4
lip
2015
286

MISTY COPELAND – pierwsza „wojowniczka” w klasycznym balecie

MISTY COPELAND to kolejna postać ze świata baletu, która zrobiła na mnie takie wrażenie, że muszę się z wami tym podzielić.

Filmik, w którym wzięła udział zatytułowany I will what I want wywołał we mnie uczucia, których się po sobie samej nie spodziewałam.

Piękno, siła i moc tej kobiety mnie powaliły. Poczułam podziw i szacunek. A nie zdarza mi się to bardzo często. A że artykuł w „Time” o Misty Copeland napisała sama Nadia Comaneci… zaczęłam wspominać czasy, kiedy byłam dziewczynką. Drobną, niziutką i chudziutką dziewczynką. Moi rodzice nie mieli ambicji wysłać mnie do szkoły baletowej, ale w czasach mej PRL-wskiej podstawówki było kilku nauczycieli Wf-u, którzy uważali, że do pewnych dyscyplin sportowych się „nadaję”. W związku z tym, w wieku lat 10 przez pół roku ćwiczyłam gimnastykę artystyczną. Nie szło mi dobrze. Nie lubiłam tego. Cierpiałam na treningach, podczas których czułam się li i jedynie „zmuszana” do wykonywania kolejnych zadań. I do wiecznej rywalizacji o to, kto lepiej wykona: „gwiazdę”, „szpagat”, i kto najwłaściwiej obchodzi się z „szarfą”. Nikt nie obudził we mnie „ducha” tego sportu i w związku z tym, że permanentnie od pewnego momentu wracałam po zajęciach do domu zaryczana i nieszczęśliwa – pewnego dnia moja mama stwierdziła, że dość tego i mnie jako moja prawna opiekunka z całej tej sprawy wypisała. Ku mej wielkiej uldze. Nie wiem co by się mogło stać, gdyby sprawy się potoczyły inaczej. Ale wiem jedno – metoda, jaką wobec mnie zastosowano – nie zadziałała. I dlatego od tamtej pory (a jestem dość „sportowym” typem) wiem, że najważniejszą rzeczą na świecie, nawet jeśli uprawia się jedynie „zwykły” fitness – jest to – by samego siebie widzieć jako zawodnika i „fightera”. Kogoś, komu o coś znacznie większego niż zwykła i nieunikniona rywalizacja z innymi w danej dyscyplinie i w tym wszystkim chodzi. Bariery, jakie pokonuje się – mierząc z własnym ciałem – to bariery, które – muszą być dla nas samych – najważniejsze na świecie. Po pierwsze i ostatnie. Cała reszta to imponderabilia.

Dlatego, Kiedy patrzyłam na to jak Misty Copeland się porusza, jak tańczy – a tańczy klasycznie – pierwszy raz – zobaczyłam też coś – co mnie absolutnie zachwyciło. Przywodziła mi na myśl zawodniczki sportowe i antyczne wojowniczki w jednym. W tej kobiecie jest coś takiego, co powodowało, że łapałam się na myślach o tym, że właściwie ona pierwsza pokazała mi to, czego w balecie nigdy nie byłam w stanie wcześniej dostrzec. Bo do tej pory widziałam jedynie raczej technikę, precyzję, choreografię. Oraz symbolikę, niemalże mistyczny aspekt możliwości wyrażenia poprzez ciało tego wszystkiego, czego słowa nie ujmą. A ona pierwsza sprawiła, że pomyślałam o tym, że balet to także opowieść o sile woli, o chęci sprawstwa, uczynienia niemożliwego możliwym i o potędze ducha panującego nad ciałem – tak potężnej, że niemalże pokonuje grawitację. O gigantycznej mocy. 

