6
sty
2022
19

NIE PATRZ W GÓRĘ

NIE PATRZ W GÓRĘ (Don’t Look Up), Scen: Adam McKay & David Sirota; Wyk. Leonardo DiCaprio, Jennifer Lawrence, Meryl Streep, Cate Blanchett, Mark Rylance, Jonah Hill, Rob Morgan, Timothée Chalamet, Melanie Lynskey, USA, 2021, Produkcja oryginalna Netflix

Prawda często boli! A w tym przypadku bardzo… W szyderczej komedii NIE PATRZ W GÓRĘ jako przedstawiciele gatunku homo sapiens wypadamy tak żałośnie i karykaturalnie, że nie da się tego “odzobaczyć”. Jej czarny jak smoła humor, miejscami histerycznie zabawny może przynosić radochę jedynie wtedy, kiedy bierze się go całkowicie bezrefleksyjnie, a nie w myśl zasady “z czego się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!” … A dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że Nie patrz w górę to dzieło nie tylko doskonałego reżysera, ale przede wszystkim twórcy filmowego, który jest b r y l a n t o w y m scenarzystą! Chapeu bas Mr. Adam McKay. Chapeu bas!

Adam McKay jest jednym z (nie tak znowu licznych) amerykańskich twórców filmowych, który sukcesy odnosi od dość dawna w tzw. trójpolówce. Jest zarówno doskonałym scenarzystą, producentem, jak i reżyserem filmowym. Swoich sił próbował także jako aktor komediowy, ale tu akurat sobie “odpuścił”. Ja osobiście uważam, że słusznie. Świetnych aktorów jest bardzo dużo, zaś świetnych scenarzystów znacznie mniej…

“The Big short” (2015) nagrodzony Oscarem oraz Bafta – opowiadający o podstawach zapaści całego światowego rynku finansowego w roku 2008, a u którego podstaw stały machloje bankowe i giełdowe, związane z kredytami hipotecznymi w USA – mnie dosłownie wy*** z butów. To był pierwszy film jaki widziałam w życiu, w którym kulisy funkcjonowania systemu, w jakim wszyscy żyjemy zostały przedstawione na sposób tak bardzo brutalnie cyniczny, i bez owijania w bawełnę, a jednocześnie bardzo przystępny w obróbce intelektualnej dla ludzi, dla których pojęcia takie jak “swap” czy “rating” brzmią mniej więcej tak samo jak “abra” i “kadabra”.

Tym filmem Adam McKay nie zostawił cienia złudzeń co do tego jak funkcjonuje (nie tylko amerykański) kapitalizm. Największy wpier*** dostaje (zawsze) i głównie tzw. zwykły obywatel…

Czy świat finansjery stał się “lepszy” i bardziej „etyczny” od powstania tego dzieła? Czy ludzie “zmądrzeli” w swoich opiniach co do prywatnych decyzji finansowych? Czy może wciąż żyłują się na całożyciowe kredyty, na które ich nie stać, ale które za to pozwolą im mieć tzw. status…

W 2018 roku McKay zrobił fenomenalny film „Vice” (8 nominacji do Oscara, 6 do Bafta). Tym razem o kulisach władzy na samych jej szczytach, w Waszyngtonie, biorąc pod lupę administrację Białego Domu za czasów Prezydenta Busha i jego “szarą eminencję” – niejakiego Dicka Cheneya…

Czy miało to realny wpływ na to jak głosują, na kogo głosują, czym się kierują ludzie na świecie, kiedy decydują o tym, kto i z jakich pobudek będzie zawiadywał ich życiem w danym państwie?…

I choć oba te filmy mogę śmiało nazwać takimi, które w moim mniemaniu nawet najbardziej opornym mentalnie powinny otworzyć “klapki na oczach” i skłonić do refleksji nie tylko nad światem, ale przede wszystkim nad własnymi działaniami w tymże świecie w zakresie własnych małych kroków ku jego “uzdrowieniu” – jak widać – niestety nic się takiego na skalę globalną nie stało. A raczej, że tak to ujmę – tendencja jest “przeciwna”…

W tym miejscu podzielę się z Wami dygresją osobistą, zwaną refleksją i będzie ona bardzo nieprzyjemna. W świecie, który zaludnia obecnie bez mała osiem miliardów ludzi nie ma już moim zdaniem żadnej, ale to żadnej innej możliwości poprawy stanu funkcjonowania planety ziemia jako systemu – niż małe, ale za to ś w i a d o m e kroczki, każdego z nas. Być może i to nie pomoże (ykhm), ale za to sumienie będzie czyste… Niektórych z Was ta opinia oburzy, są z pewnością tacy, którzy się z nią nie będą zgadzać. Trudno. Szczerość ma swoją cenę. Nie podejmując personalnych wyborów co do odmowy aktywnego uczestniczenia w świecie, który jest oparty na jednej naczelnej zasadzie: ssania naszej kasy (nawet jak jest ona relatywnie mała), ale pomnożona przez liczbę ludzi zamieszkujących ziemski glob “robi robotę” – będziemy dalej jedynie wspierać to, w czym wszyscy siedzimy, a jest to słowo zaczynające się na literkę G. Obecnie siedzimy już w nim po szyję…

I w tym kontekście – jeżeli chodzi o moje zdanie – z jakichkolwiek pobudek tzw. grzech zaniechania wynika – in the end of the day, jak mawiają Amerykanie – nie ma to znaczenia. Bo niczego nie zmienia…

