5
cze
2022
8

MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI

MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI (Ouistreham). Reż. Emmanuel Carrère; Scen. Emmanuel Carrère &  Hélène Devynck; Wyk. Juliette Binoche, Hélène Lambert, Louise Pociecka, Steve Papagiannis, Aude Ruyter, Jérémy Lechevallier, Francja, 2021

MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI ogląda się doskonale. Paradokumentalny charakter narracji, wyważenie tonu emocjonalnego opowieści oraz świetna zespołowo gra aktorska zdecydowanie temu filmowi służą. Bowiem Między dwoma światami opowiada o tym, co można streścić w jakże prawdziwym i wciąż aktualnym porzekadle: syty głodnego nie zrozumie…

Między dwoma światami to obraz w reżyserii Emmanuel’a Carrère. Ten Francuski pisarz, scenarzysta i reżyser zanim zajął się kinematografią studiował w paryskim Instytucie Nauk Politycznych. Zaczynał jako krytyk filmowy, współpracując m.in. z pismem „Positif”. W roli reżysera zadebiutował w 2003 roku, realizując dokumentalny film „Powrót do Kotelnitch”, doceniony na festiwalu w Wenecji. W Polsce (jak mniemam) bardziej jest znany ze swej twórczości pisarskiej niż filmowej. Wydano u nas wiele z napisanych przez niego książek, miedzy innymi: „Powieść rosyjska”; „Przeciwnik”; „Królestwo”, „Dobrze jest mieć dokąd pójść”; „Limonov”. Carrère jest tym (mnie osobiście fascynującym) przypadkiem twórcy, któremu udała się trudna sztuka: jego życie zawodowe spaja trzy dyscypliny artystyczne. W 2005 wyreżyserował adaptację swojej powieści Wąsy. Jest też współautorem scenariusza całkiem zgrabnej komedii „Molier na rowerze” (2013) z Lambertem Wilsonem i Fabrice Luchinim. 

Między dwoma światami to jego kolejne podejście do reżyserii, praca (współ)scenarzysty – jednak tym razem oparta o cudzy tekst. Film jest adaptacją bardzo głośnej we Francji książki autorstwa Florence Aubenas. W dniu premiery stała się bestsellerem sprzedając się w nakładzie 120 tysięcy egzemplarzy.

*   *   *

Na temat postępujących nierówności społecznych w samej Polsce, od conajmniej dekady powstało wiele artykułów, esejów, felietonów a nawet książek (nie wspominając o pracach magisterskich czy doktorskich). Gwałtowne zmiany ustrojowe, wraz z całkowitą przebudową pojęć takich jak: klasa społeczna; pochodzenie; przynależność klasowa –  jakie dokonały się w w naszym kraju po 1989 roku – musiały zaowocować zjawiskami – z punktu widzenia socjologii jako nauki – oczywistymi… Świeży kapitalizm, budowanie nowej rzeczywistości opartej o wolnorynkowe reguły, niebotyczne bogacenie się jednych i drastyczne ubożenie drugich – doprowadziło do tego, że i u nas pojawiło się „zjawisko społeczne” znane obecnie pod pojęciem prekariat…

Nie czas i miejsce w recenzji filmowej na moje wynurzenia prywatne na ten temat. Nie będzie też wtrętów natury politycznej… Ale z faktami polemizować się nie da. Przez 30 lat demokracji dorobiliśmy się (na swój – bo jednak nieco inny systemowo niż w Zachodniej Europie – sposób) społeczeństwa silnie „poklastrowanego” jeżeli chodzi o dostęp do przywilejów społecznych, a tym samym rosnącej przepaści miedzy tymi, którzy „mogą wszystko” i tymi którzy „mogą nic”. A przede wszystkim dorobiliśmy się systemu, który sobie z tym nie radzi…

Z prekariatem – o czym opowiada więcej niż bardzo dobrze film Między dwoma światami nie radzi sobie również Francja, kraj, na który patrzymy od setek lat z pozycji klęcznej. Co mnie na moje dojrzałe wiekiem lata zaczęło mocno już irytować, gdyż ja osobiście od dość dawna, jeżeli patrzę nabożnym wzrokiem na mapę świata – to tam gdzie leżą kraje skandynawskie. Jak powiedziała ponad 20 lat temu w jednym z wywiadów duńska reżyserka Lone Scherfig („Włoski dla początkujących”) – dopiero wtedy, po raz pierwszy w życiu zaczęła dużo podróżować po świecie, prezentując ten mocno nagradzany obraz na licznych festiwalach filmowych: „do tego czasu nie miałam pojęcia, że świat jest tak strasznie rozwarstwiony i istnieją tak radykalnie drastyczne dysproporcje w zamożności i statusie społecznym pomiędzy ludźmi zamieszkującymi ten sam kraj. Jestem Dunką, owszem mamy w naszym kraju wielu bardzo bogatych ludzi, ale w zasadzie sprowadza się to do tego, że bogaci mają najnowszy model volvo i duże domy lub mieszkania, a biedni volvo używane i mieszkają skromniej”… 

