30
Kwi
2021
6

NA RAUSZU

NA RAUSZU (Druk). Reż. Thomas Vinterberg; Scen. Thomas Vinterberg & Tobias Lindholm; Wyk. Mads Mikkelsen, Thomas Bo Larsen, Magnus Millang, Lars Lanthe, Maria Bonnevie, Dania, 2020

NA RAUSZU to arcywspaniały powrót filmowy duetu artystów: reżysera i aktora, których kooperacja przynosi efekty olśniewające! Tym razem, z godną najwyższego podziwu maestrią, zmierzyli się z niełatwym, wciąż będącym niewygodnym społecznie zagadnieniem, jakim jest “alkohol w życiu człowieka”. Filmem Na rauszu Vinterberg po raz kolejny udowadnia swój reżyserski kunszt. Oraz znamienną dla siebie umiejętność opowiadania o ludzkiej kondycji, jej złożoności – w pozbawiony moralizatorstwa i patosu, a jednocześnie przenikliwy sposób. Tym razem, także, dokładając do nich warstwę czułości i poczucia humoru, które nie jest ironią. Chapeu bas!

Thomas Vinterberg jest moi ulubionym duńskim reżyserem. Od dawna, a konkretnie od czasu, kiedy obejrzałam “Festen” (1998). Podkreślam to szczególnie, także dlatego, że z całego ruchu / manifestu artystycznego Dogma, której Vinterberg był jednym z ważnych “ojców założycieli” – dzisiaj, po ćwierćwieczu od jego powstania widać wyraźnie, że czas nie stępił w nim do cna młodzieńczych ideałów. Naczelnym credo Dogmy było: „Kino to człowiek wobec samego siebie, a nie tylko aktor przed kamerą”. I choć od czasu podpisania tej deklaracji, Vinterberg wychodząc od kina art-housowego, coraz śmielej zaczął kroczyć ku terenom bliższym mainstreamowi i zdaje się już być od doktryn Dogmy bardzo daleko (zwłaszcza tych, rozumianych jako “technika robienia filmów”) – zacytowane motto – wciąż w jego pracach znajduję. I stale i zawsze porusza mnie to najbardziej! Choć przecież wybitne “Polowanie” od “Z dala od zgiełku” zdaje się dzielić wszystko…

*   *   *

O Madsie Mikkelsenie – nota bene aktorze, którego ubóstwiam! – mawia się, że jest zarówno cesarzem duńskich aktorów, jak i że jest Muzą Thomasa Vinterberga. Słowa “muza” używam specjalnie, gdyż nie ma on swojego odpowiednika męskiego w żadnym nowożytnym języku. No, cóż, dywagacje na temat tego, czemu tak jest – to osobny temat. Wracając do pojęcia “muza” oraz reżysera obrazu Na Rauszu – tak właśnie jest w tym przypadku. Vinterberg swój drugi, najbardziej nagradzany obraz zrobił właśnie z tym aktorem w roli głównej, mając tego właśnie aktora na myśli od początku pracy nad filmem. I szczerze – zupełnie mu się nie dziwię. Bo Mads Mikkelsen jest tym rodzajem aktora, który każdemu reżyserowi jest w stanie dać wszystko to, o czym tenże mógłby sobie jedynie zamarzyć. Jest wcieleniem napisanej postaci. To rzadka rzadkość. Tak to z muzami już jest…

Zanim pandemia zamknęła podwoje kin w Polsce ponownie, Na rauszu przez chwilę był pokazywany na pokazach przedpremierowych. I wszyscy, którzy ten film wtedy obejrzeli wiedzą to, o czym teraz piszę. Mads Mikkelsen po raz kolejny poniekąd “zrobił” Vinterbergowi film. Taka prawda. Nie chciałabym, rzecz jasna, aby to, co napisałam wypadło jako umniejszanie talentów reżysera. Co to, to nie! Ale w przypadku Na rauszu jest bardzo trudno oddzielić talent i zdolności jednego od drugiego. Bo, poniekąd, obraz ten jest dlatego tak wspaniały, że pracowali razem, że się doskonale rozumieją, że wiedzą jak ze sobą kooperować. Etc.