Nie jestem bez winy. I nie rzucam kamieniem. Moje wściekłe pisanie wynika głównie z tego, że jestem tego samego zdania co reżyser Nie patrz w górę – kiedy myślę o świecie, w jakim przyszło mi uczestniczyć (i z którego, z której strony bym nie patrzyła – nie widzę ucieczki). Podpisuję się pod jego totalnym sfrustrowaniem. Ale wierzcie mi kur***, że chciałabym nie! Na swój sposób, zadając sobie stale (a wymaga to jednak czasu i wysiłku) pytania, o wszystko co ważne dla mojego funkcjonowania w świecie, w którym jak każda jednostka chcę nie tylko przeżyć, ale “ugrać coś dla siebie”. Tego zmienić się nie da. Można jedynie próbować zmienić “przekładnie wajchy”. I dokonywać na tyle na ile umiemy świadomych wyborów, starać się trzymać wartości: tych trwałych, tych, które nie są czysto egotyczne, które nie kończą się na czubku własnego nosa. Tych, które dają mniej w znaczeniu: “sukces” i “hajs”, a więcej w znaczeniu jakość życia, jakość relacji z innymi ludźmi, a finalnie jakość funkcjonowania mikro eko-systemu, w jakim żyjemy…

W tym miejscu muszę się podzielić z Wami kolejną refleksją. Tak bywam sfrustrowana, czasami bardzo, najbardziej wtedy kiedy po napisaniu tekstu, nad którym spędziłam czasami kilkadziesiąt godzin – nie ma żadnego odzewu. Tak, wielokrotnie myślałam o tym żeby to rzucić. Zadawałam sobie już tysiąc razy pytanie o to, że skoro od sześciu lat klepiąc w klawiaturę po nocach, w tzw. czasie wolnym, starając się pisać o wartościowych i ważnych wytworach kultury, zachęcać do refleksji, inspirować – „nie odniosłam sukcesu” i nie jestem w stanie z prowadzenia bloga zapłacić nawet czynszu za mieszkanie, nie wspominając o super duper blogerskim żywocie – to czy jestem “nieudacznikiem”? STARAM się nim nie czuć! I na tym polu mam znacznie większe sukcesy 🙂 (to akurat pocieszające)…

Ale znoszenie tego ze stoickim spokojem nie jest łatwe. Zupełnie nie jest.

Psychiczne status quo nie przyszło do mnie samo. Zawdzięczam go: setkom godzin terapii, pracy nad sobą, budowaniu i podtrzymywaniu relacji jedynie z tymi ludźmi, którzy mnie wspierają. Szanują. Uważają, że to co robię ma sens. I dają temu wyraz. A przede wszystkim temu, że “przełożyłam wajchę” w mojej własnej głowie. I gratyfikacje emocjonalne nauczyłam się czerpać skądinąd…

*    *    *

Kto odpowiada za to, że najbardziej popularne (a tym samym dochodowe) są „postaci medialne”, portale, blogi, konta na Instagramie, Twitterze oraz Tik Toku, filmy, kanały na Youtube, seriale oraz programy TV, których poziom intelektualny szoruje dno?

Ale i tak najważniejszym pytaniem jest pytanie o to: kto to wszystko zrobił? Dlaczego? Po co? I komu to służy?

Jak się ma wiedzę, że McKay jest współscenarzystą, reżyserem kilku odcinków, a przede wszystkim producentem serialu „Sukcesja” – pytanie to samo grzęźnie w ustach…

Najnowszy film Adam’a McKay’a Nie patrz w górę, jest pierwszy raz w jego przypadku wyprodukowany przez mogula streamingu: Netflix. Być może jestem naiwna (to możliwe bo jestem idealistką w głębi serca), ale wierzę, że dlatego, że nie jest to podyktowane jedynie tym, że Adam McKay chce po prostu więcej zarobić (ma bardzo dużo pieniędzy). Ale tym, że wie, że jego film ma szansę dotrzeć do większej liczby widzów (zwłaszcza, że powstawał w czasach pandemicznych) właśnie w streamingu niż w kinach. A McKay wciąż ma ambicje być reżyserem, który nie tylko ma coś ważnego swoimi filmami do powiedzenia. Ba! Chce ludźmi wstrząsnąć, chce nas wszystkich “otrzeźwić”…

I jeżeli mam być szczera – za to właśnie, nawet bardziej niż za całkowicie obiektywne wspaniałe umiejętności filmowe, bo filmowcem McKay jest doskonałym – cenię go i szanuję jak stąd do księżyca! Chapeu bas Mr. McKay! Chapeu bas!

Kończąc ten bardzo przydługi wstęp posłużę się cytatem. Pochodzi z filmu “The Big short” (bon moty i cytaty z tzw. mądrych głów wplatane w narracje filmów to jego – obecnie mocno już kojarzony przez wszystkich kinofilów – znak rozpoznawczy)

Prawda jest jak poezja. Większość ludzi jej nienawidzi – podsłuchane w barze w Waszyngtonie…

Od siebie dodam, że przetrzepałam na social mediach po obejrzeniu Nie patrz w górę wszystkie najważniejsze polskie portale filmowe, pod kątem, który interesuje mnie zawsze najbardziej czyli KOMENTARZY, a nie tego co tam napisał(a) recenzent(ka) X czy Z.

I serdecznie Wam polecam tego typu zajęcie, aczkolwiek nie należy ono do grupy “miło spędzony czas” (szloch).

Polska to mały kraik, niecałe 40 milionów ludzików. W USA jest prawie 10 razy więcej.

