8
lis
2015
212

MASTERS OF SEX

MASTERS OF SEX (Masters of sex). Pomysłodawca: Michelle Ashford, Wyk: Michael Sheen, Lizzy Caplan, Caitlin Fitzgerald, Annaleigh Ashford, Beau Bridges. Showtime, 2013

O MASTERS OF SEX miałam napisać już dawno. Z wielu powodów, a przede wszystkim dlatego, że produkcja ta należy do moich ulubionych. Kocham doskonałe seriale obyczajowe. Kto wielbi „Mad Men” – zrozumie w mig o co mi chodzi. Bo chodzi mi zawsze o to samo – żeby coś, czemu poświęcam co najmniej kilkadziesiąt godzin życia, miało dla tego faktu uzasadnienie. A tym czymś w przypadku doskonałych seriali są: wycyzelowany narracyjnie scenariusz, przepięknie napisane postaci, wraz z pogłębionym portretem psychologicznym, złożonością i wielowymiarowością bohaterów, brylantowe dialogi, więcej niż bardzo dobre aktorstwo, wybitna scenografia oraz kostiumy. Czy o czymś zapomniałam?

Masters_of_Sex_S2_Poster

Scenariusz Masters of sex powstał w oparciu o biografię Thomasa Maiera “The life and times of Wiliam Masters and Virginia Johnson” **. A była to para bardzo nietuzinkowa. Pracowali razem, „w imię nauki” zostali kochankami, potem małżeństwem, a także razem stworzyli jedną z pierwszych prywatnych klinik leczenia zaburzeń seksualnych w Ameryce.

Akademicy – w czasach o których serial opowiada – choć sami będący lekarzami – uważali badania seksualności ludzkiej za perwersję.

Jest coś dojmująco smutnego w tym, że walczący zaciekle o możliwość podjęcia badań nad tą dziedziną – Wiliam Masters, który uważał ją za czysto naukową, argumentował to tak:

całe biblioteki są poświęcone medycznym książkom o tym, jak rodzą się dzieci! A nie ma ani jednego studium na temat tego, jak się je robi.

Kiedy zaczynali – mieli wszystkich i wszystko przeciwko sobie. Była połowa lat 50-tych zeszłego stulecia. Bill Masters (absolutnie rewelacyjny Michael Sheen!) był wtedy wziętym ginekologiem – położnikiem, pracującym w szpitalu i robiącym karierę naukową na Washington University, w Saint Louis. A Virginia Johnson (świetna Lizzy Kaplan) jego asystentką i „prawą ręką”. Młodą, niezwykle bystrą, ambitną kobietą o szerokich horyzontach myślowych. Jak na ówczesne realia kulturowe – pozbawioną pruderii i nieskrępowaną seksualnie.

Bill Masters był dla Virginii Johnson przez lata całe figurą niezwykle złożoną. Przede wszystkim imponowała jej jego umysłowość. I podejście do świata nauki. Była także przekonana, że dzięki współpracy z nim, zdoła zrealizować swoje ambicje i marzenia zawodowe. Jemu zaś – Virgnia Johnson, owszem – bardzo podobała się jako kobieta, ale nie to było najistotniejsze. Dla Mastersa – Johnson była więcej niż obiektem seksualnym, znacznie więcej niż lojalną i oddaną współpracownicą. Była dopełnieniem.

Metaforycznie – opowieść o nich przypomina nieco mit o Pigmalionie i Galatei.

Masters i Johnson doprowadzili do odkrycia, które wtedy było przełomowe. Dowiedli, że mechanizm stosunku seksualnego wygląda identycznie dla obu płci – najpierw jest faza pobudzenia, potem tzw. faza plateau, podczas której dochodzi do przekrwienia narządów płciowych, a podniecenie utrzymuje się na stałym poziomie, następnie dochodzi do orgazmu i odprężenia. I że dla obojga partnerów oznacza to seksualną satysfakcję & spełnienie, choć nie jest ono jednako przeżywane ani doznawane.

masters-of-sex-review-season-3_gallery_primary

Ale, ale…gdyby to było takie proste! Jednym układa się tak szczęśliwie, że w te fazy wchodzą równolegle, inni tego szczęścia nie mają. A to, że udany seks gwarantuje dużo satysfakcji życiowej – wie już obecnie dobrze rozwinięty nastolatek. Seks, czy nam się to podoba, czy nie – pozostaje pomimo tak wielkich zmian kulturowych i cywilizacyjnych, jakie nas dotyczą w XXI wieku – jednym z najważniejszych aspektów, wokół których (najczęściej nieświadomie) krążą stale nasze wybory i najważniejsze życiowe decyzje. I wciąż jest to temat trudny i tabuizowany. Obecnie – nie tyle już w dyskursie społecznym, co w prywatnym. Ludzie wciąż cierpią z powodu braku seksu, nieudanego seksu, niedobrania seksualnego. Niemożności realizacji swojej seksualności na sposób o którym fantazjują.

Jest takie powiedzenie, które mówi, że „seks zaczyna się w głowie”. A to czyni go tyleż fascynującym, co niezmiernie trudnym tematem.

