10
lip
2025
55

MAŁE MIŁOŚCI

MAŁE MIŁOŚCI (Los pequeños amores) Reż. & Scen. Celia Rico Clavellino, Obsada: Adriana Ozores, María Vázquez, Aimar Vega, Francja, Hiszpania, 2024
rok produkcji: 2024

Urodzona w 1982 roku Celia Rico Clavellino studiowała komunikację audiowizualną na Uniwersytecie w Sewilli oraz teorię literatury i literaturę porównawczą na Uniwersytecie w Barcelonie. Ma na koncie studia doktoranckie z filmoznawstawa. Jest też wykładowczynią z reżyserii i scenopisarstwa w szkołach filmowych w Barcelonie. Już jej krótkometrażowy debiut z 2012 roku „Luisa no está en casa” wskazywał na to, że ma ponadprzeciętny talent. Obraz ten był pokazywany na ponad 100 festiwalach, w tym na MFF Cannes (Short Film Corner).

Pełnometrażowy debiut Rico Clavellino, „Podróż do pokoju matki” (2018), miał premierę na MFF w San Sebastián, gdzie zdobył Nagrodę Jury Młodzieżowego, Specjalne Wyróżnienie Jury oraz nagrodę krytyków, jak i cztery nominacje do nagród Goya – najważniejszych hiszpańskich nagród filmowych. Eksplorowanie relacji rodzinnych i wrażliwość narracyjna z jaką twórczyni podchodzi do tematyki tak przecież wszystkim kobietom bliskiej emocjonalnie utorowała Clavellino drogę do kolejnego filmu: Małe miłości, tym razem uhonorowanym nagrodą Specjalną Jury oraz wyróżnieniem aktorskim za najlepszą role drugoplanową dla Adriany Ozores na Festiwalu Filmowym w Maladze.

Dwie kobiety. Matka i córka. Żadna inna relacja, z żadną inną kobietą nigdy nie jest dla naszej płci tak istotna – jak ta. Dlatego też szczególne znacznie ma to czy jest to relacja udana… Jeżeli mam być szczera – nie znam takich, które by nie były na swój sposób choć trochę trudne… I o takiej właśnie relacji opowiada obraz Małe miłości. Bo to związek na całe życie, nawet jeżeli – na odległość. Tak emocjonalną, jak i tą – wyrażoną w kilometrach dzielących od siebie matkę i córkę w filmie Clavellino. 

*    *   *

Lato w pełni, upały. Sezon wakacyjny w rozkwicie. Teresa (świetna María Vázquez) mieszka na stałe w Madrycie i planuje wyjechać daleko, bo aż do USA. Jej matka Ani (doskonała Adriana Ozores) zaś żyje na wsi, w domu, w którym Teresa się wychowała i o żadnych podróżach zdaje się nie marzyć wcale. Bo Ani od wielu lat żyje sama, wciąż w tym samym miejscu, które dzieliła kiedyś z mężem i córką, radząc sobie z samotną codziennością na pozór całkiem sprawnie. 

Do spotkania Teresy z dawno nie widzianą rodzicielką dojdzie raczej przypadkiem. No cóż, pech chciał, że Ani spadła z drabiny i złamała nogę. Teresa – raczej bez entuzjazmu – jedzie do niej by się nią opiekować i pomagać zanim matka nie wydobrzeje na tyle, że będzie z powrotem samodzielna.