Jeżeli zadalibyście sobie trud spojrzenia na proporcje komentarzy pozytywnych, w których widać jednak jakiś cień namysłu intelektualnego (porzucam wredne uwagi o błędach ortograficznych i składni językowej), coś w rodzaju refleksji nad stanem świata i tego czemu jest taki, a nie inny do tych, które w najlepszym wypadku określają Nie patrz w górę jako “nudny”, “głupi”; “nie dotrzymałem do połowy”. Albo są w stylu: “Leoś to jednak się brzydko zestarzał”, “Nie rozumie podniety z tego calego Szalameta, wogle nie jest meski i ladny i zawsze gra tak samo” – to zrozumiecie, że jako gatunek osiągnęliśmy stan, w którym staliśmy się kometą zagłady, i niebawem sami i to bez niczyjej „pomocy” wystrzelimy się w kosmos niebytu…

*    *    *

“Złe wiadomości lubimy przedstawiać lekko” twierdzi Jack Bremmer (Tyler Perry), który razem z oszałamiająco atrakcyjną, a jak się dowiemy także niezwykle wykształconą, oczytaną i bystrą Brie (jak zawsze świetna Cate Blanchett) prowadzą program w jednej z najbardziej popularnych amerykańskich stacji TV. Czy to ludzie głupi? Naiwni? Nie, na pewno nie. Po prostu robią w mediach i media, jakich chce od nich ich pracodawca. Mediami rządzą słupki oglądalności, a za te słupki mają klawe życie. A na pewno klawe – finansowo. To wszystko.

Proste – jak konstrukcja cepa.

To do ich programu, upchnięci między “hot news” o rozstaniu gwiazdy pop z popularnym raperem, informacjami “o dupie Maryni”, a wszystko w myśl zasady, żeby było lekko, “dowcipnie”, a jak już nie da rady to przynajmniej “hot” (tak hot żeby social media płonęły od “podaj dalej”) trafi dwoje naukowców: Dr. Randall Mindy (bardzo dobry Leonardo DiCaprio) oraz doktorantka Kate (świetna Jennifer Lawrence), pracownicy naukowi astronomicznego ośrodka badawczego. Bo tak się akurat złożyło, że doktorantka Kate odkryła podczas żmudnych obserwacji kosmosu kometę o “kubaturze” większej niż Mount Everest, która według wszelkich wyliczeń, wielokrotnie sprawdzanych przez wszystkie autorytety, łącznie z NASA w ciągu około pół roku “spadnie” na ziemię, całkowicie unicestwiając naszą planetę, o ile trajektoria jej lotu nie zostanie zmieniona wielkim wysiłkiem finansowym, za pomocą najbardziej zaawansowanych technologii przez rząd amerykański. Czy też w ogóle przez rządy wszystkich państw świata, bo przecież – co “teoretycznie logiczne” – wszyscy powinni być więcej niż „zainteresowani” aby zapobiec masowej zagładzie gatunku ludzkiego…

Taka “rzecz” to przecież “coś”, co powinno wszystkich, ale to absolutnie wszystkich postawić w stan alarmu, gotowości, być przyczynkiem do tego aby porzucić spory, waśnie i dysputy na temat tego kto ma racje i czyje jest “na wierzchu” tak politycznie, jak i od ludzko (“Po co wasze swary głupie? Wnet i tak zginiemy w zupie. A to feler – westchnął seler” – mówi wam to coś?)…

Ale (jednak) dzieje się coś zupełnie innego. Odkrycie – całkowicie naukowe – potwierdzone i zatrważające staje się przyczynkiem do wielu wydarzeń, a każde będzie bardziej kuriozalnie niedorzeczne od tego, które je poprzedza. Zainteresuje się nim (owszem) amerykański Biały Dom, którym dowodzi Pani Prezydent Orlean (Meryl Streep), jak twierdzą amerykańskie portale filmowe wzorowana na postaci Donalda Trumpa. A która szefem swego biura uczyniła synka – jedynaka (półgłówka co się zowie), gra go Jonah Hill. Ale w zasadzie jedynie po to, aby rozgrywać tę wiedzę na sposób polityczny – czytaj w celu przedłużenia swej kadencji. Czyli tak, aby “katastrofę” zrobić “sukcesem”. Prezydent Orlean jest być może nie całkiem głupia (choć chyba jednak tak), ale przede wszystkim jest polityczką, która politykę rozumie jako coś, co ma być gwarantem jej władzy i własnych przywilejów (nihil novi). A w Ameryce politycy zazwyczaj (od dość dawna) siedzą w kieszeni biznesu, takiego czy innego (jak nie jest to ropa, to jest to broń, a jak nie broń to najnowsze technologie, zgodnie z rozwojem cywilizacji). Prezydent Orlean nie jest w tym przypadku wyjątkiem. Ona akurat siedzi w kieszeni mogula świata cyfrowego, niejakiego Petera Isherwella (doskonały Mark Rylance), “magika” najnowszych technologii cyfrowych, który w swej patologiczno-narcystycznej osobowości – przypomina upiorną postać jaką kreował w “Ex machina” Oscar Isaac. Isherwell ma takie możliwości i tyle pieniędzy, że bada sprawę komety samodzielnie. I dochodzi – co do zagrożenia jakie niesie dla świata – do identycznych wniosków – co świat nauki. Ale, jest jednak małe “ale”. Jak na prawdziwego, kapitalistycznego przedsiębiorcę przystało Isherwell nie jest kimś, kto nie uważa, że w każdej sprawie nie dałoby rady znaleźć jakiegoś “opportunity”, czytaj możliwości zarobienia kasy. Jak twierdzi – przebadany gruntownie naukowo przez zatrudnianych przez niego wybitnych specjalistów – skład komety – czymś takim jest. Jak wylicza, znacznie większy pożytek uzyska z tego, kiedy kometę uda się za pomocą wystrzelonych w nią mini stacji kosmicznych – dronów “pokawałkować”, wtedy jej uderzenie w ziemię nie będzie “śmiercionośne”, a stanie się czymś, co będzie można “opanować”. Zaś on zyska na wydobytych z niej pierwiastkach i metalach rzadkich, których zasoby (wot siurpryza!) tak się składa – są na ziemi – w zasadzie „na wyczerpaniu” – hajsy na rozwój swoich interesów. Tak na oko jakieś kilkanaście bilionów dolców. Czym są jego interesy? Samą wspaniałością! Dzięki nim będzie mógł rozwijać już i tak bardzo zaawansowaną Big Data. Każdy obywatel, który korzysta z jego technologii cyfrowych jest w zasadzie zinwigilowany i prześwietlony do cna… Ale ten rodzaj biznesu nigdy dna nie zna. Po co się zatrzymywać na etapie wiedzy o tym co robi, je, kupuje, z kim kopuluje, jakie ma nałogi i słabości i gdzie bywa obywatel. I wklepywać mu tylko “spersonalizowane” reklamy produktów i usług, które są „konieczne” do jego lepszego funkcjonowania na tym świecie? Skoro można wiedzieć nie tylko na co choruje, będzie chorował, ale nawet na co i kiedy umrze. Zabawa w Boga to ulubiona rozrywka psychopatów z gigantycznymi możliwościami finansowymi i technologicznymi…

