23
Wrz
2020
6

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ (I’m Thinking of Endig Things) Reż. Charlie Kaufman, Scen. Charlie Kaufman & Iain Reid na podstawie jego książki. Wyk. Jessie Buckley; Jesse Plemons; Toni Collette; David Thewlis, USA / Wlk.Brytania 2020, produkcja oryginalna Netflix

Wszystko z czym widz ma do czynienia w MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ – najnowszym filmie wybitnego twórcy kina arthouse’owego jakim jest Charlie Kaufman – jest w zasadzie – wariacją na temat tego, czym jest “homo sapiens” według wizji reżysera. Czyli byt tak skomplikowany, że potrafi stanowić zagadkę nie tylko dla innych, ale nawet dla siebie samego… I kogo poznanie w całej jego złożoności – zatem – nie jest możliwe. Bo na tę złożoność składa się także (a może przede wszystkim?) to, co nigdy nie staje się udziałem innych ludzi. Bo nigdy nie jest wypowiadane na głos…

W moim odczuciu to obraz  w y b i t n y. Ale też wybitnie niełatwy w odbiorze. Co zatem z Może pora z tym skończyć poczniecie jest jedynie Waszym wyborem. Tak samo jak to czego Wam dostarczy. Lub nie…

O Charlie Kaufmanie pisałam już nieco przy okazji recenzji rewelacyjnej animacji pt. “Anomalisa”. Zdobywca Oscara za scenariusz do “Zakochanego bez pamięci” (a czterokrotnie doń nominowany), laureat trzech nagród Bafta – jest przede wszystkim wybitnym scenarzystą. Mało jest w dzisiejszym świecie kinematografii ludzi równie pięknie i wytrwale co on hołdujących idei, że obraz filmowy to przede wszystkim możliwość realizacji od-autorskiego, artystycznego wyrazu. Jak i reprezentujących tak bardzo erudycyjno-refleksyjno-filozoficzne doń podejście – co on. Co oczywiście skutkuje tym, że Kaufman może realizować się twórczo (czytaj znajduje producenta gotowego dać pieniądze na swoje projekty filmowe) z rzadka… A w zasadzie, tak merkantylnie i stricte marketingowo patrząc – to cud, że w ogóle te możliwości jeszcze znajduje. Bo mamony na jego dziełach kinowych się nijak nie zrobi… No chyba, że chodzi o nagrody i splendor z nimi związany. W tym przypadku – pełen sukces. Krytycy na klęczkach, a statuj z festiwali filmowych – bez liku…

Tu moja dygresja osobista. Nie dziwi mnie wcale, że Może pora z tym skończyć zostało wyprodukowane przez Netflix. Który akurat (w przeciwieństwie do Kaufmana) pieniędzy ma górę, a jako jedna z najpotężniejszych platform streamingowych na świecie ma ambicje mieć portfolio tak szerokie i skierowane do każdego “targetu”, że stanowi w zasadzie najlepiej globalnie skonstruowaną bazę danych na temat socjo-demografii widzów kinowych (ykhm).

Obecnie – na Netfliksie znajdzie “coś dla siebie” – dosłownie każdy. Od boomersowych wielbicieli “old good times movies” ze złotej ery Hollywood, poprzez millenialsowych poszukiwaczy rzeczy rozrywkowych, sensacyjnie łatwych i takoż intelektualnie miałkich. Do nastolatków, które potrzebują coraz to nowego, koniecznie “nowadays” hypowego contentu. Jednym słowem “model biznesowy idealny” (ykhm).

Dlatego też, jak sądzę, wciąż (choć z rzadka) udaje mi się na Netfliksie znaleźć ofertę filmową dla siebie. Bo jestem kapryśna, wymagająca, znam większość klasyki kina. I większość tego co weszło wcześniej do dystrybucji kinowej. A przede wszystkim kino to nie jest dla mnie coś, w co się potrzebuję wgapiać “bo mi się nudzi” albo by “jakoś zabić czas”. Od kina potrzebuję i oczekuję przede wszystkim stymulacji intelektualnej. A rozrywki jedynie niekiedy lub / i przy okazji. Kocham (się) z tym medium jedynie wtedy kiedy pieści mój intelekt (hehe).