Ten, niby to banalny narracyjnie punkt wyjściowy w Małych miłościach zaczyna nabierać barw, kiedy obie kobiety będą na siebie zdane w sytuacji tyleż zwykłej, co dla każdej z nich jednak na pewien sposób od dawna – niecodziennej. Umiejętność prowadzenia samodzielnego życia, całkowicie pozbawionego na codzień jakichkolwiek innych i bliskich jej osób, jest dla starszawej już wiekiem Ani powodem do dumy – podszytej jednakże lekkim zgorzknieniem. Matka Teresy bowiem wyznaje zasadę, że należy twardo stąpać po ziemii, nie roztkliwiać się nad swoim losem, a przede wszystkim trzymać rutyny dnia codziennego. Poczucie, że wszystko ma pod kontrolą, wszystko wie najlepiej i jest samowystarczalna – jest dla niej najważniejsze i chroni ją niczym skorupa. Sentymenty i rozpamiętywanie tego co było, gdybanie nad tym co będzie – zamiast egzystowania w tu teraz – są dla niej stratą czasu. Czułości i wyrozumiałości do ludzi w niej nie za wiele, a jeśli kiedyś miała ich więcej, to od dawna wydają się być przeznaczone wyłącznie dla jej ukochanego psa.  

Teresa zaś – jak się dowiemy – ma lat 42, jest singielką, która z rodzinnej wsi zwiała dawno temu. Zawsze miała duże ambicje i aspiracje. Ale skończyło się tak, że wynajmuje małe mieszkanko w stolicy Hiszpanii, na codzień pracując jako nauczycielka i ze swoją samotnością radzić sobie nie bardzo umie, choć udaje, że jest inaczej. Na pozór rzeczowa i bardzo analityczna (już w szkole podstawowej była prymuską w naukach ścisłych) różni się od swej matki diametralnie w relacjach z bliskimi. Pełna wahań i obiekcji, stale zadająca sobie pytania o to czy postępuje słusznie i zgodnie z wyobrażeniami jak powinny wyglądać – tkwi od lat w zawieszeniu decyzyjnym czy być sama, czy jednak szukać związku z mężczyzną, choćby „na siłę”. Teresa do ludzi – w przeciwieństwie do swej matki – na swój sposób się garnie, choć niezbyt udolnie, ale okazując im troskę i sporo empatii wobec ich zwykłych, ludzkich ułomności… 

I właśnie ta kontradykcja stanowi wspaniały punkt zaczepienia dla opowieści o córczyno-matczynej relacji. W której wyzwaniem staje się to, co pomiędzy obiema kobietami nigdy wcześniej nie było wysłowione i pewnie dalej by nie było, gdyby nie zrządzenie losu, w którym relacja dorosłego dziecka ze starzejącym się rodzicem zostaje rozpisana na historię utkaną tak samo z czułości, jak i irytacji. Clavellino pokazuje nam czas, jaki obie kobiety spędzają ze sobą niejako „z musu” z humorem, jak i czułą melancholią. Podkreślając to, co jest niezwykle uniwersalne w jej opowieści. Bo przecież wszyscy (a raczej wszystkie) wiemy, że matka i córka są zawsze niejako z definicji dwiema stronami tego samego medalu. Ich związek jest niezbywalny i na zawsze. A to, co te dwie kobiety łączy (nawet gdy wydaje się im samym, że jest tego niewiele lub zgoła nic) – to nie tylko więzy krwi i fakt, że jedna drugą powołała do życia. Dla każdej córki – to matka jest jest pierwszym wzorcem kobiecości w życiu. Wszyscy – choćby intuicyjnie – wiemy, że zaprzeczanie temu jest jałowe. Teresa lubi myśleć o sobie, że do swojej matki jest zupełnie niepodobna. A Ani z kolei nie chce widzieć w Teresie tego, że przecież to wszystko co jej córka robi jej zdaniem „nie tak” – nie wzięło się znikąd…

Zrazu Małe miłości są zatem przede wszystkim utkane z niedopowiedzenia, przemilczeń, pod którymi tlą się przechowywane w skrytości urazy, pretensje, zadawnione żale jakie mają wobec sobie matka i córka. Ani z tytułu rozłąki i odrębności czasu i przestrzeni w jakich równolegle z jej życiem prowadzi swoje „niepoukładane żyćko” Teresa. Jej córka zaś z tytułu tego, że matka jawi się jej jako kobieta, której troska jest gderliwie strofująca, nie zaś empatyczna i wspierająca…  

Clavellino buduje narrację o ich wzajemnej koegzystencji, kiedy zaczynają ze soba mieszkać ponownie po latach – na sposób wzruszający, i z doskonałym wyczuciem psychologicznej wiarygodności!  

