17
sie
2015
167

KURT COBAIN. MONTAGE OF HECK

Kurt Cobain. Montage of heck. Reżyseria i scenariusz: Brett Morgen. Wyk. Aaron Burckhard, Chad Channing, Don Cobain, Jenny Cobain, Kim Cobain, Kurt Cobain, Dave Grohl, Krist Novoselic, Courtney Love, USA. 2015

 

cobain

 

Wielka trudność. Serio! Jak i co napisać o filmie, który oglądałam na totalnym “ścisku”?

Nie wiem czy znacie to uczucie? Jest ono na poły fizyczne, a na poły psychiczne. Próbuje opisać stan, który towarzyszy mi rzadko – niemniej – zawsze w przypadku obcowania z czymś mnie bardzo poruszającym. Świetne filmy dokumentalne, do których Kurt Cobain. Montage of heck z pewnością należy, są tym rodzajem prac, które właśnie tego typu odczucia we mnie wzbudzają. Ten – jakże kameralny obraz dokumentalny – ma dużą moc. Jest jak uderzenie pięścią w brzuch i potrząsanie w jednym. Dorywa się do emocji i do logiki jednocześnie. Bierze w kleszcze – w których ja – jako widz – staje się zakładnikiem, walczącym sama ze sobą na ringu o prymat serca nad rozumem i na odwrót… A przede wszystkim jest czymś znacznie większym – próbą nazwania nienazywalnego. Bo „świat wewnętrzny” bohatera filmu – takim, w gruncie rzeczy, był.

Kurt Cobain. Montage of heck doskonale – moim zdaniem – mierzy się z próbą opowiedzenia o złożonym z wielu elementów fenomenie – ikonie popkultury: zmarłym w wieku 27 lat Kurcie Cobainie. Opowiada też o zespole NIRVANA – choć znacznie mniej, którego muzyczny i socjologiczny fenomen – bez względu na cokolwiek  – jest bezsprzecznym faktem. Założona przez Cobaina kapela stała się głosem pokolenia i naznaczyła nowy nurt muzyczny, jakim był grunge, silniej niż jakikolwiek inny zespół, istniejący w tamtym czasie na alternatywnej scenie rockowej świata. I jeśli wziąć pod uwagę fakt, że za tym wszystkim stał  “popaprany” heroinista, który odebrał sobie życie w kwiecie wieku – pytanie o to, jak to rozumowo ogarnąć pojawia się samo.

Image #: 8208234 Nirvana frontman Kurt Cobain performing on stage at the 1991 Reading Music Festival. PA Photos /Landov

Image #: 8208234 Nirvana frontman Kurt Cobain performing on stage at the 1991 Reading Music Festival. PA Photos /Landov

 

Świetność Kurt Cobain. Montage of heck  polega na tym, że próbuje nakreślić obraz. Dać odpowiedzi na pytania, zrozumieć – niezrozumiałe – a nie oceniać. Nie gloryfikuje, ale też nie potępia. Przedstawia. Choć, mając na uwadze fakt, że jego główną producentką wykonawczą  jest córka Cobaina, ze związku z Courtney Love: Francis Bean – można się doszukiwać w chęci przedstawienia postaci muzycznie niezwykle doniosłej – poprzez pryzmat rodzinny – swego rodzaju potrzeby do „rozliczenia się” z nią na bardzo osobisty (czytaj nie do końca obiektywny) sposób. Ale ja tę perspektywę, osobiście –  empatycznie rozumiem. A nawet uważam za cenną. Bowiem ferować wyroki i wydawać sądy – jest najłatwiej na świecie. Ale “wejść w buty” córki legendy, o której pisano już wtedy kiedy miała roczek, roztrząsając z detalami nie tylko w bulwarówkach, ale w najbardziej prestiżowych amerykańskich mediach fakt, że matka wydała ją na świat, będąc ćpunką i że dziewczynka żyła w domu „meneli” – choć – owszem “prestiżowych” – bo sławnych – tego nie jest się w stanie, nie będąc kimś, kto musiał to dźwigać– zrozumieć.  Moja opinia jest nieprzejednana: nikt, kto tego nie doświadczył, nigdy tego nie pojmie. Koniec. Kropka.