*    *    *

Nie będę opisywać dalszych szczegółów i detali fabuły Nie patrz w górę. Byłoby to nudne. I niczemu nie służy. Ten film moim zdaniem trzeba obejrzeć. I tyle. Również dlatego, że doskonale obrazuje to, co robią w dzisiejszym świecie media z ludźmi nauki, reprezentowanymi przez bohaterów granych przez DiCaprio oraz Lawrence. Co wyczyniają ludziom, którzy powinni być słuchani z uwagą. I pokorą. Zamiast tego, są co najwyżej “pionkami w grze”, w której się ich używa po to, aby samemu zabłysnąć, mieć swój własny “fame” a głównie kilkbajty popularności. Nie oszukujmy się że dla niczego więcej niż medialnego rozgłosu i hajsu…

W moim odczuciu Nie patrz w górę doskonale zresztą obrazuje wszystko co najważniejsze, co dotyczy gówna w którym siedzimy po same uszy. Wszyscy. MY. Ci co wierzymy w naukę i ci co wierzą w “ciała astralne”. My, którzy się – jak się nam wydaje – bardzo staramy, albo w ogóle staramy żyć bardziej świadomie, bardziej uważnie, bardziej ekologicznie i pro-społecznie, jak i ci, którzy mają “wszystko w pompie” i “po mnie choćby potop”…

A kto jest temu “winny”? No, tak jakby (ykhm) MY SAMI!

I w zasadzie – właśnie o tym jest dla mnie film Nie patrz w górę, znacznie bardziej niż o tym, że zajmuje się tematyką katastrofy klimatycznej…Którą kto nam zgotował? No, znowu MY SAMI!

Ale jak to? Dlaczego? To niesprawiedliwe! Zawołać mógłby ktoś z Was! Jakie „My”? – Ja osobiście nie mogę się pod tym podpisać, bo przecież “ja jestem Ok”: mam bardzo pro-ekologiczne, pro-społeczne, i w ogóle najwłaściwsze z właściwych poglądy, takie życie nawet prowadzę, jestem wykształcony, oczytany(a), światły(a), to w ogóle nie jest “moja wina”. To wina tych wszystkich zje**nych szurów, z którymi nie mam osobiście nic wspólnego…

To może zacząć należałoby od tego, że historia ludzkości nie zna żadnego przypadku, aby „odcinanie się” mentalne i emocjonalne od części społeczeństwa jakiejkolwiek „elity społeczeństwa” nie zaprowadziło jej do upadku, nie wspominając o rozkwicie i rozwoju… Przecież wszyscy to niby wiemy? To dlaczego MY SAMI (znowu) podzieliliśmy świat na “dobrych”; “racjonalnych”, „pro-społecznych”, „wyznających właściwe wartości”, oraz tych – tam…”innych”. Jakiś oszołomów i innych “debili”, którzy nic z niczego nie rozumieją?…

Nie zastanawiało Was nigdy (bo mnie na przykład tak), jak to się dzieje, że ludzkość – dysponując po raz pierwszy w swojej historii na skalę globalną tak zaawansowanym technologicznie, demokratycznym i łatwo dostępnym (także finansowo) narzędziem jakim jest Internet – nie tylko nie zmądrzała, ale głupieje z dekady na dekadę?

Jeżeli chcecie znać moje zdanie – to uważam, że to MY SAMI, nikt inny – jesteśmy odpowiedzialni (po raz kolejny – w dodatku – bo przecie miało już nigdy do tego nie dojść, nieprawdaż?) za tak drastyczną polaryzację, tak gargantuiczne nierówności, rozwarstwienie kulturalne i intelektualne, i kompletny upadek wartości, które cywilizację człowieka uczyniło największą i najwspanialszą w całym kosmosie w XX wieku. Teraz, owszem, jest to cywilizacja technologii tak zaawansowanych, że ludziom z mojego pokolenia trudno już odnaleźć w dzisiejszym świecie elementy łączące go z tym, w którym przyszli na świat, ale w zasadzie, jeżeli służy to jakimś „większym celom”, lub dla dobra ludzkości, to tak tylko, nieco przy okazji, że tak to ujmę. Bo przede wszystkim służy temu, żeby „panowie innowatorzy” tacy jak Zuckerbeg, czy Bezos mogli zarządzać zatrutym, zdewastowanym i żyjącym na skraju zapaści globem “z tylnego siedzenia”…

Jeżeli wciąż uważasz, czytając ten tekst, że – słowo MY – nie jest właściwym , to zapytam jeszcze raz: kto (jeżeli nie my sami) nam to zrobił? Kosmici?