*   *   *

Między dwoma światami, w zeszłym roku na MFF w San Sebastian otrzymało nagrodę publiczności, co mnie jakoś bardzo nie dziwi. Bo publiczność festiwali filmowych jak świat długi i szeroki zawsze głosuje sercem i ma w nosie co tam uważają na temat danego obrazu mędrcy zwani krytykami filmowymi. Film może formalnie pozostawiać wiele do życzenia – ale jeżeli chwyta widzów za gardło, coś im „robi” istotnego emocjonalnie, prowokuje silnie do myślenia – wygra zawsze. Tak to już jest. Kino jest zwierciadłem świata, zawsze to powtarzam i jego wpływ na ludzi realizuje się wtedy kiedy ten świat wiarygodnie przedstawia…

Bo Między dwoma światami można zupełnie śmiało nazwać kinem, które doskonale obrazuje te dychotomie, ten rozdźwięk, ten fakt! Istniejemy wszyscy w globalnych realiach „bańki” nie tylko informacyjnej, społecznej, lajfstajlowej. Istniejemy w świecie, w którym ludzie żyjący w jednym i tym samym kraju, posługujący się tym samym językiem, funkcjonujący – zdawałoby się w oparciu o takie same prawa obywatelskie – żyją na całkowicie osobnych „planetach”. Dla jednych ten sam kraj to miejsce ekstremalnie trudne, pełne niemożności, frustracji i znoju, a dla drugich – komfortowe bytowanie w „w kokonie systemowym”, który im sprzyja. I hołubi.

Rolę główną w Między dwoma światami kreuje gwiazda filmowa światowego formatu: Juliette Binoche, którą kochają wszyscy kinofile od czasu jej roli w adaptacji powieści Milana Kundery „Nieznośna lekkość bytu”. W Polsce, odkąd zagrała u Krzysztofa Kieślowskiego i na dodatek okazało się, że ma polskie korzenie „po kądzieli” – jest kochana po pachy!

W mojej opinii właśnie to, że rolę Marianne Winckler reprezentantki elity społecznej Francji — kobiety, która „pragnie zrozumieć problemy prekariatu” powierzono Binoche – stanowi o sile tego obrazu. Nie tylko z powodu tego, że jest to doskonała aktorka, i jej rola w tym filmie jest – doskonała! Ale właśnie dlatego, że jej „elitarny” i „gwiazdorski” wizerunek doskonale punktuje i uwypukla sedno przekazu Między dwoma światami: syty głodnego nie zrozumie…

Z kronikarskiej rzetelności dodam, że Juliette Binoche jest też współproducentką filmu. I chwała jej za to. 

Między dwoma światami obejrzałam na ścisku brzucha. I bardzo mnie emocjonalnie poruszył. To (formalnie rzecz ujmując) film bardzo skromny realizacyjnie. Ale co z tego? Ma to „coś” – co jest w kinie najistotniejsze z mojego subiektywnego punku widzenia: chwyta za gardło, jest w nim prawda, mięso narracyjne, doskonale dialogi, świetnie napisane postaci, doskonałe aktorstwo, a przede wszystkim poczucie obcowania z rzeczą bardzo prawdziwą i bardzo wiarygodną. Oprócz Binoche występują w Między dwoma światami głównie zupełnie nieznane szerszej publiczności francuskie aktorki i aktorzy, a przede wszystkim – świetnie obsadzeni – naturszczycy!

*   *   *

Marianne Winckler (doskonała Juliette Binoche) poznajemy w dniu, w którym w jednym z francuskich pośredniaków pracy, z koślawo skonstruowanym CV podejmuje próbę otrzymania „roboty”. W urzędzie pracy, w portowym Caen, mieście na północy Francji jest tłum ludzi. Urzędnicy są opryskliwi i niecierpliwi. Każdy kto ma do nich pytania, czegoś chce, czegoś nie rozumie, potrzebuje rozwiązać jakiś problem, którego nie da się załatwić zdalnie – ma prze*** podwójnie. Nie dowie się nic. Zawsze jest jakiś przepis chroniący urzędnika przed zajmującymi mu cenny czas ludźmi i stosowna formułka: „proszę się zapisać na wizytę”… 

