13
sty
2022
23

(NIE)DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE

(NIE)DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE (Per tutta la vita), Reż. Paolo Costella; Scen. Paolo Costella, Paolo Genovese, Filippo Bologna; Wyk. Claudia Gerini, Paolo Kessisoglu, Carolina Crescentini, Luca Bizzarri, Ambra Angiolini, Fabio Volo, Claudia Pandolfi, Filippo Nigro, Italia, 2021

Krótko & na temat: do obejrzenia (NIE) DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE skłoniła mnie informacja, że to kolejny film twórców “Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Bo przecież, czego właśnie ten obraz jest kolejnym dowodem – życie każdego z nas może być materiałem na film…Tylko trzeba umieć spojrzeć na nie okiem uważnym, wnikliwym, ciekawym tego co kryje się za “fasadą”, a przede wszystkim – chcieć zadawać pytania… A wtedy – jak ma to miejsce w przypadku (Nie)długo i szczęśliwie – widzowie znajdą i pole do uniwersalnych spostrzeżeń i do osobistych refleksji… 

Zacznijmy od kwestii podstawowej w przypadku recenzji filmu (Nie)długo i szczęśliwie, czyli obrazu, który go niejako “poprzedza”. Nikt z pomysłodawców komediodramatu “Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” nie wiedział biorąc się za robotę, że będzie z tego hit o zasięgu globalnym. Taka jest prawda. U podstaw jego sukcesu stał prosty pomysł (banalny wręcz – złośliwi mogliby rzec) na zobrazowanie pewnego zjawiska społecznego, pochylenie się poniekąd nad tym “co przyniosło samo życie”. A jednak – ten mikrobudżetowy obraz włoskich filmowców pokochał cały świat. Jego sukces był tak gargantuiczny, że zaadaptowały jego podstawy scenariuszowe na rynki lokalne prawie wszystkie kraje europejskie. Łącznie z Polską. Pisałam o obrazie “(Nie)znajomi” i ja…

Dlaczego tak się stało? Moim zdaniem odpowiedź jest prosta. Film ten i jego kolejne wydania był po prostu “strzałem w dziesiątkę”, jeżeli idzie o rezonowanie z ludzkimi potrzebami, lękami, pragnieniami czy też frustracjami w erze digitalnej, w której smartfony zaczęły być postrzegane już nie tylko jako super fajne i ułatwiające codzienne funkcjonowanie narzędzie, ale jako ‘coś’ co ma na ludzi i ich życie wpływ znacznie większy niż zakładali i niekoniecznie taki, jakiego się spodziewali… Jednym słowem – filmowcy w tym przypadku zajęli się czymś, co w biznesie Amerykanie nazywają “pieniędzmi leżącymi na chodniku”. I za to należy się im – jeżeli nie podziw, to na pewno szacunek! Bo choć wszyscy żyjemy na tym samym świecie, nie wszyscy potrafimy zobaczyć to, co widzą ci, którzy dostrzegają w czymś dla innych “niewidocznym” potencjał. Tak to już jest…

Paolo Costella, jeden ze współscenarzystów włoskiego przeboju kinowego sprzed czterech lat jest tym razem zarówno współscenarzystą, jak i reżyserem (Nie)długo i szczęśliwie. A to walnie dzięki temu, że dojrzał “klejnot” w czymś, gdzie inni widzieli “nic” – w odpowiednim momencie. Dziś wiadomo już, że obraz ten, zrobiony za przysłowiowe 5 złotych wraz z jego remake’ami zarobił w kinach na całym świecie sumy, które nikomu wcześniej w przypadku takich produkcji – się nawet nie śniły. Ponad 250 milionów dolarów! Kosmos!

