LA GRAZIA
LA GRAZIA (La Grazia) Reż. & Scen. Paolo Sorrentino, Obsada: Toni Servillo, Anna Ferzetti, Orlando Cinque, Massimo Venturiello, Milvia Marigliano, Giuseppe Gaiani, Giovanna Guida, Alessia Giuliani, Włochy, 2025
Najnowszy obraz Paolo Sorrentino LA GRAZIA w centrum fabuły stawia polityka i jego dylematy moralne. Pytanie jakie w tym obrazie wybrzmiewa – do kogo należą nasze dni? – nabiera zatem podwójnej mocy, bo odpowiedzi na nie szuka ktoś, kto decyduje o losie państwa i jego obywateli…Jest więc La Grazia przede wszystkim kinem z gatunku food for thought…
Tytułem wstępu:
Po dwóch, słabszych moim zdaniem filmach („To była ręka Boga” i „Bogini Partenope”) włoski mistrz Paolo Sorrentino powraca z obrazem zbliżonym w stylistyce i klimacie do „Wielkiego piękna” i „Młodości”, które uczyniły go znanym i podziwianym na całym świecie. La Grazia, bowiem, to kolejna udana „opowieść filozoficzna” – tym razem o tym, że o wielkości i mądrości człowieka nie stanowi brak wad, słabości, ani błędnych decyzji, ale suma refleksji nad nimi – zwieńczona właściwymi wnioskami. Obraz ten łączy je z zadumą nad tym, dlaczego współczesny świat jeszcze bardziej niż kiedyś potrzebuje ludzi, którzy nie podejmują decyzji pochopnie, ani wiedzeni jedynie własnym oglądem spraw i poddaje je naszej refleksji…
Paolo Sorrentino (jak wielu wielkich reżyserów) ma swoje „obsesje tematyczne”. W jego przypadku z pewnością należą do nich: polityka, kościół katolicki i jego rola w życiu ludzi, sztuka (ta wielka, klasyczna, jak i popularna), starość – zwłaszcza skonfrontowana z młodością i miłość. Być może to stereotypowe myślenie, ale w moim odczuciu, Sorrentino jest bardzo włoski w podejściu do tego ostatniego zagadnienia. Cechuje go nadmierny sentymentalizm, z którym nie zawsze udaje mu się wygrać przy realizacji kolejnych projektów scenariuszowych. Tym razem się udało.
Mogłabym dodać również, bez cienia wątpliwości, że Sorrentino jest także obsesyjnie przywiązany do jednego aktora, którym jest Toni Servillo (La Grazia to ich wspólny 8. projekt!). No, ale temu to akurat trudno się dziwić. Servillo jest jednym z najwybitniejszych aktorów włoskich, obdarzony wyjątkowa charyzmą i warsztatem zdobytym na deskach scenicznych, które pozwalają zbudować mu każdą graną postać bez manieryzmów wyniesionych z najbardziej docenionych ról poprzednich. Kiedy ogląda się jego wspaniały występ w La Grazia – nagrodzony na MFF w Wenecji – trudno nie podzielać zachwytów nad jego talentem i wszechstronnością. Tym bardziej kiedy wiemy, że aktor nie tylko już dwukrotnie kreował polityków w filmach reżysera (Gulia Andreottegio w „Boskim” oraz Silvio Berlusconiego w „Oni”), jak i niejakiego Jepa Gambardellę w „Wielkim pięknie”. 💞
* * *
Mariano De Santis (absolutnie wspaniały Toni Servillo) jest Prezydentem Republiki Włoskiej. Politykiem wytrawnym, pełnym godności i dostojeństwa, mądrym i odpowiedzialnym (w tym miejscu nie mogę się oprzeć pokusie napisania, że niestety całkowicie fikcyjnym, czyli takim, o którym Sorrentino i wielu Włochów mogą jedynie pomarzyć)… Politykiem, któremu jak się wnet dowiemy – udało się przez lata rządzenia państwem pokonać wiele kryzysów parlamentarnych i zyskać powszechny szacunek i uwielbienie obywateli. To już mocno starszy wiekiem mężczyzna, były sędzia, wdowiec i katolik. Ma dwoje dorosłych dzieci, syna i córkę Doroteę (Anna Ferzetti) – także prawniczkę z wykształcenia, z którą współpracuje przy podejmowanych przez siebie decyzjach legislacyjnych. Prezydent De Santis wiedzie pozornie nudne i monotonne życie, wypełnione rutynowymi działaniami przynależnymi stanowisku i obwarowane protokołem dyplomatycznym. Wydaje się być mężczyzną o wyjątkowo stabilnej konstytucji psychicznej, powściągliwym i rozważnym, a przede wszystkim takim, który rozum zawsze przedkłada nad emocje. A namysł i to długi – nad pochopnymi decyzjami. W jego wypowiedziach stale powraca jedno zdanie, rodzaj lejtmotywu jego życia, wyniesione z czasów pracy w sądzie. Jaka jest prawda?