Ameryka oszalała na jej punkcie. Po pierwsze Misty jest pierwszą Afroamerykanką, tańczącą w najważniejszym w Stanach zespole baletowym (i jednym z najlepszych na świecie): American Ballet Theatre, z siedzibą w Metropolitan Opera w NYC, która osiągnęła w tej profesji szczyt – została pierwszą primabaleriną! Dodatkowo jeszcze, jak właśnie w zeszłym tygodniu ogłoszono – zadebiutuje w nadchodzącym sezonie  jako Królowa łabędzi w ikonicznym “Jeziorze łabędzim” Piotra Czajkowskiego.

time_misty-

 

Misty to nie tylko wybitna baletnica i tancerka, to przede wszystkim ambitna kobieta z krwi i kości. I choć to określenie zupełnie nie pasuje do konwencji, a tym bardziej do stereotypów jakie przypisane są skojarzeniom z baletem i baletnicami  – to go użyję – Misty Copeland to  „twardzielka” (nie zaprzeczajcie! – obrazek jaki pojawia się u znamienitej większości z nas w głowie – na hasło balerina – to raczej eteryczna blondyneczka w tiulach –  nie mam racji?) Ale najbardziej jara mnie to, że tak wspaniale swoją osobą odzwierciedla przemiany społeczne – niczym taran – wbijając się  – w skostniały do tej pory i prawie, że całkiem “biały” (tak, chodzi o kolor skóry) świat klasycznego baletu. I sugeruje, że balet to nie jest świat dla „wybrańcow losu” tylko dla tych, którzy pragną się właśnie w nim zrealizować. Bo to nie budowa ciała i tzw. predyspozycje uczyniły z niej wielką baletnicę. Uczyniła się nią ona sama.

Misty Copeland to kobieta, która wie czego chce i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jej kariera w balecie (ma 32 lata) będzie miała nieco szybciej – niż w innych zawodach – swój kres. Dlatego też, oprócz katorżniczej pracy w A.B.T i występów na scenie Metropolitan Opera – prowadzi szereg innych działań. Jest między innymi członkiem Rady do spraw Fitnessu, Sportu & Odżywiania w amerykańskim rządzie Baracka Obamy. Misty zabiera też głos w sprawie wizerunku kobiecego ciała w mediach. W opublikowanych przez nią wspomnieniach (które – co nie dziwota – stały się bestsellerem) “Life in motion. An unlikely Ballerina” napisała o sobie tak:

Przychodzili mnie oglądać, oglądać to jak to robię na mój własny sposób, zobaczyć, że moje ciało i wszystkie jego krągłości są częścią mnie jako tancerki, a nie czymś, czego mam się pozbyć by się nią stać

Ciało jest w dzisiejszej kulturze przedmiotem dyskursu o potężnej sile rażenia. Na naszym nadwiślańskim terenie my także mamy osoby publiczne ze świata sportu i fitnessu, które starają się przekazać, że jest niezwykle istotne to, czy je „ćwiczymy”, czy o nie dbamy – także poprzez odżywianie. Lepszy rydz niż nic, niemniej – jednak jak dla mnie – niestety – polska wersja tych działań – jest zanadto celebrycka. Nie lubię tego, a co więcej sądzę, że medialne skupianie się na tym, że wysiłek jaki człowiek wkłada w pracę nad ciałem – finalnie może (hurra) zaprowadzić do tego, że ktoś ma „fejm” oraz prowadzi klawe życie (czytaj ma dużo kasy i nią epatuje) jest strategią niestety niezbyt mądrą. Amerykanie – dużo lepiej od nas – rozumieją mechanizmy, które rządzą ludźmi: wzbudzają pragnienia, ambicje, motywują do zmian. I wiedzą, że „przekraczanie barier” nie jest oparte jedynie na chęci wzbogacenia się. Bo nie to de facto powoduje ludźmi od tysięcy lat. To, co ludzi, którzy prawdziwie chcą coś osiągnąć „prowadzi do celu”, co porusza ich do zmiany, prawdziwej i trwałej zmiany – to ambicja dokonania czegoś po raz pierwszy, pokonania barier, wcześniej nie osiągalnych. Pieniądze – mają być SKUTKIEM tego faktu nie PRZYCZYNĄ!!! Tylko tak dokonuje się progres. A my ciągle o tym samym. Jak sukces – to kasa. Jak kasa – to sukces. L

You may also like

Partnerstwo przede wszystkim! – czyli o marce JOHN & MARY
FERRARI
OPPENHEIMER
JANE BIRKIN – HISTORIA IKONY…

1 Komentarz

  1. Pingback : Kultura Osobista NURIEJEW bez kurtyny | Kultura Osobista

Skomentuj