Pogląd ten, jak sadzę, podziela cały świat. Bo triumf Na rauszu zaczął się w zeszłym roku. Liczba wygranych najważniejszych nagród filmowych zarówno dla Vinterberga, jak i Mikkelsena (m.in nagroda Cezara, BAFTA; na MFF w San Sebastian, w Londynie, Europejska Nagroda Filmowa) – łącznie ze świeżo otrzymanym Oscarem za najlepszy film międzynarodowy – robi wrażenie. Ale, co tam nagrody 😉 Na rauszu jest obrazem, który przede wszystkim kochają widzowie! A nie tylko krytycy filmowi lub też gremia festiwalowe i jury tego i owego. A ta “nagroda” – jak wszyscy filmowcy tego świata wiedzą najlepiej – jest bezcenna 🙂

*    *    *

Druk – oryginalny tytuł tego filmu w języku duńskim oznacza “picie do dna / do upadłego”. Na rynku amerykańskim obraz Vinterberga dostał tytuł “Another round” (“następna kolejka”), na francuskim plakacie, promującym film przed zeszłorocznym MFF w Cannes widnieje zaś “Drunk” (“Pijany” / Pijani”)…Sądzę, że domyślacie się dokąd zmierzam z tą dygresją…

Na rauszu to bardzo dobry tytuł na polski rynek. Bo każdy Polak wie, co oznacza “być na rauszu”. Ale kiedy jest się “na rauszu” – towarzyszące temu uczucia, emocje, doznania, refleksje, percepcja świata – nie dla każdego znaczą to samo. Nie to samo dają. I nie tym samym owocują. I to właśnie jest samej rzeczy sedno, jeżeli chodzi o to, czym się zarówno prawie że dokumentalnie, liryczno-melancholijnie, jak i zabawnie, a miejscami śmiertelnie poważnie zajmuje Vinterberg w swoim ostatnim dziele.

Każdy, kto choć trochę nie siedzi pod kamieniem i interesują go inne kultury, świat i ludzie go zamieszkujący wie, że Skandynawowie słyną z tego, że potrafią łoić alko do upadłego. Co prawda “Polak i Duńczyk to nie dwa bratanki”, ale jakby popatrzeć z tej strony, to jakoś wydaje mi się, że wielu naszych rodaków by się z Duńczykami „odnalazło” w pierwszym lepszym barze, lub na bibce – że hej!…

Ale Thomas Vinterberg jest zbyt inteligentnym, wrażliwym i zmyślnym reżyserem, by się udawać w rejestry filmowej opowieści, która miałaby za cel przedstawiać kwestie tak ważką społecznie, jaką jest “spożycie” w sposób sztampowy. Zatem Na rauszu zaskakuje narracyjnie już od samego początku. Od pomysłu wyjściowego na tę opowieść. I wielka to zasługa w tej materii współscenarzysty tego obrazu Tobiasa Lidholma, kolejnego ulubionego kooperanta reżysera (to on napisał doskonały scenariusz “Polowania”).

Zatem, bohaterami swojej najnowszej opowieści Vinterberg uczynił czterech kolegów, facetów w tzw. średnim wieku. Nauczycieli w liceum, dodajmy. Kiedy ich poznajemy, każdy z nich ma inne życie prywatne, inne sprawy, które zajmują go najbardziej. Ale, poza długoletnim kumplostwem, jest coś jeszcze co ich łączy: poczucie bliżej nieokreślonej życiowej dyssatysfakcji. Jakiś rodzaj marazmu. Wrażenie utkwienia w miejscu, popadnięcia w rutynę, zastania się. Każdy z nich, zarówno przed sobą samym, jak i całym światem udaje lepiej lub gorzej, że jest z nim OK. Ale, raczej, lepiej byłoby powiedzieć, że wszyscy, na swój sposób starają się wypierać ze świadomości poczucie życiowego niespełnienia. I frustracji. Tym, kim chcieli być (a nie są), o czym marzyli (ale nic z tego nie wyszło), co pragnęli osiągnąć (ale się nie udało), jakie mieli mieć życie (a realnie mają)…

Ale! Hej! Mógłby zakrzyknąć ktoś. Przecież ich życie jest bardzo OK! Mieszkają sobie w bogatej i “bezkonfliktowej” Danii. Mają prace, dobrze płatną, a napewno na tyle, że starcza im na godziwe życie. Itp. Itd.

Ale, ale, ale… No właśnie. DLACZEGO ludzie sięgają po alkohol? Dlaczego ludzie go piją. Po co? Vinterberg wie, jak każdy pozbawiony nawisów demagogii, myślący człowiek, że odpowiedź na to pytanie nie jest ani jednoznaczna, ani prosta. A jeżeli dałoby się jakoś ją uprościć, to jedynie sprowadzając do tak nieprostego stwierdzenia, że każdy człowiek, który się “upija” robi to z własnych, indywidualnych powodów, i de facto daje mu to bardzo osobiste, bardzo indywidualne “satysfakcje” i “gratyfikacje”. A na pewno patrzy na to zagadnienie w ten sposób psychologia. Na tym polega “magia” tzw. używek (wszelkich, dodajmy)…

*    *   *

Główny bohater Na rauszu Martin (fenomenalnie kreowany przez Madsa Mikkelsena, ale cóż można napisać o tym wspaniałym aktorze, jak nie to?) to nauczyciel historii. Mieszka miło i wygodnie, ma uroczą żonę Anike (Maria Bonnevie) oraz fajne dzieciaki. Ale nie wydaje się być człowiekiem ani zadowolonym, ani spełnionym. Martin to typ “wzorowego obywatela”. Nawet kiedy wypije jedno małe piwo, nie wsiada za kierownicę. Grzeczny, miły, bezkonfliktowy, od początku zdaje się nam lekko jakby przygaszony i wycofany do wewnątrz.