Cóż, prawda w oczy kole. Netflix’owy szał zaczął się w Polsce od piekielnie inteligentnego “House of cards”. I nie ma to tamto. Tak było. Do tej pory – jeżeli idzie o serialowe produkcje z ich stajni – ten sam poziom trzyma jedynie moim zdaniem “The crown”. Reszta dostępnych tam intelektualnych dobroci to rzeczy zrobione przez innych a przez Netflix kupione. Z filmami jest dokładnie tak samo.

Ale to twoja subiektywna opinia, ktoś mógłby rzec. I nijak się ma do tego jak ja to widzę. I poniekąd – słusznie… Bo tak właśnie, z nami ludźmi – jest. W podobieństwach dzielonych z innymi szukamy potwierdzenia i sensu dla naszej egzystencji. I cierpimy kiedy ich nie znajdujemy lub mają swój kres. Zatem pora przejść do recenzji Może pora z tym skończyć

*   *   *

To okropne, jak szufladkujemy, kategoryzujemy i odrzucamy ludzi

Jake – główna postać męska filmu

O wybitności Może pora z tym skończyć decydują w moim odczucie trzy podstawowe kwestie, na które zawsze najbardziej zwracam uwagę oglądając filmy. Warstwa narracyjna – czyli postaci głównych bohaterów, ich portret psychologiczny wraz z tym co mówią i jak – czyli dialogi. Warstwa wizualna – bo jak wszyscy wiemy sztuka filmowa to także (niektórzy twierdzą, że głównie) sztuka obrazowania. A za zdjęcia – zaiste rewelacyjne – odpowiada nie kto inny jak nasz rodak: Łukasz Żal. Który wcześniej zasłynął pracą operatorską w “Idzie” oraz “Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego. Oraz rzecz jasna – poziom aktorstwa. A w Może pora z tym skończyć – jest on wspaniały! Co ma w tym przypadku znaczenie kluczowe – bo w zasadzie jest to film mający charakter wyprojektowanej na kinowy ekran wizji “rzeczywistości”, która być może powstała jedynie w głowie głównej bohaterki i nigdy nie miała miejsca poza nią….

Absolutnie FENOMENALNA Jessie Buckley (do poczytania o jej rolach tu, tu, tu i tu), której karierę z racji jej olbrzymiego talentu śledzę od pewnego czasu bardzo uważnie – gra postać “bez imienia” lub imion wielu. I jest w Może pora z tym skończyć narratorką historii o młodej kobiecie, która od niedawna spotyka się z pewnym młodym mężczyzną imieniem Jake (w tej roli prześwietny Jesse Plemons, dwukrotnie nominowany do nagrody Emmy za role w serialach “Fargo” oraz “Black mirror”, do tej pory głównie aktor drugo lub trzecioplanowy w dużych produkcjach filmowych, a w którym ja widzę osobiście pewne zadatki na powtórne wcielenie nieodżałowanego Philipa Seymoura Hoffmana). Ona (może Lucy, może Amy, a może jeszcze inne imię ma) została przez niego zaproszona do odwiedzin jego rodzinnego domu. Jake jest nauczycielem w szkole średniej, ona zaś jest bardzo inteligentną dziewczyną marzącą o karierze naukowej. I mającą wiele talentów. A jeszcze więcej marzeń i aspiracji. Na pozór tworzą parę niezwykle udana. Potrafią ze sobą długo i ciekawie rozmawiać, na szereg tematów. Łączy ich ten sam “drive” – oboje pochodzą z prostych rodzin, oboje wychowali się w małych mieścinach, gdzieś na jednej z farm, z daleka od metropolitalnej rzeczywistości USA. I oboje z miejsc swoich narodzin uciekli. Wydaje się, że odnieśli sukces, zdobyli wykształcenie, a także zaczęli realizować swoje marzenia o tym jak to jest żyć życiem intelektualistów. Oboje dużo czytają, oglądają, stale dyskutują, śledzą nowe trendy, stale w siebie zdaja się być wsłuchani. Każde z nich w pewnym sensie poszukuje w oczach tego drugiego potwierdzenia swej wyjątkowości dla partnera. Jak i też oczekuje, że to drugie stanie na wysokości zadania w wypełnianiu tej roli. Ale czy to czyni z ich ledwo zawiązanej relacji coś obiecującego? Czym może zaowocować ich zaledwie kilkutygodniowa zażyłość w przyszłości? Co ich czeka? Jaka mogłaby być, będzie ich przyszłość, jeżeli zostaną ze sobą na zawsze. Jak to się mówi “do grobowej deski”?…

