22
lut
2022
10

MATKI RÓWNOLEGŁE

MATKI RÓWNOLEGŁE (Madres paralelas), Reż. & Scen. Pedro Almodóvar; Wyk. Penélope Cruz, Milena Smit, Aitana Sánchez-Gijón, Israel Elejalde, Rossy de Palma; Hiszpania, 2021

W największym skrócie – najnowszy film Pedro Almodóvara MATKI RÓWNOLEGŁE można nazwać peanem na cześć kobiet. Gdyż jest swego rodzaju odą do siostrzeństwa, kobiecej siły, solidarności, odwagi i wsparcia jakiego potrafią sobie udzielać nawzajem w najtrudniejszych momentach życiowych i w świecie, w którym mężczyźni jakże często – zawodzą. Są jednak Matki równoległe także opowieścią o czymś innym – refleksją nad pojęciem continuum, które jest mocno zakorzenione w naszym gatunku, a wynika z immanentnej potrzeby istnienia w wymiarze większym i bardziej znaczącym niż nasze pojedyncze, zawieszone w „tu i teraz” – JA, które kiedyś przeminie…

Kinofile, a przede wszystkim wielbiciele twórczości Pedro Almodóvara (do których się zaliczam) już od zeszłego roku, kiedy to Matki równoległe zostały pokazane na MFF w Wenecji, a kreująca główną rolę Penélope Cruz otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki – przebierali doń nogami w tęsknym wyczekiwaniu na to, aż film wejdzie na ekrany polskich kin. Całkowicie to rozumiem, gdyż akurat ta aktorka jakże mocno związana zawodowo i emocjonalnie z hiszpańskim reżyserem – w jego obrazach wznosi się na wyżyny swoich możliwości kreowania napisanych (często zresztą z myślą dokładnie o niej) postaci…

Sam obraz – Matki równoległe – jako taki – od tamtego czasu kroczy triumfalnie przez wszystkie najważniejsze festiwale filmowe. A przede wszystkim do tej pory uzyskał oszałamiającą liczbę nominacji do najważniejszych nagród filmowych, ze szczególnym uwzględnieniem kreacji Penélope Cruz oraz autora muzyki do najnowszego filmu Almodóvara, czyli jego stałego kooperanta od lat – wspaniałego Alberto Iglesiasa.

Dla ścisłości muszę dodać, że Matki równoległe – zdobyły także nominacje do wszystkich najważniejszych nagród filmowych w kategorii najlepszy „film zagraniczny” lub „film nieanglojęzyczny”, czyli do BAFTA, nagrody CEZARA, Złotych Globów oraz Oscara. A Penélope – swoją drugą w karierze nominację do Oscara w kategorii: najlepsza aktorka pierwszoplanowa.

Jednym słowem: oszałamiający sukces…

*   *   *

Ja jednakże – jeżeli mam być szczera – w przypadku Matek równoległych – nie podzielam niestety zdania „piejących z zachwytu” nad wielkością tego obrazu. Nie jest to moim zdaniem najwspanialsze dokonanie w jakże bogatej twórczości Almodóvara. Oceniam ten film jedynie – jako „dobry”, walnie dzięki (Cesarzowi co cesarskie) umiejętności reżysera do portretowania postaci kobiet w sposób niezrównanie czuły i empatyczny. Przepełniony miłością i szacunkiem wobec nich. Od strony czysto kinematograficznej zaś – no cóż – wszyscy to wiemy… Almodóvar jest tylko jeden taki na świecie i jego absolutnie miażdżąca zmysły i wyniesiona na poziom wysublimowany do potęgi n-tej estetyka kadrów, scenografii i kostiumowych niuansów, detali, symboliki i smaczków z pogranicza świata sztuki wysokiej i dizajnu – zawsze robi robotę – że tak to prosto ujmę…