Zresztą Kurt Cobain. Montage of heck bardzo delikatnie obchodzi się z tą materią. 

Tym bardziej – warte podkreślenia jest – że obraz Cobainowi poświęcony nie potępia w czambuł nikogo. Nawet – przez lata napiętnowanej Courtney Love, obwinianej za śmierć artysty, z którą to sama Frances miała przez całe lata stosunki bardziej niż dramatyczne (w 2009 sąd odebrał jej prawa do opieki nad dzieckiem – ba! – wydał nawet nakaz zbliżania się do 16-letniej wtedy córki). Czy jest to zabieg marketingowy, czy dojrzałość emocjonalna tej obecnie młodej kobiety, jakże mocno poharatanej przez los – tego nie wiem. Niemniej szczerze doceniam brak histerii i udaną próbę rozwagi w podejściu do niezwykle trudnego tematu.

Kurt Cobain. Montage of heck opowiada o Kurcie w sposób nietuzinkowy i unikalny, a to dzięki dwóm zabiegom narracyjnym. Otóż na potrzeby powstania tej produkcji Frances udostępniła kilka tysięcy prywatnych notatek, rysunków i zapisków swego ojca, które  rewelacyjnie zostały wykorzystane w filmie – dopełniają dzieje Cobaina pod postacią doskonałych animacji, autorstwa Stefana Nadelmana i Hisko Hulsinga. A także intymne nagrania video, kręcone kamerą w domu Kurta i Courtney, już po narodzinach córki.

Obraz opowiada historię artysty – w moim odczuciu – w najbardziej uczciwy sposób z możliwych. Bo jeśli przyświeca temu filmowi jakakolwiek myśl główna – to taka, żeby powiedzieć głośno o tym, że Cobain się zabił, dlatego, że nie chciał żyć. I – że w tym znaczeniu – sam był swoim najgorszym wrogiem. To prawda – nikt go przed nim samym nie chronił, ani nie powstrzymał. Ale – nie mnie oceniać – czy była taka możliwość.

Większość pokazywanych w dokumencie archiwalnych materiałów dotyczących Cobaina od czasów, kiedy był maluszkiem (rozkosznym i ślicznym blondaskiem “do zacałowania” zresztą) – ujawnia chronologicznie myśli, emocje i lęki artysty. Autodestrukcyjny rys lidera Nirvany wybija się w nich mimowolnie na plan pierwszy. I na nic zdadzą się “wrzaski” ani fanów zespołu, ani tych, którzy uwielbiają spiskowe teorie dziejów i lubią upatrywać w samobójstwach person jego pokroju znaczącego udziału osób trzecich.

Czuję, że ludzie oczekują mojej śmierci – bo byłaby to prawdziwa rock’n’rollowa historia

Jeśli w ogóle Kurt Cobain. Montage of heck stawia jakąś tezę na temat tego, czemu lider Nirvany był taki, a nie inny i jaka była tego podstawowa przyczyna –  to taką, która jest najbardziej uniwersalna z możliwych. Kurt był nastolatkiem nadwrażliwym, niepewnym siebie, uciekającym w zetknięciu z frustracjami i trudnościami wieku dojrzewania w świat własnych marzeń, rojeń, fantazji. Już jako dziecko nieźle rysował – i zanim znalazł muzykę – jako formę wyrazu, to właśnie rysowanie pozwalało mu dawać upust dla mroków jego duszy.