Pozwoliliśmy na to! Pozwalamy nadal…

Nie żyjemy bowiem już od dość dawna w świecie, w którym można “zwalać winę” na innych, tych “złych” a na siebie patrzeć co dnia w lustereczku z błogim uśmiechem samozadowolenia. Bo b r u t a l n a prawda jest taka, że każdy kto nie robi nic z tym, aby czynnie przeciwstawiać się hucpie, napędza stały transfer kasy mogulom od technologii cyfrowych, mediom bez żadnej intelektualnej wartości i kręgosłupa moralnego, celebrytom, i tzw. influencerom i wszelkim innym bytom, które żyją jak pączki w maśle, w zasadzie – wyłącznie tylko z naszej (nawet jeżeli minutowej uwagi) – jest “współwinny”. Przykro mi, ale tak uważam. Możecie mnie hejtować do woli. Zdania nie zmienię…

A dzieje się tak dlatego, że działamy na bezrefleksyjnych półautomatyzmach, przytłoczeni nadmiarem informacji i zaczadzeni od nadmiaru tzw. contentu (wszelkiej maści), który wsączamy w siebie w zasadzie już na wpół świadomie, niezdolni do jego rzetelnego i intelektualnie pogłębionego ogarnięcia, nawet gdybyśmy się za przeproszeniem zes****.

W kompletnym chaosie, czepiając się jedynie jakiś sobie znanych kodów, rytmów i rytuałów, które dają nam namiastkę poczucia, że w ogóle jeszcze cokolwiek kontrolujemy, bo przecież mamy „wolny wybór” (emoji szyderczego śmiechu). Ale, choć już od dłuższego czasu – my ci rzekomo “lepsi” i “światlejsi” znamy pojęcie “bańki informacyjnej”, w której żyjemy, to czy dzięki tej świadomości – chętniej wyściubiamy z niej nos?

I byłoby to może nawet zabawne, gdyby nie było tragiczne. Bo, znowu brutalna prawda jest taka, że oglądając świat wyłącznie okiem tych samych ludzi, których “widzenie spraw” jest nam bliskie, a z pewnością nie jest tym, co kole nas w oczy – skazujemy się jedynie na coraz bardziej pogłębiającą się przepaść pomiędzy wszystkimi i wszystkim czego „nie akceptujemy” i / lub nie lubimy…

Nie chcę was straszyć, ale sprawy wyglądają na serio – źle. Przy takim przyroście informacji (a tym samym dezinformacji) – będziemy jako gatunek świat ogarniać coraz mniej…

Dziś, co potwierdzają najnowsze dane statystyczne z badań sondażowych na temat zjawiska zwanego „zmianami klimatycznymi” i tego jak ją postrzega polskie społeczeństwo – widać wyraźnie potwierdzenie trendu, który obśmiewa film Nie patrz w górę – 23 % (sic!) pełnoletnich Polaków twierdzi, że nie wie co ma myśleć na ten temat bo „trudno jest znaleźć wiarygodne źródła informacji”…

Będę wredna i dodam swoją łyżkę dziegciu: rzekomo „opiniotwórcze”, tzw. prywatne i nastawione na „pluralizm wypowiedzi” media informacyjne mają u mnie od dawna wielki minus właśnie za to, że goniąc za kasą – robią ludziom już i tak ochu*** od nadmiaru wszystkiego „wodę z mózgu” zapraszając do programów od „śniadaniówek” poczynając, a na poważnych debatach kończąc reprezentantów świata „myślących inaczej”. A nawet jeżeli nie robią tego w okienku TV lub w radiowym studio – to robią to pośrednio – zapełniając ‘internetowe szpalty’ codziennie wypluwanego contentu w ilości nieogarnialnej informacjami o tym, co tam na Instagramie czy innym Tik Toku ma do powiedzenia na temat klimatu, dziury ozonowej, kondycji planety i ludzkości celebryta od siedmiu boleści, pieśniarka Edyta albo inna wróżka Piź***ka…

No, ludzie?! C’mon…

Podobno chcieliśmy bardzo, pragnęliśmy najbardziej na świecie wynieść naukę z mrocznych i smutnych dziejów naszego gatunku na piedestał. Chcieliśmy żeby wszyscy mogli żyć dobrze, żeby dóbr wystarczyło dla każdego. Żeby nie musiał się świat toczyć kosztem innych. Podobno. Ja tam jakoś widzę to jednak bardziej tak jak Adam McKay w Nie patrz w górę… ☹

Bo, nawet jeżeli kiedyś coś robiliśmy, to dawno temu – przestaliśmy. Dlaczego? Komu to było potrzebne? Do czego? Świat w którym żyjemy jest obecnie światem niemożliwym do zrozumienia i ogarnięcia. Dla nikogo. Jest tylko zbiorem matriksowych zer i jedynek, w których poruszamy sie według – coraz mniej (o ile w ogóle) wyznaczonych i to już nie przez siebie – algorytmów. Tylko tych, które wyznaczają dla nas ci, którym daliśmy się uwieść, omamić i omotać obietnicą, że dzięki kolejnej aplikacji, platformie, kolejnej odsłonie cyfrowego świata, który rzekomo został zbudowany wyłącznie po to aby nam „ułatwić i uprzyjemnić” życie – takie się ono – niejako „samo” i magicznie stanie.