*   *   *

Akcja Może pora z tym skończyć zawiązuje się w momencie, kiedy Ona wsiada do samochodu swego chłopaka Jake’a by udać się z oficjalną wizytą do domu jego rodziców. To ważny moment w życiu każdego kto się z kimś związał. Obie strony: i ta odwiedzająca i ta, która będzie odwiedzana czują napięcie z tym związane. Nieuchronnie bowiem wiąże się to z koniecznością odpowiedzenia sobie na szereg pytań. W tym na takie, czy “może pora z tym skończyć”?” Które ona formułuje w swoje głowie wiele razy podczas ich podróży samochodem. Za każdym razem jednak nigdy nie wypowiadając go na głos. Jake zdaje się tego pytania sobie nie zadawać. Albo może je jedynie inaczej widzi? W innej perspektywie. I nie obraca go w sobie akurat teraz, w tej chwili, w tym czasie, tak “świeżym” dla ich relacji. Bo Jake zdaje się być nią, swoją dziewczyną znacznie bardziej zachwycony niż ona nim. Ale czy aby napewno? Może to coś innego? Może wszystkie miłe, pełne podziwu słowa pod jej adresem to wynik jedynie tego, że patrzy na nią jak na kogoś, kto jest rodzajem wizualizacji jego marzeń, oddala go od niedobrych myśli o własnej przeszłości, od własnych kompleksów, frustracji, niespełnień. Przybliża zaś do poczucia, że realizuje na swój sposób swój “American dream” (?) …

Dodatkowo w ich przypadku wyruszają w drogę zimą, w niezbyt dobrych warunkach pogodowych. Ona z początku czuje się tym podekscytowana. Prószy śnieżek, za oknem samochodu przewijają się miłe oku widoczki. Jest fajnie. Ale im dalej w las, tym mroczniej, ciemniej i groźniej. Śnieżenie zamienia się w śnieżycę. Jest zimno. I nieprzyjemnie. Droga coraz bardziej uciążliwa. Ona cały czas wraca w rozmowach z nim do tego, że jak to będzie z ich powrotem do tego co jest ich obecnymi realiami, przy takiej zamieci. To dla niej ważne, bo chciałaby wrócić do miasta, do swojego mieszkania na noc. Ma pilne prace do zrobienia na jutro. Ale jadą dalej…

I dojeżdżają na miejsce. Do sporego domu na odludziu. Na farmę, na której wychował się Jake. I gdzie dalej mieszkają jego rodzice. W ich rolach – jak zawsze (jak ona to robi?) rewelacyjna Toni Collette jako matka oraz David Thewlis jako ojciec.