Ale co do meritum – przykro mi – widziałam lepsze „Almodovary” niż ten… I choć wiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi, to jednak nic na to nie poradzę, że kiedy zrobiłam „przegląd w głowie” wszystkich obrazów tego reżysera, którego – żeby było jasne – bardzo szanuję, podziwiam i cenię – znajduję w jego filmografii znacznie, ale to znacznie lepsze rzeczy ze scenariuszowego punktu widzenia niż Matki równoległe. I będę w tym miejscu szczera do bólu – piszę o tym tak delikatnie wyłącznie ze względu na moją wielodekadową, wielką słabość do tego hiszpańskiego twórcy…

Jest to bowiem film, który porusza kwestie rezydujące w rejestrach zagadnień uber poważnych, ostatecznych, „najgrubszego kalibru”, że tak to ujmę – a tymczasem zarówno jego narracyjna oś wydarzeń jak i konwencja jest całkowicie pozbawiona przynależnego im niejako „z zasady” ciężaru gatunkowego… Dramatyzm sytuacji – wypłaszczony i uproszczony. Jakby na siłę wręcz „pokolorowany”. Miejscami to, co stanowi o „podpisie odręcznym” Almodóvara – barwy, kadrowanie, detale i ich kompozycja, scenografia – w tym akurat obrazie niczego istotnego do niego nie wnoszą, a wręcz go „upupiają”. Mamy w tym filmie nieprzyzwoicie tłamszące natężenie luksusowych marek ubrań i dodatków. I jak dla mnie – zbyt dużo jak na film od twórcy kina artystycznego i niezależnego tzw. product placement. Mnie to – niestety –  raziło. 

Wizualnie Matki równoległe – to oczywiście wciąż  „ta sama” unikalna almadorowska konwencja – jeżeli rozumiecie o co mi chodzi. Ale w przypadku tego filmu, a szczególnie jego tematyki – jej „naddatek” nieskładający się z treścią to dla mnie jednak jest spory zarzut formalny…

Ale, pani kochana! Mógłby ktoś rzec – co się pani czepia? – przecież Almodóvar cały jest konwencją i to jaką! I za to go kochamy… Nie można obrazów Almodóvara mierzyć inną miarką niż tą! No cóż, można – nie można… De gustibus i tym podobne. 

Zatem najprościej jak umiem: ostatni przed „eksperymentalnym” obrazem pt. „Ludzki głos” z Tildą Swinton w roli głównej, który przeciętnemu widzowi trudno uznać za tzw. standardowy film fabularny, czyli: „Ból i blask” – mnie formalnie i emocjonalnie zmiażdżył. To w mojej ocenie dzieło skończone. Wybitne. Wspaniałe w swej doniosłej formie i treści. A przecież – pozostające wciąż w tak globalnie wielbionej almadorowskiej – konwencji stylistycznej…

W Matkach równoległych tego moim zdaniem – zabrakło. Tej doniosłości, a raczej umiejętności wyzyskania głębi poruszanej tematyki. 

Są jednak – i to trzeba temu obrazowi przyznać – wspaniałe, pełnokrwiste, złożone – wiodące postaci kobiece. Pięknie sportretowane w swych sprzecznościach charakterologicznych, osobowościowych, w niejednoznaczności ich pragnień, marzeń, ambicji. W zmienności („La donna e mobile”) odczuwanych przez nie lęków, frustracji, trudności, które trzeba pokonać. W niekonsekwencji działań i „miotaniu się” w dążeniu do realizacji JA, połączonej ze stałą wolą walki o swoją podmiotowość, samodzielność emocjonalną, zawodową, finansową, społeczną i rodzinną. O autonomię. W sile, która kryje się czy też w nich drzemie i w „budzeniu się”, czy też odkrywaniu kolejnych jej pokładów w sobie samych…

Dlatego uważam, że Matki równoległe to obraz warty obejrzenia.