A tymczasem wpadliśmy w szambo. Dekady „ułatwiania sobie życia” spowodowały jedynie intelektualne lenistwo, gonienie za kolejnymi łatwymi rozwiązaniami dla najbardziej dojmujących psychicznie, głębokich psychologicznie problemów (na które wrednie dodam – ludzkość nie znalazła dziwnym trafem do tej pory żadnego innego rozwiązania niż „wzmożony wysiłek intelektualny” oraz „pracę nad sobą”) na tzw. kliknięcie…

Tzw. pokolenie Z – owszem jest niezwykle biegłe w digitalu i “stare dziady” takie jak ja mogą jedynie bić pokłony przed tym jak ogarniają strefy, które mi osobiście sprawiają dużą trudność. Nie zmienia to faktu najistotniejszego: dzisiejsi dwudziestoparolatkowie to ludzie, którzy (w swej masie) także niewiele z dzisiejszej cywilizacji i tego czemu jest jaka jest – rozumieją. Świat (według nich skonstruowany przez pokolenie “Ok Boomer”) i zasady jego funkcjonowania są dla nich nieakceptowalne jako system. Tylko pojęcie “systemu” dekodują inaczej. Bez przedłużenia mózgu w aplikacjach typu google i bez swoich smartfonów – są w stanie w swej masie – wydobyć z siebie „na zawołanie” wiedzę tak mikroskopijną jaką kiedyś miał przeciętny uczeń pierwszej klasy, przeciętnego liceum ogólnokształcącego…

Jeżeli sądzicie, że piszę to z jakiegoś bliżej nieokreślonego rozżalenia pani „półwiecznej”, że nie mam latek dwudziestu – to muszę Was rozczarować. Mam czasami do czynienia zawodowo z tzw. przeciętnymi młodymi (nie tymi po najlepszych, prywatnych liceach z największych aglomeracji, nie tymi zapatrzonymi w Grete Thunberg, nie tymi z domów, gdzie rodzice zarzynają się po kokardę, żeby jeszcze, choć sami padają na twarz ze zmęczenia w walce ze „skrzeczącą rzeczywistością” dać im „coś” intelektualnie od siebie) i zaręczam Wam, że oprócz umiejętności zagonienia mnie w kozi róg w zakresie wiedzy na temat digitalu, gier komputerowych i najbardziej hypowych postaci tego i owego, a zwłaszcza postaci, które według nich są uber cool a ja nie wiem nawet o ich istnieniu, choć śledzą je miliony – o historii, kulturze (nie wspominając o wiedzy czysto naukowej) świata, w którym żyją – nie mają bladego pojęcia. Nie czytają, nie analizują niczego. Całymi godzinami poza tym „co muszą” śledzą jakieś wytwory digitalne. I coś tam klikają, lajkują oraz komentują nie używając nawet zbyt wielu słów. Bo po co?

Nieprzyjemne? No pewnie, kur** że tak. Ale za to jakie prawdziwe…

Chcemy wierzyć, bo to jedna z najgłębszych potrzeb psychologicznych człowieka, że mamy (jeszcze) na coś wpływ. A (znowu psychologia się kłania) co chwilę jesteśmy stawiani przed obrazem świata (choćby poprzez tzw. media informacyjne) przed kolejną bombą. I znowu “niemożliwe staje się możliwe”? Znacie ten slogan (hehe)…

*    *   *

W świecie, w którym żyjemy, ludzie, którzy nie potrafią skupić na sobie uwagi tym co “mają do przekazania” (pomijam w tym miejscu „kariery” osób, które są robione czysto i w stu procentach na fizyczności, złośliwie nazywanej przeze mnie „gołą i atrakcyjną dupą” – a idą medialnie w miliony!) w góra trzy minuty, którzy nie mają medialnej charyzmy, nie umieją mówić prosto, dosadnie, albo “zabawnie”- a przede wszystkim tak żeby coraz bardziej zgłupiałe masy uznawały ich przekaz za “cool” nie są w ogóle słyszalni. Kto jest temu winny? Czy na serio sądzicie, że nie MY SAMI?

Dlaczego stale wypieramy (nawet tzw. świadomi) ze świadomości fakt, że jest to świat, który z a k c e p t o w a l i ś m y? To MY daliśmy temu światu swoje przyzwolenie. A kto?

Na kogo chcemy i zamierzamy dalej „zwalać winę”. A co najważniejsze dokąd to prowadzi? Ykhm?

Wychowałam się w rzeczywistości analogowej. W domu, w którym moi rodzice uważali, że istnieje coś takiego jak “autorytet”. A nie byli głupi. Mieli i wyższe wykształcenie, i własne (niebagatelne) rozumy. A także swoje bardzo bolesne doświadczenia ludzi urodzonych na kilka lat przed II wojną światową….

Ale przede wszystkim mieli potrzebę stałej konfrontacji posiadanej wiedzy z tym co niesie świat, jak się zmienia, co odkrywa, co “nadają” ci, którzy żyją w świecie, do którego oni nie mają dostępu…. Mieli potrzebę stałego zadawania sobie pytań. Stałej kontestacji – stanu rzeczy! Stałego sprawdzania “jak jest”..

Czy gdyby tej potrzeby nie mieli – będąc ludźmi żyjącymi w PRL, w niej “dziennikarsko” funkcjonujący – słuchaliby Radia Wolna Europa, nie pożyczaliby od znajomych “bibuły”, nie czytaliby z wypiekami na twarzy bardzo słabo odbitych na ksero wydań “Kultury Paryskiej”? Jak myślicie?

Byli tymi, którzy stale poddawali to co “się uważa” oraz co „należy uważać” w PRL w wątpliwość, konfrontowali to, z tym co myślą na ten temat ludzie, którzy są ekspertami. Tego, jak to jest cholernie ważne – nauczyłam się od nich! Bo moi rodzice mnie tego uczyli. Tak postrzegali swoją rolę w moim życiu jako ich dziecka. I choć oboje byli ambitni i uparci i nie lubili „przegrywać” – zawsze jednak uznawali, że jeżeli ktoś im udowodni, że nie mają racji – to ma rację!