Tommy (kolejny raz po “Festen” występujący u Vinterberga Thomas Bo Larsen) – nauczyciel wuefu – mieszka sam. Coś nie poszło w jego życiu prywatnym. Kiedyś, dawno temu. Ale, cóż, c’est la vie. Odbębnia swoje lekcje z uczniami na boisku i w szkolnej sali gimnastycznej. Nikt mu nie ma nigdy nic do zarzucenia. Zwykły gość. Ale, jak to w skandynawskim kinie bywa, możemy się jednak domyślać, że pod tymi pozorami, pod tą fasadką, w trenerze, który jednak ma w swojej domowej lodówce zawsze więcej niż jedną buteleczkę piwa Tuborg i nigdy nikomu nie odmówił chlapnięcia następnej – coś jednak siedzi…

Peter (Lars Ranthe), z kolei, nieśmiały, ulizany, fizycznie przypominający skromnego gminnego urzędnika uczy w liceum śpiewu, a raczej jest odpowiedzialny za prowadzenie szkolnego chóru. On także, na pierwszy rzut oka jest miłym panem nauczycielem, który w szkolnej społeczności jawi się jako zwykły, nudny profesorek. I tyle.

No i jest jeszcze, najmłodszy z nich wiekiem Nikolaj, nauczyciel psychologii (Magnus Millang), mąż bardzo bogatej żony i ojciec małych dzieci. Z nich wszystkich wydaje się być najbardziej energiczny, jakiś taki bardziej od swoich najlepszych kumpli pełen pogody ducha i życiowej ikry. Ale jednak coś w nim stale nerwowo buzuje. Ale co i dlaczego?

*   *   *

Poznajemy ich wszystkich na kolacji w knajpie, spędzanej w wąskim gronie, jak to bywa między najlepszymi kumplami. Wyszli na miasto, by pogadać, pobyć ze sobą jedynie, poza kontekstem: szkolnym, codziennym, rodzinnym. No i fajnie. Kolacja jest pyszna, atmosfera sympatyczna. Do potraw wjeżdżają na stół kolejne, dobrane przez sommeliera wina, potem inne alkohole. Ach, jak fajnie jest im razem! Jak miło jest gadać, być takim wyluzowanym, w gronie lubianych osób, do których ma się zaufanie. Które nie oceniają, nie wartościują. Darzą nas sympatią “za nic”, tzn. za to, że jesteśmy kim jesteśmy. Wspaniałe uczucie!

Jak już wspominałam, w centrum narracji Na rauszu jest Martin. To jego miła w obejściu, łagodna, ale najbardziej z wszystkich kolegów przygaszona osoba prowokuje w Nikolaju pytania. Zrazu zdają się być tylko zwykłymi, kumpelskimi “zaczepkami”. Ale niedługo potem, Nikolajowi udaje się zainteresować bardziej swoich kolegów teorią pewnego norweskiego psychologa. Otóż, według niej, ludzki organizm jest “naturalnie” w stanie stałej deprywacji, z powodu zbyt niskiego stężenia alkoholu we krwi. Jak głosi jego teza zawartość 0,5 promila zapewnia naszemu gatunkowi optimum: fizyczne i psychiczne.

Ten świetny zabieg scenariuszowy został w Na rauszu wykorzystany do tego, aby się pochylić nad kwestią zasadniczą – czyli tym, po co ludzie pija alkohol, co im on daje. A finalnie nad pytaniem o to, czy “alkohol to zło” czy może jednak (o czym nie lubimy myśleć) alkohol jest jedynie substancją – substytutem, którego zwodnicza i podstępna natura polega na tym, że dopiero, kiedy go “nadużywamy” objawia nam w brzydki sposób nasze braki, słabości i niemożności…

*    *   *

To, co zaczyna się od eksperymentu, racjonalizowanego jako “naukowy” (wszak wszyscy bohaterowie to “akademicy”) – dość szybko okazuje się być czymś, co wymyka się spod kontroli. W obliczu, jakże spektakularnych wyników, czytaj przemian jakie zachodzą w bohaterach pod wpływem wpierw całkowicie kontrolowanego poziomu alkoholu we krwi, nie przekraczającego magicznej granicy 0,5 promila – wszyscy zaczynaja ją wpierw naginać, a potem już (w ukryciu) łamać…

Czy zatem jest Na rauszu filmem, który zmierza od nut pogodno-komediowych do hardcoru i pełnokrwistego dramatu? Na to pytanie, odpowiadam: i tak, i nie.