Bo Cobain przede wszystkim był introwertykiem, duszącym emocje w sobie, zakompleksionym chłopakiem z amerykańskiej prowincji, który nie umiał odreagować swych największych bolączek i lęków, w sposób inny niż auto – agresywny. Podwaliny dla takiego obrotu spraw stanowiła skomplikowana sytuacja rodzinna, w jakiej znalazł się jako kilkulatek. Rozwiedzeni rodzice, budujący nowe związki, nie umieli sobie z Kurtem poradzić. A on sam czuł się samotny, nie kochany i porzucony. Zdali go na tułaczkę pomiędzy domami kolejnych członków rodziny, a tym samym na pogłębiające się w nim poczucie wyobcowania. Kurt do czasu założenia zespołu – nie czuł się nigdzie „na miejscu”, ani do nikogo „przynależny”: ani wśród przyrodniego rodzeństwa, ani w szkołach, ani w grupie rówieśniczej.

Jednak Kurt Cobain. Montage of heck najbardziej mną „wstrząsało” w scenach, kiedy pokazuje swego bohatera jako kogoś, kto ze sławą radził sobie gorzej niż źle. I kto nigdy de facto sławny być nie chciał. Chciał „tylko” grać muzykę dla ludzi, których postrzegał jako podobnych sobie. Kogoś, kto nienawidził blichtru, sesji, okładek, wywiadów, świateł jupiterów i “całego tego zgiełku”. Patrząc na postać Cobaina z dzisiejszej perspektywy i będąc świadomą tego jakimi prawami rządzi się obecnie rynek muzyczny wraz z całą machiną kreującą jego gwiazdy –  Kurt jawi się jako wzruszająco wręcz naiwny i całkowicie bezbronny.

Żenujące są te wszystkie oczekiwania wobec naszego zespołu. Bardzo powierzchownym jest przyklejanie nam “łatki” wielkich – to nie jest nasz cel. My naprawdę tego nie chcemy. Prędzej zniszczymy nasze własne kariery

Czy w roku 2015 ktoś  jest w stanie sobie w ogóle wyobrazić sytuację, że kapela, której singiel “Smells like teen spirits” z drugiego albumu studyjnego grupy pt. „Nevermind”, sprzedany w 600.000 (sic!) egzemplarzy – jeździ na koncerty po USA starym, zrypanym vanem i nikt z jej członków nie ma praktycznie kasy na więcej niż nędzne życie od pierwszego do pierwszego?

Swoją muzykę kieruje do ludzi, w tym samym wieku, nieważne kim są. Mamy podobne problemy i tak samo myślimy

Są takie pary w świecie muzycznym, jak Kurt z Courtney właśnie (np. Sid Viscious i Nancy Spungen)  – przy których grzebanie się przy tym, jak bardzo partner danej postaci miał wpływ na karierę muzyczną i jej życiowe losy jest uprawiane latami. Ja – osobiście – stoję twardo na stanowisku na ten temat: to fantazje, wyobrażenia, własne, nieuświadamiane projekcje. Gdybanie zawsze zdawało mi się kompletnie jałowe. Nigdy się tego nie dowiemy „tak na prawdę”. Choćby dlatego, że jedna ze stron tego „dwugłosu” już nic nie może powiedzieć. I nic od siebie nie doda…

Jak już zarobimy z Courtney trzy miliony, to potem zostanę ćpunem

Kurt Cobain. Montage of heck jest moim zdaniem filmem dokumentalnym z listy tzw. “must see”. A to dlatego, że stanowi wehikuł czasu, dzięki któremu obejrzeć można ważne kwestie i zjawisko społeczne, jakie było udziałem jego bohatera, a także fenomen lidera zespołu Nirvana, który ukonstytuował pewne pokolenie. To ważny film. Tym bardziej, że ocena tego wszystkiego, czego dotyka to “food for thought”. Literalnie. Nikt, kto zadaje sobie pytania, kto jest wrażliwy i kto nie lubi sądzić po pozorach – nie myślę, by przeszedł nad nim obojętnie.

You may also like

Partnerstwo przede wszystkim! – czyli o marce JOHN & MARY
WONKA
MONSTER
CIVIL WAR

Skomentuj