Mistrzostwo serialu Masters of sex polega na tym, że o tym wszystkim właśnie opowiada. W niespiesznym tempie, w skupieniu, dobrze wyważając akcenty pomiędzy naukowymi wątkami dokonań duetu Masters & Johnson, a tym, co stanowi o tym, że ludzka seksualność ma tyle twarzy, ile ludzi. Można zmierzyć i opisać pewne fizjologiczne zjawiska. Ale nie da się ani zmierzyć, ani ująć w generalizujące ramy tego, czym dla każdego z nas jest seks.

Jest w nim wnikliwa analiza kilku wątków: rozwoju nauki, kultury amerykańskiej oraz rodzącego się feminizmu. A przede wszystkim podkreślanie złożoności tematyki, w której kontekst, przeszłość, wychowanie, własne doświadczenia, wzorce, a przede wszystkim najważniejsze figury oraz punkty odniesienia dla każdego z nas: czyli matka i ojciec grają kluczową rolę!

I last but not least – w sposób niezwykle wyważony, inteligentny i wielowymiarowy produkcja ta podejmuje tzw. trudne tematy: zdrady małżeńskiej, homoseksualizmu, impotencji, oziębłości płciowej, antykoncepcji, sztucznego zapłodnienia. Na kwestiach ojcostwa i macierzyństwa – kończąc.

Chylę czoła przed pomysłodawcami i wykonawcami tej produkcji, że w tak bardzo dojrzały sposób udało im się opowiedzieć o seksie oraz seks pokazywać. Jest w tym serialu wiele scen erotycznych, sporo golizny. I jeszcze więcej dialogów na ten temat. I nigdy żaden z wątków nie jest przedstawiony w sposób karykaturalny, pobłażliwy czy śmieszny. Bo seks, choć bywa przedmiotem dowcipów – w praktyce – zabawny nie jest. Bowiem, gdyby ludzie umieli się całe życie seksem jedynie cieszyć i bawić – domniemam, że świat byłby rajskim ogrodem…

Ta produkcja to perełka w kategorii socjologicznej i psychologicznej wnikliwości.

Podziwiam Master of sex za więcej niż umiejętne przedstawienie złożoności i skomplikowania natury ludzkiej. Za to, że jest to serial arcy – mądry. Do głębi ludzki i humanistyczny. Że pochyla się nad tym wszystkim, co dotyczy każdego. Mierząc i naukowo rozpracowując cielesność od strony behawioralnej, hormonalnej, fizjologicznej nie gubi ani na chwilę najważniejszej kwestii. My, ludzie – będąc istotami zmysłowymi, odróżniający się od zwierząt posiadających tylko popęd gigantyczną nadbudową, jaką jest język i kultura – jesteśmy dużo bardziej od zwierząt bezbronni – jeśli idzie o seks.

Seks jest dla naszego gatunku jedną z najbardziej skomplikowanych, najbardziej dojmujących czynności życiowych – właśnie dlatego, że nie służy jedynie prokreacji. Potrafi nami kierować, nas niepodzielnie zawłaszczać. Potrafi nami rządzić.

A także dlatego, że nawet jeśli posiadamy umiejętność oddzielania go od miłości, nie gwarantuje to poczucia szczęścia ani spełnienia.

Bo seks to to nasze drugie wcielenie. Alter – ego. Żyje swoim życiem. Często nie tym, które wizerunkowo prowadzimy. Dopiero, kiedy zostaje wypreparowany z kontekstu – widać bardzo wyraźnie jak bardzo prawdziwe jest to stwierdzenie. Jak bardzo dużo nie wiemy o sobie, albo jak bardzo wiele się nam jedynie wydaje na nasz temat. Seks to sfera zarówno ego, jak i nieświadomości. Dlatego tak trudno go ogarnąć. Poprzez seks budowana lub rujnowana jest nasza samoocena. Z powodu seksu wchodzimy w trwałe relacje lub je zrywamy. Seks czynimy wartością, dla której jesteśmy w stanie bardzo, bardzo wiele poświęcić. Nieustannie chcemy uczynić go czymś, co ma być naturalne, często będąc sztucznymi czy zakłamanymi w tym względzie.

Seks uczy pokory. Seks uczy nas tego, że nie można nim manipulować, nie da się go oszukać, nie można mu stawiać żądań i domagać się, by się z nich wywiązał.

I jeszcze coś. Co w Masters of sex cenię szczególnie. To serial o tym, że seks to tylko fragment bardziej złożonej całości. Relacja z drugim człowiekiem to coś znacznie większego, głębszego i poważniejszego. Pokuszę się zatem o stwierdzenie, że dopiero wtedy, kiedy udany seks jest wpleciony w całą – równie udaną resztę – stanowi swego rodzaju „crème de la crème”. Bez tego można być, owszem <masters of sex>. Ale nic poza tym.

Ps. Kiedy pomyślę o tym, jak GENIALNIE wykombinowany jest tytuł tego serialu, to sam ten fakt zasługuje na pokłony! Nazwisko Dr. Mastersa wpleciono w krótkie i super nośne hasło – które metaforyzuje całą narrację tej produkcji. Chapeu bas!

** serial jest luźną adaptacją biografii. Oddaje kluczowe kwestie pracy naukowej badaczy, nie zaś ich życie prywatne.

You may also like

OGRODNICY
SCENY Z ŻYCIA MAŁŻEŃSKIEGO
BIAŁY LOTOS
KATLA