Maniera współczesnego kina, której nie trawię… Tak jakby w Hollywood brakowało aktorskich rąk do pracy 😤…Powtórzę zatem jeszcze raz – film ten stoi na barkach Rose Byrne – bo to ona swoją wspaniałą i subtelną kreacją uwiarygadnia historię, w której rozpisaniu zawodzi twórczyni scenariusza.
Kopnęłabym Cię gdybym mogła broni się znacznie bardziej od strony czysto realizacyjnej. I sądzę, że to dlatego, iż producentem obrazu jest Josh Safdie. Od strony pracy operatorskiej i montażowej to jest dobre kino, muzyka także dobrze oddaje klimat tego obrazu. Kopnęłabym Cię gdybym mogła świetnie uchwyca napięcie i poczucie osaczenia jakie towarzyszy Lindzie każdego dnia, w swoim crescendo. To obraz, który ma szanse najlepiej zarezonować z widzkami, które są matkami – bo to one najbardziej, dzięki kreacji Byrne będą mogły poczuć, że są zrozumiane, że ktoś się pochylił nad tym, z czym tak trudno się dzielić ze światem, który stale „patrzy na ręce”, ocenia, sprawdza i strofuje…
Jak dobrze, że Mary Bronstein miała w obsadzie Rose Byrne – bo tylko jej obraz Kopnęłabym Cię gdybym mogła zawdzięcza subtelny, wiarygodny i zniuansowany portret bohaterki kobiecej, jakiej współczesne kino, adresowane do współczesnych kobiet – potrzebuje.
*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane tekście oraz przytoczony cytat pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu KOPNĘŁABYM CIĘ GDYBYM MOGŁA na rynku polskim: Best film