*    *   *

W tym miejscu pora zaznaczyć pewne kwestie z tą recenzją immanentnie związane. Słowa “immanentnie” używam specjalnie. Poniekąd ironicznie. Bo lubię takie słowa. Słowa, których znaczenie jest mało komu dziś znane, słowa przez mało kogo używane. To w mojej perspektywie łączy mnie duchowo z Charlie Kaufmanem…

Bo Może pora z tym skończyć jest poniekąd obrazem właśnie o tym. O niemożności bycia kimś innym  niż się jest. O immanentnej potrzebie bycia sobą zawsze, nawet jeżeli nie jest to możliwe („bo co ludzie powiedzą”?). A może nawet o takiej życiowej konieczności(?)… Jak i o tym jak cholernie trudno jest to zrobić nie tylko “w parze” ale w ogóle w życiu. Jak to jest być sobą, a przy tym stale sobie i wszystkiemu co nas dotyczy zadawać pytania? Stale być w procesie, tegoż procesu świadomym? W zasadzie – dla mnie osobiście – Może pora z tym skończyć to intelektualny fresk – rzucony niczym film z rzutnika na ścianę, na którym można zobaczyć projekcję tego co może nękać ludzki umysł zastanawiający się nad trajektorią swego losu, czy też podróży przez życie, na przykładzie głównych bohaterów. O uniwersalizmie Może pora z tym skończyć – decyduje moim zdaniem perspektywa, jaką przyjął Kaufman. Wydaje się nam, że przesuwamy się przez kolejne etapy swojej egzystencji mocą naszej woli i według własnych życzeń. Podczas gdy – jak stwierdza w pewnym momencie Ona – bohaterka – tzw. życie to raczej coś, co z nami wyczynia to co chce, podczas gdy my jako tacy stanowimy jedynie nieruchomy jego punkt. Zamknięty w ramach rozpostartych od dnia naszych narodzin aż do śmierci…

Jak być na co dzień – kiedy jest się świadomym tego, że nasze “bycie” zawiera w sobie zarówno to co było, co jest i co będzie? A każdy z tych obszarów jest jakże często bardziej sumą naszych wyobrażeń, interpretacji i subiektywnie filtrowanych wspomnień, a nie faktów. Jak to unieść, jak to ugryźć. Jak z tym funkcjonować? I czy w ogóle żyć i po co? Skoro każde życie kończy się śmiercią… A po drodze czekają nas często rzeczy i sprawy, które są tak bardzo smutnie dojmujące, jak choroby, niedołęstwo, uwiąd ciała i umysłu. Sczeźnięcie naszych marzeń. I Iluzji. Kołowanie stale wokół tego czym mogliśmy być, a nie jesteśmy. Brak satysfakcji z tego kim się finalnie staliśmy. Stałe owijanie się (choćby jedynie w myślach) wokół możliwości. Potencjałów. Spraw zaprzepaszczonych, niezrealizowanych. Wokół siebie samych w rejestrach co najmniej trzech, zwanych tym co było, tym co jest i tym co będzie…

I jak uniknąć będąc człowiekiem zadającym sobie stale pytania mentalnej pułapki, z cyklu “co by było gdyby”?…

A przede wszystkim, przede wszystkim jest Może pora z tym skończyć swego rodzaju filozoficzną rozprawą nad tym wszystkim, co Kaufmana zajmuje od zawsze najbardziej. Czyli refleksją nad tym jak bardzo nasze jednostkowe życie jest zespolone z życiem innych w swego rodzaju panoptikum.…

*   *   *

Pora na konkluzję – bez konkluzji 😉 Może pora z tym skończyć jest jednym z tych filmów, które zaliczam do grupy “mózgojebów”. Pardon my French. I piszę o tym tak grubo specjalnie bo nie zdarzyło mi się aby coś mnie tak intelektualnie trzepnęło – od lat. Podniecona byłam bowiem do tego tytułu od dawna, niczym dzieciak na kinderbal. A okazało się, kiedy do niego zasiadłam jakoś ledwie dzień po premierze, że po godzinie oglądania miałam poczucie, że mnie całkowicie przerósł w natłoku pytań, refleksji – jakie we mnie budził. Że jest dla mnie tak mocnym intelektualnie ciosem, tak silnym kopem w to wszystko, o czym raz po raz myślę w bezsenne noce, że nie dźwignę całości. Rozłożyłam go zatem na raty (co mi się praktycznie nie zdarza). Bo świdrowanie mojego mózgu przez Może pora z tym skończyć nie chciało ustać…

