1
lip
2015
130

MANGLEHORN

MANGLEHORN (Manglehorn). Reż. David Gordon Green, Scen. Paul Logan, Wyk. Al Pacino, Holly Hunter, Chris Messina, Harmony Korine, USA, 2014

Manglehorn-B1-208x300

W przypadku recenzji tego obrazu zacznę od dość istotnej kwestii. Otóż, mam słabość do wspaniałych aktorów – tak wielką, że jestem w stanie wybaczyć wiele – filmom dalekim od doskonałości, acz z doskonałymi rolami. I to jest właśnie przypadek Manglehorn.

Tytułową rolę AJ Manglehorna gra AL PACINO. A Al Pacino to jest aktor, który potrafi wszystko. Nie wiem jak on to robi, ale jak gra – to jest w nim samo sedno prawdy. Jeśli idzie o moją opinię na jego temat – należy zdecydowanie do tych artystów, którzy jak mówi pewne powiedzenie “z czytania książki telefonicznej uczyniliby magnetyzujący spektakl”.

Fabuła Manglehorn opowiada o starszym mocno facecie (sam Al Pacino w tym roku kończy 75 lat!),  właścicielu zakładu ślusarskiego. Jest w swym fachu bardzo dobry, ma stale zlecenia, więc jakoś udaje się mu wiązać koniec z końcem. Mieszka w małej mieścinie w Teksasie, w dość nędznawym domku, wraz z ukochaną kotką rasy pers o imieniu Fanny. Kocina zdaje się być jedyną istotą, którą bohater darzy czułością i o którą się troszczy.

Postać Manglehorna jest napisana w oparciu o klisze. Filmów z podobnym mu bohaterem było już wiele (że przypomnę jedynie – skądinąd innego “magika” wśród aktorów – czyli Jacka Nicholsona, w głównej roli w Schmidt Alexandra Payne’a). To outsider, dziwak, frustrat. Skłócony z całym światem i szczerze go nie znoszący. Jednak i tak najbardziej – de facto – nie znoszący siebie samego. Uwięziony pomiędzy dwoma szarpiącymi go uczuciami: auto – agresją a melancholią.

Lata temu – jak sugeruje jego historia – ugrzązł w powielanych schematycznie czynnościach, stracił spontaniczność, radość życia, umiejętność postrzegania jego dobrych stron. Jest zgorzkniały, cyniczny, zagubiony i nieszczęśliwy. Ma rodzinę, ale zarówno syn, z którym jego kontakty są eufemistycznie rzecz ujmując – dalekie od przykładnych, jak i nawet urocza wnuczka – zdają się go obchodzić tyle, co zeszłoroczny śnieg. Jedyne, co go obchodzi, to miłość do pewnej Clary, z którą związek skończył się bardzo dawno temu, a którą obsesyjnie wspomina jako jedyną wartość w swoim długim życiu. Manglehorn to facet, który kładzie się spać i wstaje, codziennie nosząc na sobie brzemię poczucia winy, że spieprzył sprawę z najważniejszą kobietą swego życia. Przegrał miłość.

Do pewnego momentu narracja tego obrazu zdaje się nam nie dawać wielu nadziei na to, że cokolwiek się zmieni. Wydaje się, że będziemy dalej oglądać kadrowane w zbliżeniach smutne, udręczone życie bohatera. Do czasu, gdy pewnego dnia, za sprawą pewnego wydarzenia – bardzo istotnego w jego jałowym życiu – nie pogada trochę dłużej i trochę (jak na niego) cieplej – z niejaką Dawn (w tej roli absolutnie świetna Holly Hunter), kasjerką z banku, w którym co tydzień wpłaca dochody ze ślusarskiego urobku.

Postać Manglehorna jest kreowana przez Pacino w sposób niezwykle wiarygodny i poruszający. Jest niewielu aktorów, którzy umieją równie bezbłędnie “rozgrywać” mimikę twarzy: zmrużenie oczu, grymas kącika ust, półcienie uśmiechów – tak jak on. Pacino w zasadzie nie gra. On jest. Każdy dialog w jego wykonaniu jest tak zharmonizowany z tym, co się dzieje z jego ciałem, że wiedząc przecież, że to tzw. “warsztat pracy” – niemieję z wrażenia.

Reżyser Manglehorn: David Gordon Green (rocznik 1975) w sumie mógłby być co najmniej synem gwiazdy swego filmu i niewątpliwie – nie wiem czy jedynie z racji wieku – mistrzostwa warsztatu w swym fachu – na razie moim zdaniem – jeszcze nie posiadł. Choć zrobił już wiele fabuł jako reżyser, a także wyprodukował kilka rzeczy. Żadnej z nich nie widziałam – nie będę zatem oceniać inaczej niż wedle tego filmu jedynie. Niemniej – co trzeba poczytać mu na plus, wydaje się być osobą wrażliwą zarówno intelektualnie, jak i emocjonalnie.

Największy zarzut, jaki stawiam temu obrazowi to zbytnia metaforyzacja i nadużywanie symboli – nie przystających do clue fabuły. Manglehornowi, jako bohaterowi nie było to moim zdaniem potrzebne. To postać typu “w zwykłości niezwykły” i czynienie go wyjątkowym poprzez – niewiele wnoszące do samej narracji metafory – niestety czasami razi. Jest ich stanowczo zbyt dużo i dlatego Manglehorn jako historia nie wybrzmiewa tak doniośle, jak by mogła. Bo scenariusz filmu – choć prosty – ewidentnie został obmyślony jako mający aspirować do “obrazu artystycznego”.

Nie końca udana konwencja tego filmu nie zmienia jego największej wartości. A jest nią siła wiarygodności w portretowaniu ludzkiej złożoności i sprzeczności, które w nas siedzą. To one w najtrudniejszych momentach szarpiąc nas wewnętrznie to w jedną, to w drugą stronę, powodują, że niekiedy wygrywa inercja, rezygnacja, niewiara w zmianę. To banalna, ale niezwykle uniwersalna psychologicznie prawda o kondycji ludzkiej. Im dłużej żyjemy – tym bardziej boimy się wielkich zmian. Ryzyko związane z niewiadomą, potrafi skutecznie zamrażać nasze „dobre chęci” wywrócenia oswojonego życia (nawet jeśli nas „dręczy”) do góry nogami. Często wręcz przeraża. Choć mógłby to być początek cennej odmiany.

Manglehorn wzruszył mnie jeszcze z jednego powodu. Obraz ten – jak gdyby mimochodem – mówi o kwintesencji tego czym staje się „nieznośna ciężkość bytu” jakim jest życie, kiedy patrzy się na nie z długiej perspektywy – takiej jak ta, która jest udziałem bohatera filmu. W pewnym momencie zaczyna się mieć niezbywalną świadomość tego, że ważne zaniechania i błędy – to “sprawy nie do odrobienia”.

Nie będzie ani kolejnych wielkich szans, ani wchodzenia drugi raz do tej samej rzeki, a odkładanie spraw najistotniejszych na “wieczne jutro” nosi już w sobie znamiona czasu, który może nie nadejść. Nie będzie ni młodziej, ni żwawiej, ni szumniej. Było, minęło, przepadło. Jest tylko “tu i teraz”. I w tym znaczeniu jedynie (już) nasz los jest dalej w naszych rękach. Znaczyć będzie to tyle, ile sami chcemy żeby znaczyło.

 

You may also like

Partnerstwo przede wszystkim! – czyli o marce JOHN & MARY
WONKA
MONSTER
CIVIL WAR

Skomentuj