To największa z wartości jakie od nich dostałam – ever!

Tymczasem dziś, wszyscy żyjemy w świecie, w którym nie jest istotne kto ma racje, a raczej na jakich podstawach jest zbudowana – tylko czy tą jego / jej rację można „zmonetaryzować”

Kumacie różnicę?

Kiedy się “zapisywałam” do Fejsbunia*** w 2008 – cała rozochocona – w podniecie tak “infantylnej” (a tylko nieco brakowało mi do 40tki – ykhm), że porównywalnej do pięciolatki udającej się na kinderbal – to kto za to odpowiada? Do kogo mam mieć pretensje? Do Zuckberga? To tak jakbym miała pretensje do jakiejkolwiek firmy, że nie przeczytałam tego co było “drobnym drukiem” na 16 stronie, na którą “już nie miałam czasu”, a teraz ona się domaga swoich praw…

No, Ludzie!? C’mon…

***Errata: Dziś, kiedy kończę ten tekst FB to już Meta (swoją drogą tylko taki megaloman jak Zuckerberg mógł zaakceptować tak pretensjonalną, narcystyczną i ohydną nazwę – zważywszy na to czym jest to co tak nazwał!). A teraz kolejna wredna dygresja: mam nadzieję, że przeczytaliście z uwagą i zrozumieniem (chłe, chłe) „warunki umowy”, które z pewnością przedstawiły Wam wasze smartfony – zarówno dotyczące korzystania z Meta jak i Instagrama. A sprowadzają się one mniej więcej do tego, że cedujecie de facto prawo do wykorzystywania wszystkich waszych tamże ujawnionych danych osobowych oraz kiedykolwiek zamieszczonego contentu tym dwóm digitalnym monstrom „dożywotnio”. I mogą one wykorzystywać je do swoich celów, zawsze i na dowolny sposób… Co możecie zrobić, jeżeli Wam to nie odpowiada? No możecie się „wypisać” z Meta oraz Instagrama i nie zamieszczać tam już nigdy niczego.

AŻ się popłakałam ze śmiechu! Na pytanie – co mają zrobić w tej sytuacji ludzie, którzy na wieloletnim, aktywnym korzystaniu z kont na Meta oraz Instagramie zbudowali swoje życie zawodowe oraz finansowe – odpowiedzcie sobie sami…

Dałam “się wydymać” systemowi. I tyle. Ale imię nasze jest million (swoją drogą – uważam, że ta nikła w obecnych czasach liczba się zdezaktualizowała i postuluję zatem aby w tej metaforze zamienić ją na miliard)…

Więc może pytaniem najważniejszym w dzisiejszym świecie jest jednak pytanie o przyczyny czy też motywy tego, że bardzo wiele z nas “zapisanych” do dzisiejszego META świata – jakoś tak niekoniecznie jest z tego tytułu – szczęśliwych, a jednak nie za wiele z tym (au mass) robi?

I nie chodzi już o “rozlane mleko”, a raczej chodzi o to, żeby to mleko jakoś bardziej świadomie pić? Jak najmniej się nim truć (bo to, że jest to fabryka zupełnie nie “fair trade” to chyba już wiemy wszyscy? (ykhm) I bardziej dokładne, bardziej świadome i bardziej uważne się jego “produkcji” przyglądanie?

Człowiek to kreatywna bestia, stale ma jakieś pomysły i idee…Moim zdaniem – niestety ta ‘kreatywność’ nie poszła w dobrą stronę.. Żyjemy w czasach, w których o ile nie zaczniemy kopać bardzo głęboko, każdy indywidualnie i sprawdzać kto stoi za czymkolwiek co nas interesuje, czym to cokolwiek (osoba, produkt, usługa) jest w najdrobniejszym detalu i do czego de facto (w tym kontekście także naszych praw, a przede wszystkim ludzkiego dobrostanu) nas namawia – będziemy wciąż i jedynie sterowalną niczym marionetki w teatrzyku zarządzanym niewidzialną ręką – “bezwolną masą”…

Bo do tej pory, z której strony bym nie spojrzała – wychodzi mi, że świat, w którym żyjemy stworzyli konkretni ludzie wyłącznie – podkreślam – wyłącznie po to żeby zbić na nim swój osobisty kapitał. I ani ja, ani Ty, ani ktokolwiek inny (poza może ich rodziną i najbliższymi) ich w ogóle nie obchodzi.

Zreszta, wracając do postaci reżysera Nie patrz w górę – którego filmową trajektorię śledzę mocno, i który stale jest na moim “radarze” jako filmowiec – sprawa staje się prostsza. Nie wymaga to tak znowu wiele wysiłku. Jeżeli obejrzycie wszystko, co ten facet stworzył jako scenarzysta, reżyser i producent – dostaniecie bardzo spójny obraz świata, który każdym możliwym sposobem McKay stara się nam nie tyle nawet pokazać co “wywrzeszczeć” – prosto w twarz jako coś, co powinno nas skłonić nie tylko do refleksji, ale do posypywania głowy popiołem i natychmiastowych reakcji… głównie na temat świata mediów, których (nad) używamy w codziennym życiu…

Making the long story short: McKay ma racje w swej diagnozie. Tak z grubsza. Człowiek nie brzmi dumnie. A człowiek dzisiejszych mediów – w szczególności. Ni ch*** … Przykro mi…