W znaczeniu takim, że Vinterberg nie twierdzi, że przy pewnym stężeniu alkoholu we krwi kończy się to wszystko, co było do poziomu 0,5 promila. Owszem – kończy się: miłe uczucie odprężenia w ciele, poczucie swobody i luzu w kontaktach z innymi. Zwiększona pewność siebie, kreatywność, radości i satysfakcje, które wcześniej gdzieś umykały. A zaczyna równia pochyła. Ale nie o niej jest ten film w swoim sednie…

Zatem o czym jest Na rauszu? Na to pytanie mogę odpowiedzieć tylko za siebie. Tak jak tylko za siebie – mogłabym odpowiedzieć na pytanie dlaczego pije alkohol i co mi on daje – gdyby to był tekst o tym.

W mojej opinii Na rauszu jest filmem – pytaniem. Czy też filmem – esejem – refleksją na temat. Obrazem wspaniałym, fenomenalnie przemyślanym, bardzo inteligentnym w swej przenikliwości i realizacyjnym kunszcie. Bo niejednoznacznym! I dlatego (choćby) całkowicie słusznie uhonorowanym tak wieloma najważniejszymi nagrodami filmowymi.

Alkohol stanowi w nim raczej metaforę i symbol. A “progowe”, eksperymentalne 0,5 promila we krwi rodzaj “papierka lakmusowego”. Dla tego wszystkiego, o czym film ten jest w moim odczuciu w swoim sednie, założeniu, u swych – refleksyjnych – podstaw. A jest to film w zasadzie o charakterze “egzystencjalnym”, czyli o indywidualnym, jednostkowym poszukiwaniu przez człowieka znaczenia, sensu i radości (z) życia. Co nie powinno dziwić, zważywszy na to, że Vinterberg od początku swej kariery mocno pokazywał, że wierzy w sztukę z zacięciem intelektualnym. No, a jak wiadomo z Danii pochodził filozof Søren Kierkegaard…

Na rauszu to dla mnie kino, któremu (paradoksalnie) bliżej do rejestrów, w których z kocią gracją porusza się całkiem “południowy” Paolo Sorrentino, niż na przykład “północnie zimny” szwedzki twórca: Ruben Östlund. To nie pozbawiona czułości, bardzo humanistyczna w swym przekazie próba opowiedzenia o tym, że życie ludzkie z biegiem lat zaczyna być coraz bardziej jakimś stanem deprywacji. Dzieje się tak z różnych powodów, przyczyn, na różne sposoby. Czasami dzięki innym, losowi, czasami bo nie umiemy o to by było “pełne” zadbać, bo się nam nie chce, bo nie potrafimy. Tych powodów i ich kombinacji jest nieskończona liczba. I tylko my sami, o ile będziemy chcieli – możemy tę lukę, to umykanie “zapełnić”.

Każdy ma inny poziom deprywacji w sobie. Każdemu potrzebny jest inny “promil” do poczucia sensu życia, joie de vivre. Do uczucia, że “żyje na ful”. I że życie, które ma jest świetne. I że warto żyć z poczuciem, że my sami mamy wszelki potencjał ku temu by z jego blasków czerpać. Cieszyć się relacjami z bliskimi ludźmi. Doceniać ich obecność. Ale dla każdego może to wszystko być (i często bywa) czym innym.

Alkohol i poziom jego zawartości we krwi ma z tym tyle wspólnego, że jest jedynie symbolem dokładnie tego, że zarówno “zdecydowanie za mało”, jak i “za dużo” to wektory wyznaczające poczucie życiowego balansu, równowagi. Kiedy czegoś nam bardzo brak – cierpimy, zapadamy się sobie, nie potrafimy wykorzystać dobrze całego naszego potencjału do tego by cieszyć się naszym “tu i teraz”. Kiedy jest za dużo z kolei, najczęściej “głupiejemy” nie potrafiąc sobie z tym dobrze poradzić, nie umiejąc znaleźć proporcji. Miotamy się. Tracimy wewnętrzna równowagę.

A chodzi o to, żeby ją złapać. I to w porę. Uchwycić ten moment, sedno tego czym nasza radość życia jest, może czy powinna być. Dla nas samych. By umieć powiedzieć sobie – wybieram to. Bo tego chcę. Mogę. Bo to lubię. Bo mi to sprawia frajdę. A nie muszę, bo…

Ps. Tak też odbieram scenę, w której Mikkelsen tańczy. Scenę, która zjednała temu filmowi wszystkie achy i ochy jego widzów (co nie dziwne, bo jest to scena mistrzowska!)

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu NA RAUSZU na rynku polskim: Best Film

You may also like

CZEGO NAUCZYŁA MNIE OŚMIORNICA
SLALOM
OSIEROCONY BROOKLYN
SOUND OF METAL

Skomentuj