27
gru
2015
71

MÓW MI VINCENT

MÓW MI VINCENT (St.Vincent) Reżyseria i scenariusz. Theodore Melfi, Wyk. Bill Murray, Naomi Watts, Melissa McCarthy, Jaeden Lieberher, USA, 2014

vincent_poster

 

 

W wieczór drugiego dnia świąt – przejedzona do nieprzytomności, niewyspana i ociężała niczym hipopotam – od lat uprawiam ten sam świecki zwyczaj. Wyszukuje sobie film, który chce obejrzeć, a przyświeca temu założenie, że ma mi być z nim dobrze – raczej lekko niż ciężko, raczej zabawnie niż poważnie, jednym słowem tak, bym miała poczucie, że spędziłam czas kojąco. Wysiłki intelektualne nie interesują mnie wtedy zanadto. Chce leżeć na kanapie, nakryta kocem i kotem, popijać winko i przy zapalonych świecach i migoczących światełkach choinki świętować nie tylko święta. Świętować czas, którego imię Hedon.

W tym roku wybór mój padł na Mów mi Vincent, zeszłorocznego kandydata do Złotego Globa w kategorii “najlepszy musical lub komedia”, z nominowanym za najlepszą rolę pierwszoplanową – jednym z moich ulubionych aktorów  Billem Murrayem. I wybór ten okazał się strzałem w dziesiątkę.

Obśmiałam się jak norka, pochichotałam i spłakałam wzruszliwie też – tym rodzajem łez, których jest mi w stanie dostarczyć jedynie kino tego rodzaju: ciepłych, pełnych serdecznego uczucia wiary w ludzi, idee zjednoczenia ponad podziałami, dobro, które drzemie w każdym z nas. Jednym zdaniem – w happy end.

Vincent McKenna, zwany Vin (Bill Murray) to kwintesencja  powiedzenia “stary dziadu”, postać nieznośnie wręcz obmierzła na pierwszy rzut oka. Kiedy tylko otwiera usta, wiadomo, że zrobi to jedynie po to, żeby ci przywalić: obrazić, cynicznie wyszydzić, nie zostawić cienia złudzeń i nadziei. Gdyby chcieć zabawić sie w grę projekcyjną i zapytać, “a gdyby Vin miał jakiś smak, to jaki by on był?” – odpowiedź nasuwa się sama: gorzki jak dziegć. Spie*** ci największy słoik miodu, którym właśnie uraczyło cię życie.

bill_murray_st_vincent_a_l

Vincent mieszka w małym, zapuszczonym do granic możliwości domku szeregowym na Brooklynie, jeździ rozklekotanym old timerem. A każdy tydzień jego życia to powtarzanie tych samych rutynowych czynności, okraszonych piciem taniej whisky, paleniem szlugów i słuchaniem rocka na sprzęcie sprzed epoki kredy. Jest niczym wykopalisko archeologiczne, w znaczeniu takim, że “tu i teraz”: zmieniające się realia kulturowe, cywilizacyjne, technologia, świat cyfrowy i cała reszta zdają się być w jego umyśle nieobecne. Vin mentalnie odcina się od tego, co jest tzw. świata udziałem. Nie partycypuje w teraźniejszości, nie kreuje swojej rzeczywistości.  Raczej stara się za wszelką cenę rozpaczliwie utrzymać w stanie specyficznego status quo, a jego kontestację i gorycz pogłębia jeszcze bardziej fakt, że ma świadomość, iż “the best time of his life” to zamierzchła przeszłość. Teraźniejszość to dla niego kupa gówna. Z przewagą kupy.

st.vincent

Traf chce, że pewnego dnia do domku na posesji sąsiadującej z jego własną – wprowadza się niejaka Maggie (McCarthy) wraz z synkiem w wieku wczesno szkolnym, o imieniu Oliver (prześwietny debiutant: Jaeden Lieberher – rocznik 2003). Maggie jest świeżo po rozwodzie, ma problemy nie tylko finansowe, ale też emocjonalne, związane z walką o opiekę nad synem z byłym mężem. A przede wszystkim ciężko tyra w szpitalu, by zarobić na czesne za prywatną szkołę dla swego jedynaka. Z konieczności i przypadku – Vincent stanie się na pewien czas wynajętą opiekunką dla chłopca. I będzie to dla obojgu swego rodzaju lekcja życia.

murray

 

Czy ten opis może kogokolwiek zachęcić do obejrzenia Mów mi Vincent? Przecież widać wyraźnie, że jest oparty o przepis, z którego zieje wtórnością na kilometr.

Niby jest w nim wszystko to, co znamy z kinematografii na pamięć, jeśli chodzi o schematy wykorzystywane w gatunku komediowym, a jednak jest świeży i rozkoszny. A to zasługa trzech kwestii: doborowej obsady, doskonałej gry aktorskiej i prześwietnych dialogów.

Urokliwie i błyskotliwie zaskakuje w niuansach narracyjnych. To one wszystkie, drobne i większe – takie jak postać Daky – rosyjskiej prostytutki (Watts), czy nauczyciela religii w szkole Olivera, brata Geraghty (Chris O’Dowd) czynią Mów mi Vincent  filmem, który ogląda się z błyszczącymi oczyma i rumieńcami na twarzy.

Ten obraz, to jak ulubiony deser z dzieciństwa. Co z tego, że wiemy jak smakuje, ważne, że wciąż, nieodmiennie, za każdym razem nas porywa.

Nie byłaby ta komedia tak pyszna – w której oczywiście, zgodnie z najlepszymi prawidłami gatunkowymi nie brak i momentów dojmująco smutnych i refleksyjnych – gdyby nie dar Billa Murraya. Dar do czynienia z postaci tragicznych – pełnokrwistych bytów tragikomicznych. Dlatego jego Vincenta się kocha, choć powinno nie znosić, współodczuwa się z nim – choć powinno się mieć dla niego jedynie irytacje, wzrusza się jego losem. Bo Murray jak niewielu innych aktorów  – umie w najbardziej obmierzłych przywarach ludzkich znaleźć element dojmująco ludzki i go uwypuklić jako godny uwagi, podkreślić, że wszyscy jesteśmy „ofiarami” tego samego schematycznego myślenia o bliźnich – ocenianych po pozorach. Szufladkowanych, nigdy nie zgłębionych i nie zrozumianych w swej złożoności. Ci, którzy kochają Wesa Andersona – odnajdą w Vincencie jeszcze bardziej pogrubiony rys Hermana Blume – postaci, którą Murray kreował w “Rushmore” tego reżysera.

I last but not least, Mów mi Vincent to nie tylko opowieść o “zgryźliwym tetryku” skonfrontowanym z niewinnością, dobrocią  i otwartością dziecka, jakie reprezentuje Oliver. To obraz inteligentny, do głębi humanistyczny, pokazujący niejako en passant  sprawy i kwestie, które się nam na co dzień raczej nie udają za dobrze. A chodzi o koncepcję, która w dzisiejszym świecie ma wymiar głównie dyskursu filozoficznego. A mówi o tym, że ofiarowywanie troski i uwagi bliźniemu swemu to najwyższy wymiar człowieczeństwa. Tym bardziej, kiedy nie ma gwarancji ani na ich zwrot, ani na dozgonną wdzięczność.

You may also like

WONKA
MONSTER
CIVIL WAR
PERFECT DAYS

Skomentuj