*   *   * 

Wiodącą postacią Matek równoległych jest Janis (absolutnie wspaniała Penélope Cruz), ale Almodóvar postanowił w swoim najnowszym obrazie stworzyć dla niej rodzaj „lustra” w postaci Any (w bardzo dobrej kreacji Mileny Smit, rocznik 1996). Janis jest dojrzałą wiekiem kobietą, z ustaloną, stabilną pozycją zawodową, finansową, życiową. Wie kim jest i czego w życiu i od życia potrzebuje. Kiedy ją poznajemy – ma skonkretyzowaną optykę i plany na swoje „ja” – i dość gładko i satysfakcjonująca je realizuje. Ma bardzo dobrze płatną pracę jako fotografka robiąca sesje dla magazynów kobiecych. Świetnie położone i urządzone mieszkanie w centrum Madrytu. Nie wiemy czy nie ma męża czy też stałego partnera bo tak jakoś wyszło czy jest to jej świadomy wybór. Wiemy tyle, że jej życie obecnie przez nią prowadzone  – jako takie – ją satysfakcjonuje. To co gnębi bohaterkę, to kwestie związane z przeszłością jej rodziny. Janis pochodzi ze wsi, małej miejscowości gdzieś hen daleko od wielkomiejskich realiów. Gdzie dorastała w domu ukochanej babci. A nie z rodzicami. Jest z tego pokolenia Hiszpanów, których losy jej przodków zapisały się w historii tego kraju krwawo i szpetnie. Chodzi o wojnę domową, pod rządami generała Franco. I o to, co spotkało olbrzymią rzeszę ludności cywilnej, która w niej zginęła. Zabijana w imię tego, że mieli inne poglądy, nie poddali się terrorowi władzy, etc. Nie czas i miejsce na lekcje z historii. Ale jak wiele krajów na świecie – także i Hiszpania ma swoje upiory z przeszłości, które kładą się cieniem na kolejnych pokoleniach obywateli tego kraju. Usiłujących pogodzić się współcześnie – jako dorośli ludzie – ze swoim dziedzictwem kulturowym, korzeniami, DNA, w najszerszym spectrum znaczenia tego słowa. A przede wszystkim przywrócić ciągłość pamięci i przynależności do kraju – swoich przodków, których kraj ten życia pozbawił…

Janis i Ana spotkają się przez przypadek na oddziale położniczym madryckiego szpitala. Obie są singielkami i obie pomimo tego, że mają pełną świadomość faktu, że swoje dziecko będą wychowywać same – postanowiły je urodzić. Różni je wszystko. Łącznie z tym w jaki sposób zaszły w ciążę i z kim. Status finansowy, pochodzenie, koneksje rodzinne. Nadto z racji na dużą różnicę wieku –  Janis mogłaby być formalnie – matką Any…

A jednak (swego rodzaju „modus operandi” scenariuszy Almodóvara) to niby przypadkowe, nic nie znaczące zrazu krótkie przebywanie na jednej „porodówce” połączy te kobiety więzią trwałą i na długo (zawsze?). Dlaczego? Tego oczywiście nie zdradzę…

*   *   *

W tej opowieści (kolejnej – można by rzec – wszak trzeba pamietać o jego obrazie z 1999 roku: „Wszystko o mojej matce”) jaką przygotował w Matkach równoległych Pedro Almodóvar splotą się ich losy w sposób zupełnie nieoczekiwany dla każdej z nich. A potem wręcz dramatyczny. Nie zdradzając o co dokładnie chodzi, mogę jednak napisać, że z narracyjnego punktu widzenia „istotność” dwóch postaci w drugim planie, czyli archeologa sądowego, niejakiego Arturo (Israel Elejalde) oraz matki Any: Teresy, niespełnionej zawodowo aktorki (bardzo dobra Aitana Sánchez-Gijón) – w zasadzie w całym dramacie jaki jest udziałem głównych bohaterek – wypada niestety jakby była „doklejona” na siłę  – aby urozmaicić (ale po co?) tę opowieść o kolejne warstwy uzasadnień dla życiowych zmagań Janis i Any z tym co je spotkało… Bo niestety z punktu widzenia psychologicznej wiarygodności – są one mocno wątpliwe. A tym bardziej stają się kłujące w oczy, kiedy weźmie się pod uwagę fakt, że clue głównych wydarzeń Matek równoległych dotyczących tychże matek – samo w sobie przynależy do gatunku opowieści „większych niż życie”….