*   *   *

Bardzo łatwo jest rzucać kamieniem, bardzo łatwo jest oceniać, bardzo łatwo jest mówić, że jacyś ludzie to idioci, bardzo łatwo jest komentować posty w socjalach, które nie są niczym innym niż zużywaniem energii na narcystyczne i ego-maniackie pseudo działania. Patrzcie – ja to jestem taki wspaniały(a), zostawiam mój wspaniały komentarz pod wpisem tego debila / debilki, aby wszyscy inni (go przeczytawszy) mogli w końcu przejrzeć na oczy…

A może lepiej byłoby zajrzeć na zaplecze siebie samego. Tam gdzie nikt nie widzi? Oj będę teraz wredna w ch** ostrzegam! Bo nie wymyśliłam tego! Nie mam wielu talentów, ale mam z pewnością dwa: umiem słuchać (i słyszę) oraz jestem bardzo dobrym obserwatorem i analitykiem…

Poniższe cytaty pochodzą od ludzi, których poznałam osobiście, ludzi, którzy są wykształceni, inteligentni, myślący. Sami zawodowo robią często wartościowe i mądre rzeczy. A jednak…

“Oj tam, oj tam: to tak dla zabawy, zaglądam co rano na “Pudelka”, jak się robi w szołbizie to życie jest stresujące, a tam się mogę odprężyć bo czasami polewka że hej”. No i wiem co w trawie piszczy”

“No owszem – śledzę na Instagramie X, nie no co ty, uważam, że to idiotka, z plastikową twarzą, a cały czas kłamie, że „nic nie robi”, rzygac się chce, kto to w ogóle kupuje? Ale wiesz, ja mam teraz już 20 koła, a zarobki skaczą znacząco dopiero tak od 40. Przecież muszę się orientować co robi, bo przecież ma 300.000 followersów, a poza tym nie da się funkcjonować ze sprzedażą bez influencerów, i nie wiem czy nie będę musiała z niej kiedyś skorzystać. Rozmawiałam z wieloma osobami. Tak się sprzedaje produkty i marki od pewnego poziomu. Nie możesz oczekiwać, że zostanę na to obojętna”

“Oglądam jego program, bo to medialny fenomen. A ja siedzę w mediach. No wiesz, muszę, tak jakby. To że gościa nie trawię i uważam, że jest skończonym chu**, to co innego.

Tak że ten – jakby powiedział dzisiejszy “poeta”. Moje refleksje po obejrzeniu filmu Nie patrz w górę podsumuje cytując Zofie Nałkowską: “sami sobie zgotowaliśmy ten los”

Grubo? Tak. Bo też jest to film “po grubasie” i chwała mu za to!

Posłowie:

Przesłanie filmu Nie patrz w górę jest bardzo jednoznaczne. Żyjemy w erze tuż przed – katastrofą, w świecie jaki sami sobie sami urządziliśmy, choćby poprzez zaniechanie, lenistwo, wygodnictwo. Poprzez odwrócenie się od wartości duchowych, poprzez przedkładania wartości materialnych nad budowanie wspólnot z innymi, kooperację w imię dobra ogółu. Gloryfikując zysk, rywalizację, jednostkowe zwycięstwa w pogoni za coraz wyższym statusem społecznym, odwracając się plecami od każdej wiedzy, która mogłaby nam zmącić obraz naszych wyidealizowanych wizerunków. Czy jest jeszcze jakaś szansa dla nas – ludzkości? McKay nie certoli się z diagnozą. Być może (choć li tylko ewentualnie). Ale jedynie wtedy, kiedy wrócimy do tego życia, które porzuciliśmy dawno, dawno temu w nadziei na lepsze. Do życia opartego na szczerości, miłości, wielkoduszności, wybaczeniu, porozumieniu „ponad podziałami”. A przede wszystkim do życia, które będzie skupione wokół „być”, a nie „mieć”…

Bo tam wysoko, tam gdzie patrzymy stale w górę – nie patrzymy we właściwą stronę. Od tych co są “wyżej” od nas (finansowo, statusowo, politycznie, w układach, w klikbajtach, etc.) już nic nie możemy zyskać. I nie zyskamy. Możemy jedynie zacząć od siebie. Presja ma sens. Tylko trzeba ją już obecnie liczyć w miliardach zjednoczonych całkowicie “bezinteresownym” biciem dla sprawy serc…

You may also like

C’MON C’MON
(NIE)DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE
OSLO
PSIE PAZURY

8 Komentarze

    1. Kultura Osobista

      Jacku! Dzięki za komentarz! Trochę nie na miejscu byłoby, gdybym napisała, że mi miło, że się ze mną zgadzasz co do diagnozy ;-)…Ale na jakiś sposób się cieszę, że widzimy sprawy podobnie! Serdeczności, j

  1. blog@ChilliBite.pl'

    dawno nie czytałam tekstu tak emocjonalnego, z którego emocjami tak się zgadzam. Dzięki! Pycha! i w sumie od jakiegoś czasu zastanawiam się jak i o czym rozmawiać ze znajomi, którzy „zasnęli” albo uznali, że „marna komedia, i co tyle szumu, nawet gwiazdy nie uratowały” LOL
    Pozdrawiam ciepło
    Kasia

    1. Kultura Osobista

      Pani Kasiu,
      A ja dziękuję za komentarz & ciepłe słowa pod adresem tekstu, który (to fakt) jest bardzo emocjonalny, a nawet bym powiedziała, że uber emocjonalny (jak na mnie – hehe). Ale widać „zadziałało”, bo jest to jeden z trzech moich wpisów, opublikowanych kiedykolwiek na blogu, który tak mocno zarezonował i spowodował, że mój niszowy blogasek płonie od „wejść”, czyli jednak SUKCES (LoL). Pozdrawiam ciepło i wszystkiego co najlepsze dla Pani, j

Skomentuj