MOTTO DNIA – Georgia O’Keeffe
You carry your good times with you. If you don’t make your own good time, you might not have it.
Georgia O’Keeffe (1887 – 1986)
Do 30 października tego roku, w londyńskiej TATE MODERN GALLERY można obejrzeć retrospektywną wystawę prac Georgii O’Keeffe. Jednej z najważniejszych, ikonicznych artystek, a właściwie pionierek malarstwa XX wieku.
Poza rzadkimi możliwościami obcowania z jej wybitnymi dziełami – w muzeach – polecam gorąco – możliwość skorzystania z portalu Artsy.net. To świetne kompendium wiedzy, z ogromną liczbą zdjęć najważniejszych prac wszystkich najznamienitszych malarzy świata.
O’Keefee nazywana jest największą modernistką amerykańskiej sztuki.
Jej obraz, zatytułowany Jimson Weed / White Flower – jest do tej pory – najdroższym płótnem, namalowanym przez kobietę – jaki sprzedał się kiedykolwiek na światowych aukcjach (osiągając cenę ponad 44 milionów dolarów!).
Kojarzona jest, na całym świecie, z trzema motywami przewodnimi jej obrazów. Przede wszystkim z ogromnymi kwiatami, malowanymi tak, jakby patrzeć na nie z perspektywy lilipuciej. Ale także z czaszkami zwierząt i pustynnymi pejzażami stanu New Mexico, w którym O’Keeffe mieszkała, od pewnego momentu swego długiego życia – na stałe.
Zadebiutowała w roku 1916 – czyli równo – sto lat temu. I niemalże natychmiast stała się nie tyle sławna – co podziwiana.
Urodziła się w stanie Wisconsin, w USA, jako córka niezbyt zamożnych farmerów. Była pierwszym dzieckiem z siedmiorga, które mieli jej rodzice – emigranci. Ojciec pochodził z Irlandii, a matka miała korzenie węgierskie.
Georgia O’Keeffe przejawiła talent do rysunku od małego. I – na szczęście – rodzina uznała jej predyspozycje za godne tego, by wysłać ją do szkół i na naukę do miasta.
W latach 1905 – 1907 studiowała w Instytucie Sztuki w Chicago.
Jednak uczelnię tę porzuciła i spory kawał czasu, we wczesnej młodości, zdawała się nie mieć zaufania do swojego talentu. Ani też, nie za bardzo wiedziała czy umie i chce podołać życiu tzw. artystki. W sumie, do wczesnych lat dwudziestych zeszłego stulecia – ciągle uczęszczała na kolejne kursy doszkalające warsztat, podejmowała studia artystyczne na kolejnych uniwersytetach (Virginia i Columbia) asystowała w pracowniach malarzy, a nawet była nauczycielką rysunku i malarstwa.
W końcu, jednak zdecydowała, że tym miejscem, w którym chce zdobywać szlify, zbierać doświadczenia artystyczne – będzie Nowy York.
W 1916 roku poznała swojego przyszłego męża: Alfreda Stieglitza, który był uznanym fotografem oraz właścicielem jednej z najważniejszych galerii sztuki w NYC. Był od niej o 23 lata starszy i żonaty. Ale to właśnie on – pierwszy – dostrzegł w Georgii niebywały talent. Po obejrzeniu jej szkiców węglem – stwierdził, że to
najszczersze, najczystsze, najbardziej prawdziwe rzeczy – jakie widział od dawna
W 1923 roku Georgia O’Keeffe miała pierwszą wystawę prac. I w niedługo potem – zyskała najpierw amerykański, a potem światowy rozgłos.
Jej umiłowanie poczucia wolności (była artystką, która potrzebowała pracować w samotności) ciągnęło ją do Nowego Meksyku już we wczesnych latach trzydziestych. Jeździła tam regularnie, po natchnienie i wytchnienie. Pustynia, dzika natura, nie zamieszkałe i nie skalane cywilizacją przestrzenie ją zachwycały. Dawały poczucie szczęścia i ukojenia. W końcu, z początkiem lat 40-tych kupiła na północy tego stanu, w Abiquiú (około 100 km od Santa Fe) swoją pierwszą farmę, o której mówiła
To przepiękne miejsce, jedyne w swoim rodzaju, które daje mi poczucie bycia samotnym i nietkniętym, niezwykłe doznanie – część tego, co zwę ‘byciem daleko stąd’
W trzy lata po śmierci Alfreda, w roku 1949 przeniosła się do Nowego Meksyku na stałe.
Dziś, w Santa Fe – mieści się muzeum jej poświęcone.
Jej prace – zwłaszcza te – dedykowane kwiatom – już w latach dwudziestych zeszłego wieku – ciągle poddawane były “freudowskim interpretacjom”. Monstrualne, rozchylone płatki, detalistyczne ujęcie wnętrz kwiatów – permanentnie nazywano “waginalnymi”. O’Keeffe całe artystyczne i długie życie się na to zżymała. Tak samo, jak na próby “upychania jej” w feministyczny dyskurs na temat twórczyń sztuki.
Byc może, miała po prostu poczucie, że wszelkie szufladkowania to coś niewłaściwego? Bo jak kiedyś powiedziała o sobie i to bez autoironii:
mówią o mnie, że jestem jednym z najwspanialszych malarzy płci żeńskiej dwudziestego wieku. No cóż, ja po prostu uważam, że jestem doskonałym malarzem…
A być może Georgia O’Keeffe była po prostu “wolnym duchem”? Prekursorką nie tylko nurtu w sztuce, ale także ruchu hippisowskiego i idei wolności jednostki. Wolności od ograniczeń społecznych ram i wolności w świecie natury.
Wiadomo, że częstymi gośćmi na jej ranczo w Nowym Meksyku byli między innymi piosenkarka Joni Mitchell i poeta Allen Ginsberg.
Malarka na swoim ranczo uprawiała organiczny ogród, w którymi było miejsce i na kwiaty i na warzywa, a nawet zboża. Sama mieliła je na mąkę do wypieków. A jajka i miód kupowała tylko od sąsiadów, którzy hodowali kury i pszczoły całkowicie naturalnie. Nigdy nie “jadała na mieście”. I przywiązywała wielką wagę zarówno do tego by jedzenie było lekkie, zdrowe, jak i pięknie podane. W lecie nosiła suknie w kolorze białym, a w zimie – czarnym. Z zawsze przypiętą do nich broszą z własnymi inicjałami “GOK”.
Wiele, wiele lat temu, po raz pierwszy zetknęłam się z pracami Georgii O’Keeffe “na żywo”, w Metropolitan Museum of Art w NYC. Zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Choć nic wtedy nie wiedziałam na temat ich autorki.
Była w nich jakaś wielka siła i moc. Coś hipnotyzującego, a zarazem czystego, prostego i pięknego.
Kiedy dzisiaj wiem o artystce nieco więcej niż wtedy – zdałam sobie sprawę, że cytat, który obrałam jako ilustrację tekstu z cyklu “motto dnia” – to było właśnie to, co ujrzałam w jej pracach. Choć nie umiałam tego wtedy nazwać.