5
maj
2015
152

MĘŻCZYŹNI WOLĄ BLONDYNKI

MĘŻCZYŹNI WOLĄ BLONDYNKI (Gentlemen prefer blondes). Reż. Howard Hawks. Scen. Charles Lederer. Wyk. Marilyn Monroe, Jane Russell, Charles Coburn. USA, 1953

Gentlemen_Prefer_Blondes_(1953)_film_poster

Jeśli miałabym wskazać jeden film z udziałem Marilyn Monroe, w którym zawiera się wszystko to, w czym była aktorsko absolutnie bezkonkurencyjna (i pozostaje po dziś dzień), jak i niestety to – w jaki sposób hollywoodzki system produkcji gwiazd jej „użył” do własnych celów – byłby to właśnie Mężczyźni wolą blondynki. To symboliczny tytuł w filmografii Monroe (choć miała już wtedy na koncie – mało znanych i nie wartych oglądania – ponad 20 ról filmowych). Właśnie ten obraz bowiem “sprzedał” całemu światu MM, jaką znamy i jaką unieśmiertelniła popkultura: platynowłosej seksbomby – obiektu erotycznej fascynacji i fetyszyzacji.

Do “Pół żartem, pół serio” – które wyniosło ją na absolutne wyżyny i nadało jej status już nie gwiazdy ale ikony – trzeba będzie jeszcze sześciu lat. Do jej śmierci – zaś już jedynie trzech.

Mężczyźni wolą blondynki  to gatunkowa hybryda, którą do tej pory niektórzy filmoznawcy kategoryzują albo jako “musical” albo “komedię romantyczną”. Prawda jest taka, że jest jednym i drugim.

Fabuła jest prosta. To opowieść o dwóch przyjaciółkach: Lorelai (Monroe) i Dorothy (Russell), artystkach i piosenkarkach wodewilowych. Clue scenariuszowej kanwy zasadza się na charakterologicznym i fizycznym skontrastowaniu bohaterek. Lorelai jest blond kociakiem, doskonale rozgrywającym stereotyp „słodkiej idiotki” (jak wiadomo nie od dziś – ten typ jest w rzeczywistości zwodniczo sprytny). Dorothy zaś czarnowłosą panterą, bystrą, nieco cyniczną i umiejącą używać pazurów w obronie własnych interesów.

Obie panie poznajemy w sytuacji, kiedy to szczęśliwie zaręczonej Lorelai narzeczony funduje ekskluzywny rejs transatlantykiem do Paryża. Ta zaś nieświadoma intrygi, która rozgrywa się w tle tej podróży – zabiera w nią przyjaciółkę.

Moim zdaniem są przynajmniej trzy powody, dla których Mężczyźni wolą blondynki jest obrazem, który warto znać. I z pewnością jest najważniejszym, jesli idzie o to, by móc zrozumieć dlaczego MM stała się fenomenem i kimś, kto uosabia po dziś dzień pewien archetyp kobiecości.

Do niewątpliwych atutów tego filmu należy duet: Monroe & Russell. To jeden z bardziej udanych damskich tandemów w dziejach kina. Obie aktorki w cudowny sposób się uzupełniają, jedna nie przyćmiewa drugiej. Bez nich, bez wątpienia, zabawy w tym obrazie byłoby znacznie mniej. A jest jej sporo. I sporo okazji do uśmiechu dzięki dowcipnym i błyskotliwym dialogom, takim jak słynne zdanie wypowiadane przez Lorelai do Dorothy: „jeśli dziewczyna musi się ciągle martwić o forsę, to skąd ma mieć czas na miłość”?

duo

A, że obraz ten powstał w oparciu o musical brodwayowski z 1949 roku –  zawiera przede wszystkim fantastyczne utwory muzyczne wraz z towarzyszącymi im układami choreograficznymi i kostiumami, takie jak: “Bye, Bye Baby”, “I am just a little girl from Little Rock” –  z “Diamonds are the girl’s best friend” na czele.

diamonds

Wykonanie tego numeru przez MM jest uznawane za kultowe. Kopiowane było i jest bezustannie – w moim poczuciu zresztą – wciąż nie sięgając ideałowi nawet do kolan – przez takie gwiazdy, jak: Madonna, Kylie Minogue, Nicole Kidman (w “Moulin Rouge” Baza Luhrmanna) czy Christine Aguilerre (w “Burlesque” Steve’a Antina). 