Marianne jest świadkiem przeróżnych postaw tych, którzy starają się o pracę: od cwaniackich, do potulno – wystraszono – uległych aż po te, które można nazwać  „walką z systemem”. Wiem jak działa ten system w Polsce, we Francji działa –  z grubsza podobnie. Ten kto ma śmieciowe kontrakty, niewolnicze warunki pracy i jeszcze mu się zachciewa złorzeczyć na system, który czyni z niego niewolnika tegoż systemu – jest traktowany wrogo i z pozycji wyższościowej. To kwestia ustawienia systemu. W kapitalizmie ten kto nie umie sobie sam załatwić dobrze płatnej pracy, kto nie umie się potencjalnemu pracodawcy podczas rozmowy kwalifikacyjnej odpowiednio „sprzedać” (nieważne do jakiej roboty, nawet czysto fizycznej i nie wymagającej żadnych dyplomów, a tym bardziej umiejętności doskonałej auto-prezentacji), a co więcej jest z tych prac – zwalniany – jest według systemu – sobie sam winny…

Marianne – jak się dowiemy – w Caen, w pośredniaku znalazła się celowo. Z bardzo „koślawym” CV w ręku. Wymyśliła sobie nową biografię kobiety przez ponad dwadzieścia lat bezrobotnej, gdyż utrzymywanej przez męża…W rzeczywistości Marianne to dość znana francuska pisarka, która wpadła na pomysł, że jej kolejna książka – o reporterskim zacięciu – będzie opowiadać o życiu ludzi, głównie kobiet, usidlonych przez system w ramach śmieciowych kontraktów w firmach oferujących usługi z zakresu „serwis sprzątający”. Kobiet, które pracują głównie w nocy na rzecz wielkich koncernów i korporacji. Czyli z pozycji „niewidzialnych społecznie” w miejscach, opuszczonych wcześniej przez społecznie – eksponowanych. Pucują biurka, wykładziny, kosze na śmieci, toalety i kuchnie używane wcześniej przez ludzi, którzy często traktują je całkiem inaczej niż we własnym domu…Przecież „ktoś to potem posprząta”… 

Marianne jest zafiksowana na tym, że jej nowa książka, aby być dobra i wiarygodna – musi powstać w oparciu o jak największe doświadczenie empiryczne. Stawia sobie – w jej mniemaniu szczytny – i co tu dużo gadać bardzo wymagający cel jak na pisarkę, której ręce wcześniej prac fizycznych nie tykały… Zostanie  sprzątaczką na jakiś czas. Pozna od podszewki środowisko, system zależności i możliwości awansu oraz ludzi parających się tą robotą…

Dzięki kłamstwom, łutowi szczęścia i sprzyjającym okolicznościom – udaje się jej – pani z Paryża, która żyje sobie na codzień tamże w bliżej nieokreślonym komforcie i zbytku – w tym zapyziałym Caen dostać pracę sprzątaczki w jednej z największych francuskich firm, korpo-sieci, która „sprząta pół Francji”, chwaląc się rzecz jasna klientom tym, że ich usługi zapewniają nieskazitelną czystość i jakość usług.  Caen jest miastem specyficznym, bo portowym. Łączy Francję z Anglią i tym samym główne przychody czerpie z transportu i turystyki. Marianne zaczyna od najniższych stawek za godzinę. Takich, które wedlug jej skrupulatnie prowadzonych wyliczeń i robionych codziennie notatek dla uwiarygodnienia jej przyszłej książki  – w zasadzie nie pozwalają na nic więcej niż egzystencję na granicy ubóstwa – od pierszego do pierwszego. Nocna sprzątaczka biurowa – to jak się okazuje – robota „pikuś”. Nie taka zła, tylko w portfelu świeci totalną pustką. Wyższe stawki to roboty znacznie bardziej wymagające – bo znacznie bardziej wysiłkowe fizycznie, a przede wszystkim – na akord. Na przyklad taki „resort wypoczynkowy” w Caen. Kilkadziesiąt bungalowów wynajmowanych przez turystów. Jeden domek muszą sprzątać symultanicznie co najmniej dwie osoby, aby lśnił jak nowy przed przyjazdem nowych gości. Na koniec praca przechodzi kontrolę typu „test białej rękawiczki”. Na nic tłumaczenia, że ostani lokator uje*** mikrofalówkę tak, że nie da się jej wyczyścić tak doskonale, żeby wyglądała jak nowa ze sklepu… Nie wygląda – cięcie po wypłacie, za „pyskowanie” wypad z roboty… By w końcu wylądować na „szczycie drabiny finansowej” sprzątaczek w Caen. A jest nim nocne pucowanie kilkuset kajut na promach kursujących między Francją a Anglią. Na gruntowne oporządzenie na błysk jednej  – dwuosobowej kabiny pasażerskiej – jest dokładnie cztery minuty…