Paolo Costella – to zresztą ciekawy przypadek “stawania się” filmowcem. Taki, który mnie osobiście fascynuje bardzo. Zanim zajął się kinematografią – był niezależnym dziennikarzem, pracującym dla wielu włoskich gazet codziennych i magazynów. I sądzę, że ma to znaczenie. Szlifowanie przez lata warsztatu dziennikarskiego i umiejętność patrzenia na świat poprzez pryzmat tego zawodu (rozumianego właściwie!) uwrażliwia bowiem na coś, co jest dla mnie w kwestii scenariuszy filmowych – kluczowe. Dziennikarstwo to podobnie jak w kinematografii sztuka opowiadania historii – przede wszystkim. A każdy dobry dziennikarz wie, że rzeczy się najpierw muszą “kleić” w życiu, aby mogły stanowić fascynującą / wciągającą / intrygującą historię “na papierze”. Dlatego każdy filmowiec, który zabiera się za kino obyczajowe oparłszy je o papierowe historie, które są pisane przez ludzi nie umiejących czy też nie chcących się wnikliwie przyglądać temu jaka jest rzeczywistość i funkcjonujący w niej realnie ludzie, a oparte jedynie na “wydumkach” z cyklu “bo to fajnie będzie wyglądało na ekranie” – musi ponieść porażkę … Nigdy nie usłyszycie ode mnie nic innego (sorry, not sorry!).

*    *    *

Obraz (Nie)długo i szczęśliwie został zainspirowany prawdziwą historią pewnej włoskiej pary. Która odkryła, że udzielający im ślubu ksiądz nie był tak naprawdę tym, za kogo się podawał. Przyszli małżonkowie poznali “księdza” przypadkiem – będąc na urlopie w jednym ze śródziemnomorskich kurortów. Wydawał się im właśnie tego rodzaju “sługą bożym” – który – gdyby chcieli powiedzieć sobie sakramentalne „tak” – to właśnie w jego obecności… Kiedy podjęli decyzję, że chcą zostać małżeństwem, zadzwonili do niego i poprosili, by udzielił im ślubu. Nie zorientowali się niestety jednak zawczasu, że wtedy kiedy go poznali i słuchali jego “wzniosłych” wypowiedzi – tylko udawał księdza, bo chciał mieć darmowe wakacje…

Oszustwo to opisywały szeroko włoskie media, a że był to tzw. hot news – temat przewalał się przez czas dłuższy, wałkowany na każdy możliwy sposób od trybu “informacja” do trybu “pudlo-sensacja” przez cały półwysep apeniński. I jak to bywa w takich przypadkach, dość szybko okazało się, że (wot siurpryza!) par małżeńskich we Włoszech, zawartych przy udziale “zfejkowanego księdza” jest więcej niż jedna. W końcu zajęła się sprawą zarówno kuria, jak i włoskie urzędy. Bo, co wszyscy w Polsce wiedzieć powinni akurat doskonale (hehe) – małżeństwo kościelne (zwane u nas konkordatowym) – to jednak w państwach wyznaniowych – nie tylko kwestia wiary… To także – prawo. W tym związane z opieką nad dziećmi, szeregiem różnych przepisów i regulacji, łącznie z podatkowymi oraz tzw. stanem majątkowym (ups!), które traktuje obywateli: pana X i panią Z – zwanych “małżeństwem” jednak inaczej niż, gdyby po prostu pozostawali dalej panem X oraz Panią Z żyjącym na tzw. kocią łapę…

A jeszcze ciekawiej robi się wtedy, kiedy pomyśli się o tym od strony psychologicznej. Bo tak się akurat psychologicznie”składa, że ludzie związani ze sobą ślubem kościelnym, a raczej w ogóle sformalizowanym ślubem, w którym przed świadkami, uroczyście, z całym towarzyszącym temu enturażem przysięgali sobie to “sakramentalne TAK” na całe życie, na dobre i złe i do końca – często – jak wskazuje praktyka – jeżeli muszą zadawać sobie pytania o to, czy aby nie był to błąd – to jednak w nieco innym kontekście, niż ci, których związek nie ma charakteru formalnego. Choćby dlatego, że “wysupłanie się” z niesatysfakcjonującego związku potrafi być doświadczeniem bardzo trudnym i bolesnym. A kiedy jeszcze trzeba się z tym dodatkowo mierzyć instytucjonalnie – może okazać się tzw. węzłem gordyjskim. To banał, ktoś mógłby rzec. Ale za to jaki prawdziwy! Samo życie!