Małe miłości przepięknie opowiadają o tym co wszyscy znamy, a o czym na codzień tak trudno mówić. I choć  jeszcze trudniej wyrazić to w materii filmowej, to jednak hiszpańskiej reżyserce udaje się to wyśmienicie. Myślę, że to dlatego, że Clavellino, która jest także i scenarzystką swojego obrazu ma również doskonały słuch literacki. I świetnie rozumie na czym polega rola muzyki w filmie… Wie jak ją wykorzystywać, tak samo jak używać ciszy,  a także  wyjątkowo sprawnie potrafi uchwycić w kadrach swego filmu to, co ulotne: spojrzenie, niedopowiedziane słowo, wymowne milczenie…

Dialogi w jej filmie są czyste, pięknie esencjonalne, i dodatkowo zazwyczaj mające jakieś drugie dno, referujące do powieści, jakie czytają bohaterki filmu – nadbudowują tym samym zwyczajną i prostą na poziomie wydarzeń – narrację. Są też takimi, jakie bardzo wiele córek swoich matek „zna na pamięć” i z którymi może się identyfikować…  

To kino dużych emocji, których pozornie w Małych miłościach wydawać się może – mało. Nikt tu nie płacze, nie krzyczy, nie ma dramatycznych scen, ani „przepracowywanych” traum z dzieciństwa. Jest proza życia w swoim sednie. Codzienność dwóch dorosłych kobiet, z których każda ma silną osobowość, swoje przyzwyczajenia i sposoby oswajania frustracji i niemożności. A które kiedyś się od siebie oddaliły, a teraz – niejako zostały zmuszone poprzez współzależność i stałą obecność jednej w życiu drugiej – do tego by z tym sobie nie tylko radzić, ale także by spojrzeć na siebie same i na związek jaki mają – inaczej niż do tej pory…  

Clavellino przygląda się im z czułością, ale też ze swego rodzaju ironicznie subtelnym uśmieszkiem, jakby mówiła – przecież tak to wyglada, gdy się przyglądać z boku. Matka i córka są przecież o tym, że jakkolwiek by temu zaprzeczały i każda tej drugiej próbowała udowodnić, że „wie lepiej” – to  jednak w każdej z nich jest zaszyta cząstka tej drugiej. Nie można od tego uciec. A być może nawet nie powinno się. W małych miłościach matka i córka stają się dla siebie lustrem, w którym w końcu każda z bohaterek zapragnie się przyjrzeć tej drugiej z właściwej perspektywy. Ani – zerkając w nie z z dumą i wyrozumiałością. Teresa – z wdzięcznością i empatią. Odbieram ten obraz jako wzruszający hołd dla siły dojrzałych matczyno-córczanych więzi. I mądre spojrzenie na kwestię, która zazwyczaj umyka nam z pola widzenia. W miłości nie liczy się najbardziej to czy jest „duża” czy „mała”, tylko jej jakość. To nie jej kwantyfikator czyni relację udaną. Małe miłości przypominają nam o tym, że dla naszego poczucia bycia kochanym i ważnym dla drugiego człowieka – najważniejsze jest to, by być widzianym i słyszanym. Nigdy nie jest się wtedy samemu, nawet gdy formalnie – się nim jest. Bo miłość to uwaga i troska, nawet „mała”. Byle prawdziwa. 

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu MAŁE MIŁOŚCI na rynku polskim: Gutek Film 

You may also like

WARTOŚĆ SENTYMENTALNA
ZGIŃ KOCHANIE
Tick, tick…BOOM!
BYĆ KOCHANĄ

Leave a Reply