Bo – napiszę to najprościej jak się da – Może pora z tym skończyć – to jest jedno z najbardziej dojmujących i trudnych pytań jakie sobie zadajemy jako przedstawiciele naszego gatunku. I myślę, że Charlie Kaufman, którego mam za reżysera – intelektualistę co się zowie –  doskonale wiedział co robił, kiedy zabrał się za przedstawianie tej historii. I nadał jej ten tytuł…

Bo, my ludzie “nie umiemy w kończenie”. Umiemy głównie w zaczynanie. I wyobrażenia oraz fantazje i marzenia na temat tego, że kolejne początki gdzieś zawsze na nas czekają. I zawsze zaprowadzą nas do lepszej rzeczywistości. Jakże często mamy wizję tego jak to wszystko czym dziś jesteśmy, już zaraz, “za rogiem” będzie dla nas czymś innym niż jest. I że właśnie dla nas (choć z jakich to niby racjonalnie rzecz ujmując powodów – nie wie nikt) los przygotował jakiś szczególny, promocyjny pakiet, w którym kolejne “może pora z tym skończyć” zaprowadzi nas do raju. Samych pięknych chwil, które trwają wiecznie…

I dlatego jesteśmy jako jednostki oraz jako zbiorowość wciąż tak samo od tysiącleci tymi, którzy podlegając tym samym prawom natury co zwierzęta, znacznie bardziej od nich nieszczęśliwi i niepogodzeni z losem. Uwikłani w trajektorie czasu, którego nawet nie umiemy ogarnąć naszym rozumem. Rozpostarci na continuum niby to prostym: “przeszłość”; “teraźniejszość”; “przyszłość”. Ale jednocześnie stale dla siebie nierealni i nielinearni w każdej z nich. Umocowani niby to w teraźniejszości ale stale ją kwestionujący pytaniami o jej “zakończenie”. I stale referujący do tego, co z nami było kiedyś. Tylko my bowiem jako gatunek wierzymy w to, że zmiana tego co jest teraz odwróci bieg rzeczy ostatecznych. Zmieni nasz los. Uczyni naszą przyszłość diametralnie inną. A z pewnością lepszą. Tak jakby jej (jakiejkolwiek jej wersji) nie miał nadejść koniec. Bo to, że wraz z każdym wydaniem swego życia (realnym czy urojonym) – tak czy siak mamy swój kres – wypieramy…

Tak. Może pora tym skończyć to film, który jak pisałam we wstępie – nie jest o tym, co się w nim dzieje, w rozumieniu stereotypowym czyli “akcji”. Ona jest, ale jest tak umowną konwencją, że dość szybko dociera do nas, że mogłaby być zobrazowana i opowiedziana na dziesiątki innych sposobów. Bo to nie akcja a myśl ludzka się w tym filmie liczy najbardziej!

Może pora z tym skończyć to obraz w obrazie – także filmowo. Szkatułka w pudełku. A ono w wielkim pudle… A pomimo tropów i podpowiedzi – i tak znajdziemy w nim tylko to, co chcemy tam znaleźć… I będzie to dla każdego co innego. Dla niektórych – nic. A dla niektórych pole do refleksji tak wielkie, że aż przygnębiające…

Ps. Recenzje tę napisałam po dwóch tygodniach od obejrzenia Może pora z tym skończyć. I zajęło mi to dwa dni. I dalej ten film trawię. A to najwyższy komplement jaki może ode mnie otrzymać dzieło filmowe. Dlatego właśnie tak kocham reżysera Charliego Kaufmana!

You may also like

ARAB BLUES
BABYTEETH
JAK OJCIEC I SYN
MAGNETIC

Skomentuj