I to jest mój personalny, największy zarzut wobec tego obrazu. Bo wydobywa go z ram realnego ludzkiego dramatu, a weksluje w stronę bardzo stylowej „telenoweli”. A jest to jest konwencja, którą kupuje tylko pod bardzo, ale to bardzo szczególnymi wyjątkami. A w tym przypadku się moim zdaniem – nie sprawdziła…

To samo mogę powiedzieć o roli Rossy de Palma (kreującej rolę najlepszej przyjaciółki głównej bohaterki) – aktorki, która zadebiutowała u Almodóvara, a od czasu filmu „Kika” nierozerwalnie jest wiązana właśnie z tym reżyserem. I kojarzona z jego najlepszymi, uchodzącymi za absolutnie kultowe i nowatorskie – obrazami. W tym obrazie niestety jej rola jest (stwierdzam to z przykrością) jedynie kolejnym „almadorowskim ornamentem” ku uciesze jego zagorzałych „akolitów”…

Jak już bywało wielokrotnie do tej pory w świecie Almodóvara – tak i Matki równoległe stają się zatem metaforycznie – kolejną opowieścią zarówno o przeznaczeniu, jak i o splecionych poza czyjąkolwiek kontrolą – ludzkich losach. O dwóch kobietach, które mogłyby być w innych okolicznościach, w innej „konstelacji wydarzeń” – całkowicie sobie obce. A jednak stają się sobie najbliższe. Stają się dla siebie jak rodzina…

Jeżeli zatem miałabym wskazać co jest w Matkach równoległych z mojego punktu widzenia tym czymś, co ten obraz „niesie” – to byłyby to bez wątpienia dwie jedynie kwestie: role kobiece, a szczególnie Penélope Cruz i „partnerującej” jej Mileny Smit oraz niezwykle wrażliwa, przepełniona miłością i szacunkiem perspektywa spojrzenia Almodóvara na macierzyństwo w jego bardzo szerokim spectrum. Począwszy od tego jak bardzo zmienia kobiety, jak je zawłaszcza i powoduje, że dla ukochanego dziecka potrafią wznieść się na absolutne wyżyny swoich „super-mocy”, a kończąc na tym, że dla jego dobra potrafią stłamsić w sobie wszystko to co egoistyczne i małe i wznieść się w rejestry do których mężczyźni – zdolni nie są…

To także obraz, który gloryfikuje szczerość, brak zakłamania, otwartość w nazywaniu swych uczuć, obaw i lęków. Prawdziwość relacji międzyludzkich. Nie chodzenie na kompromisy z wyznawanymi wartościami. I piękno i dobro wynikające z podejmowania decyzji, które choć potrafią być niezwykle bolesnym i trudnym wyzwaniem – przynoszą jednak i ulgę i oczyszczenie. I w ten sposób nadają naszemu pojedynczemu życiu, naszym wyborom wraz z ich  konsekwencjami – sens, znacznie, wartość. I budują jasną stronę naszej personalnej historii – dla przyszłych pokoleń.

Czy to Wam wystarczy do tego, żeby ocenić najnowszy film Pedro Almodóvara jako wspaniały i wielki – musicie ocenić sami. Moje zdanie – znacie… 

 

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu MATKI RÓWNOLEGŁE na rynku polskim: GUTEK FILM

You may also like

Pierwsza retrospektywa filmów SUSAN SONTAG w Polsce
BOSCY
Podaruj sobie odrobinę klasyki – czyli o ARTEKINO CLASSICS…
FILM BALKONOWY

Skomentuj