Poznajemy go w czasie gdy niebawem jego kadencja ma dobiec końca. Mariano De Santis ma świadomość, że za kilka miesięcy stanie się na powrót zwykłym obywatelem, którym „rządzić” będzie kto inny. Jaka będzie jego karta jako najwyższego urzędnika w państwie gdy już odejdzie? Jak mam być zapamiętany? Co po sobie pozostawi, jaki istotny wkład w ustawodawstwo Włoch? W jego przypadku pytanie ma charakter najgrubszego kalibru. Dręczy go konieczność podjęcia decyzji złożenia podpisu lub jego odmowy pod ustawą o eutanazji. Dodatkowo, w tym samym czasie wpłyną do niego dwa niełatwe do jednoznacznej oceny wnioski o ułaskawienie prezydenckie w sprawie zabójstw współmałżonków. To prawdziwe dylematy moralne, które zaczynają splatać się z jego życiem prywatnym w sposób, który po raz pierwszy przytłacza go tak bardzo, że wciąż zwleka z podjęciem decyzji – piętrząc sam przed sobą kolejne rozterki, pytania i wątpliwości. A że De Santis jest człowiekiem nie tylko poważnym, ale przede wszystkim oznaczającym się głębokim poczuciem odpowiedzialności – udręka znalezienia jedynej, słusznej i właściwej odpowiedzi w każdym tych przypadków wydaje się tym razem go przerastać.
* * *
Twierdzę od zawsze, że każdy zawód i profesję, nie ważne jaką i jak wspaniale lub nie, z sukcesami lub bez realizowaną poprzedza – człowiek. Politycy nie stanowią w tym przypadku żadnego wyjątku. Nie wierzę ani trochę w rozdzielenie tych „dwóch światów”. Uważam, że ktoś komu nie można ufać prywatnie, będzie takim samym politykiem…
W przypadku filmu La Grazia Sorrentino wspaniale przygląda się temu fenomenowi poprzez swojego bohatera głównego. Człowieka, któremu naród – ufa. Bo przecież naród rozumiany jako miliony Włochów, którzy na niego głosowali i którzy na co dzień wydają się być zadowoleni z tego jak poczyna sobie z ich krajem – nie wie tego, co stanowi kanwę i oś fabuły filmu La Grazia.
De Santis to mężczyzna znajdujący się u kresu kariery i życia, człowiek, który coraz częściej pogrąża się w introspekcji i wspomina życie, jakie dzielił ze zmarłą żoną Aurorą, stale i każdego dnia tęskniący do czasów kiedy byli razem. Ale także mąż, który choć całe życie kochał jedną kobietę – podejrzewa, że bardzo wiele lat temu go zdradziła. Prezydent to także ojciec, który choć wydaje się być bardzo blisko ze swoimi dziećmi – zadziwiająco mało wie o tym co czują i jakie ich życiu towarzyszą emocje i rozterki, a szczególnie dotyczy to Dorotei, z którą widzi się praktycznie każdego dnia. To także przyjaciel – który od lat spotka się prywatnie z kilkoma osobami, które zna od czasu studiów, i jedynie oni mają możliwość i przywilej powiedzenia mu co nim myślą „bez owijania w bawełnę” (a szczególnie niejaka Coco (Milvia Marigliano). A w końcu to także Prezydent stojący na czele rządu, którego członkowie nadali mu ksywkę, o jakiej nie ma pojęcia, a która z niczym miłym się nie kojarzy bo brzmi ni mniej ni więcej tylko „Żelbet”….