Zresztą, prawda historyczna na temat śpiewającej MM jest taka, że w latach 50 tych zeszłego stulecia w Hollywood – to właśnie ekranizacje musicali zaczęły święcić triumfy i zarabiać dla wytwórni krocie. 20th Century Fox, w którym zakontraktowana była Monroe, od lat rywalizowało o wpływy z MGM i w tym gatunku, ale do czasu Mężczyźni wolą blondynki nie szło im zbyt dobrze. “Odkrycie” potencjału Marilyn jako piosenkarki Fox przyjął z wielką radością i natychmiast postanowił wykorzystać. I od tego właśnie obrazu datuje się fakt, że we wszystkich następnych filmach z jej udziałem –  również sporo śpiewała.

Nie da się w tym miejscu nie wspomnieć również o najsłynniejszych „życzeniach urodzinowych” jakie zna popkultura, które na rok przed śmiercią MM wyśpiewała Johnowi Fitzgeraldowi Kennedy’emu, obchodzącemu swoje 45-te urodziny. Wystąpiła w kreacji, która przeszła do historii (zlicytowana na aukcji w roku 1999 za ponad milion dolarów).

Najsłynniejsza seksbomba wszechczasów miała bowiem prześliczny głos, dobry słuch i śpiewała więcej niż uroczo. Dodając do tego jej magnetyzm i seksapil śmiało stawiam tezę, że w sposób jedyny i niepowtarzalny. Na marginesie dodam, że ci, którzy nie znają jej twórczości muzycznej, mogą sprawdzić, iż broni się ona po 60 latach tak samo wyśmienicie dobrze jak samo zjawisko, jakim była Marylin Monroe.

Na Mężczyźni wolą blondynki trzeba patrzeć z dystansem i świadomością kontekstu kulturowego i historycznego powstania tego obrazu. Dziś – jak mniemam nikt nie napisałby już takiej roli, jaką jest Lorelai grana przez MM. Obecnie – jest to bowiem postać kobieca wpisana w dyskurs światopoglądowy i polityczny, o którym wtedy nikomu się nie śniło. Marilyn grała role, których od niej oczekiwano (czytaj: za które chciano płacić) w amerykańskiej, zmaskulinizowanej, patriarchalnej i pruderyjnej kulturze lat powojennych. System, a w nim szołbiznes – potrzebował wentyli dla wypartej w dyskursie społecznym, stabuizowanej seksualności, erotyki i zmysłowości. I MM realizowała tę potrzebę brylantowo. Była kwintesencją męskiego “mokrego snu” i fantazji o kobiecie zawsze chętnej i gotowej, kobiecie – pieszczoszce i uwodzicielce, kobiecie – trofeum. Z pewnością była to jedna z głównych składowych jej oszałamiającego sukcesu i zbiorowej obsesji na jej punkcie.

Dyskusje o tym, czy MM była wspaniałą aktorką, czy też nie – toczą się do dziś.

Gremia wręczające filmowe nagrody nigdy jej nie ceniły. Otrzymała jedynie jeden Złoty Glob za rolę w “Pół żartem, pół serio”. I było to u schyłku jej niedługiego życia. Podobno była upiorna we współpracy. Do tej pory w niezliczonych artykułach, wspomnieniach, książkach i opracowaniach na jej temat krążą legendy o tym, jak bardzo nie znoszono z nią pracować. Dawała ku temu powody, to fakt. Niemniej jedno jest pewne  – kiedy ogląda się jej rolę Lorelai w Mężczyźni wolą blondynki – nie można się oprzeć wrażeniu, że na swój sposób była genialna. To, bowiem moim zdaniem, co MM była w stanie wyrazić w obrębie postaci, które przyszło jej grać jest niemożliwe do podrobienia i absolutnie unikalne. Do tej pory.

You may also like

Wracają KONFRONTACJE FILMOWE
OJCIEC
GALLIVANT GDAŃSK – czyli o tym jak pachną miasta…
PARYŻ, 13. DZIELNICA

Skomentuj