*  *  *

Z biegiem czasu Marianne poznaje coraz lepiej przy okazji kolejnych zleceń kobiety, z którymi związała na poczet przyszłej książki swój „zawodowy los”. I spędza z nimi prywatnie coraz wiecej czasu. Pisarka – kreująca udatnie sprzątaczkę – do czasu – świetnie odgrywa swoją rolę bieduli w trudnym położeniu życiowym, pracuje ciężko, nie wywyższa się, jest lubiana i traktowana jak „swoja”. Co w tym środowisku oznacza najwyższy poziom zaufania. Bo sztama, poczucie wspólnoty, lojalność i pełna kooperacja to dla tych kobiet – pracujących w teamach bo jedynie tak mogą zarobić więcej – ich „być albo nie być”…

Fiksacja Marianne na tym aby poznać dogłębnie nie tylko specyfikę działania w praktyce polityki społecznej państwa francuskiego i kreowanych przez nią nierówności społecznych, ale przede wszystkim realia życiowe prekariuszek – jest ściśle związana z tym, że stanowić będą pierwowzory bohaterek jej książki. A to doprowadza do tego, że z jedną z nich, sporo od siebie młodszą Chrystele (świetna Hélène Lambert!) samotną matką trojga dzieci zacznie budować relacje, które zostaną odebrane jako zadzierzgnięcie więzi przyjacielskich…

Między dwoma światami właśnie w tym miejscu stawia widzom absolutnie kluczowe pytanie dla tego filmu jako opowieści o prekariacie! O to – jakie tak naprawdę pobudki stoją za działaniami Marianne? I do czego może zaprowadzić piramida kłamstw przez nią zbudowana? Czy to co robi zasługuje na podziw i uznanie (w końcu – co by nie gadać – w świadomości zbiorowej pisarstwo to zawód artystyczny i elitarny i nikt się nie spodziewa po autorach aż takich poświęceń, na jakie się porwała). Czy też to czysta kalkulacja i egoizm? A może jedno i drugie?

Ale i tak, „in the end of the day” liczy się jedynie to, że kiedyś w końcu prawda wyjdzie na jaw. I ci, którzy myśleli, że jest taka sama jak oni – poczują się oszukani. Zdradzeni. Wykorzystani. Czy można się im dziwić?

Między dwoma światami odebrałam jako film, który zmusił mnie do spojrzenia w twarz pytaniom bardzo niełatwym. I najbardziej go cenię właśnie za to. Bo to konfrontacja potrzebna takim jak ja uprzywilejowanym społecznie „pięknoduchom” – bardzo. 

Marianne jest wrażliwa, empatyczna. Czuła na krzywdę ludzi. Nie ma w tym fałszu ani zakłamania. Ale co z tego? Czy to coś realnie zmienia? Czy to coś wnosi w życie kobiet, o których napisze książkę i zapewne zarobi na niej sumę, o której żadna z jej bohaterek nie śmie nawet marzyć?  Bo przecież i tak je zostawi z tym wszystkim co najbardziej bolesne na rynku pracy i co je de facto a nie ją dotyczy bardzo realnie, namacalnie każdego dnia. I wróci sobie do swojego „ą i ę” elitarnego żywota w Paryżu…

Czy zatem Marianne ze swym intelektualnym konceptem „wnikliwego zbadania” nierówności społecznych to jedynie kolejna przedstawicielka świata wyzysku – wobec ludzi, którym ledwo starcza od pierwszego do pierwszego, pomimo że harują jak wół. I którym to harowanie nie przyniesie nic poza rujnacją zdrowia? Czy też może to co robi Marianne ma jednak wartość społeczną?

Obraz Między dwoma światami – moim zdaniem – sugeruje subtelnie, acz wyraźnie, że „intelektualne pochylanie się nad słabszymi” i w znacząco gorszej sytuacji społecznej z pozycji elity, która się tym problemem zajmuje na chwilę i z porywów dobrego serduszka – nie jest szczególnie chwalebne. Ale tak po prawdzie – nieważne jak je ocenimy. Ważne jest niestety jedynie to, że nie zmienia systemu. Przywileje, możliwości awansu społecznego i status – zostaną i tak tam gdzie były…

 

*** Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI na rynku polskim: Aurora Films

You may also like

PARYŻ, 13. DZIELNICA
WINONA RYDER: mistrzyni, outsiderka
MEN
Pierwsza retrospektywa filmów SUSAN SONTAG w Polsce

Skomentuj