Mariano De Santis jest zatem nam przedstawiony w całym spektrum swojego człowieczeństwa – tak w „roli zawodowej”, jak i jako człowiek prywatny. I to, co w moim odczuciu udało się Sorrentino w scenariuszu La Grazia zrealizować najlepiej – to portret głównego bohatera. Który zdając sobie sprawę, że jego czas w „roli zawodowej” się kończy – zaczyna także widzieć swoje ograniczenia wynikłe nie tyle z wieku i braku przenikliwości, co z faktu, że kochana przez niego córka zwraca mu uwagę na coś, co mu do tej pory jako prawnikowi umykało – na fakt, że prawo i jego litera nie jest jedynie decyzją na papierze, ale ma swoje konsekwencje, które realizują się praktycznie – w życiu ludzi, których dotyczą. Dorotea jest zwolenniczką ustawy o eutanazji i stale ponagla ojca do podjęcia decyzji – zadając mu pytanie „do kogo należą nasze dni”, którą do tej pory Prezydent kraju, a jej ojciec rozważał głównie w kategoriach, w jakich myślą o ustawach politycy: „Jeśli nie podpiszę, jestem katem. Jeśli podpiszę, jestem mordercą” – mówi do niej De Santis, przewidując społeczne oburzenie…
* * *
La Grazia to obraz, któremu towarzyszy charakterystyczny dla Sorrentino wizualny rozmach. I bajecznie dopracowana estetyka kadrów (za zdjęcia odpowiada Daria D’Antonio – operatorka, z którą reżyser pracował przy poprzednich dwóch filmach). Miłośnicy „Wielkiego piękna” z pewnością docenią ten kunsztownie zrealizowany, kontemplacyjny, choć nie do końca przenikliwie przedstawiony dramat, zważywszy na zastosowane zabiegi scenariuszowe, które finalnie będą mieć wpływ na decyzje Prezydenta De Santisa – zarówno w sprawie ustawy o eutanazji, jak i dwóch aktów ułaskawienia.
Z pewnością za to, scenariusz Sorrentino wnikliwie rozważa różnicę między prawdą poznawaną z bliska, a prawem mającym decydować co to znaczy „prawda”, które ogląda się z dystansu osoby, która je tworzy „na papierze”…
W La Grazia Sorrentino dokonał niemal radykalnego jak na siebie i we współczesnym kinie dość rzadkiego wyboru – przedstawiając postać głównego bohatera – raczej fantazmatyczną, niż mogącą zaistnieć realnie w europejskiej czy światowej polityce. De Santis to polityk z gruntu uczciwy, prawy, niezwykle inteligentny i o żelaznym kręgosłupie moralnym. Jego walka wewnętrzna z samym sobą jest prowadzona tak po cichu, że z pewnością wielu ludziom, nawet mu najbliższym – zwyczajnie umyka. Toniemu Servillo w kreacji De Santisa udało się wspaniale pokazać postać kogoś, kto jest w tym wszystkim prawdziwy i wiarygodny, bez naiwnego idealizowania kreowanego bohatera. Poza kunsztem realizacyjnym – w charakterystycznym i niepodrabialnym stylu Sorrentino – nad filmem La Grazia unosi się jakiś rodzaj ciepłego blasku. Obraz ten przenika duch przebaczenia, zrozumienia i cierpliwego docierania do mądrości większej niż ta, jaka wynika z zasobów intelektualnych i doświadczenia życiowego. To właśnie najmocniejszy punkt scenariusza, który decyduje o tym, że film zaskarbia serce widzów, gdyż doskonale ukazuje proces dochodzenia do sedna odpowiedzi na pytania, które są najwyższej wagi. Mariano De Santis kładzie na szali tak wielkie kwestie jak: sprawiedliwość i miłosierdzie. Ale nie robi tego patrząc na nie jedynie ze swojej perspektywy. Trudno nie być wzruszonym i przejętym przesłaniem obrazu La Grazia, którym Sorrentino wyraźnie sugeruje, że poszukiwania odpowiedzi na dylematy etyczne nie tyle znajdują się w prawie i jego literze, ile w relacjach międzyludzkich. Tylko w nich można, i tylko im się przyglądając z bliska zobaczyć prawdę o ich naturze. I dopiero jej rozpoznanie daje pewność. Kościół naucza, że „akt łaski” – to najwyższa forma miłości, a prawo, że to odpowiedzialność za tych, których kochamy. Wątpliwości zaś nie są dla podejmowanych decyzji – ich ograniczeniem. Są drogowskazem, który pozwala ujrzeć prawdę i odpowiedź na pytanie: do kogo należą nasze dni….
***Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu LA GRAZIA na rynku polskim: Gutek Film