A ja proszę Państwa, tak się składa, w kinie lubię najbardziej właśnie samo życie! Zwłaszcza dobrze i wnikliwie opowiedziane – nie zaś “wydmuszki scenopisarskie”, które z życiem wspólnego mają tyle, co opowieści o tym, że “on był przystojny i zaradny, ona piękna i dobra, i jak tylko się poznali – to zaraz pokochali, a potem już żyli długo i szczęśliwie. Amen”…

Wspólnie z Paolem Genovesem zastanawialiśmy się, czy artykuł prasowy, który pewnego dnia przeczytaliśmy, byłby dobrym materiałem na film. Czy opisane zdarzenie sprawiłoby, aby bohaterowie się zatrzymali i podjęli refleksję? Naszym zdaniem ta historia to dobry sposób, aby publiczność odpowiedziała sobie na pytanie, na które zmuszeni są odpowiedzieć sobie bohaterowie filmu, czyli: Co zrobiłby każdy z nas, gdyby znowu miał możliwość zdecydować, czy ponownie wziąć ślub z osobą, która jeszcze do wczoraj była naszym mężem lub żoną?…

Paolo Costella – reżyser filmu (Nie)długo i szczęśliwie

*   *   *

W filmie (Nie)długo i szczęśliwie sportretowane zostały cztery, bardzo różne pary. Dwie z nich to ludzie, którzy znają się od dawna i jako pary małżeńskie utrzymują ze sobą również kontakty przyjacielskie. Pozostali bohaterowie przedstawieni w tym obrazie stanowią dla niego wspólny mianownik poprzez ten sam czynnik losowy. Tak, jak i tamci, zostali przez okoliczności od nich niezależne postawieni w tej samej sytuacji, co wszyscy inni ludzie, którym kiedyś ślubu udzieli ten sam “miły ksiądz”, który księdza jedynie udawał…

Teraz wszyscy: cztery pary, osiem osób – stają przed tą samą rzeczywistością. Ich związki zostały urzędowo – unieważnione. Formalnie – są singlami…

A to – stanowiąc jednocześnie główną kanwę scenariuszową Nie(długo) i szczęśliwie stawia ich wszystkich przed pytaniami, które dotyczą właśnie tego, kluczowego dla każdego, wieloletniego związku zagadnienia: czy dziś chciałbym/chciałabym poślubić ponownie mojego partnera / partnerkę, czy może jednak nie i dlaczego? I szeregiem bardzo ważkich pytań, przed którymi, choćby w skrytości ducha (wierzcie mi na słowo psycholożki ) 🙂 staje każda para, prędzej czy później… Czy moje małżeństwo mnie satysfakcjonuje i w jakich obszarach? A w jakich czuję brak? Czy moja „druga połowa” to rzeczywiście osoba na całe życie, czy może mi się tak jedynie wydawało lub chciałam / chciałem tak to widzieć? Co o tym przesądza? Jak mam to oceniać z tzw. perspektywy czasu? Jaką miarą mierzyć? Dlaczego mój partner(ka) to ktoś, kto kiedyś wydawał mi się inny niż jest dziś? Co mam z tym zrobić? Czy wybrałem/ wybrałam właściwie? Czy jest ktoś z kim uważam, że mogłoby by mi być lepiej, a jeżeli tak – to dlaczego?…

Tych pytań jest tyle ile związków. Ich lista nie ma końca, jest permutacją indywidualnych przypadków, niemniej – co znowu muszę podkreślić na plus dla (Nie)długo i szczęśliwie – film ten ma wymiar (generalizując) ludzko – bardzo uniwersalny i wiarygodny! To jego największa zaleta. I dlatego moim zdaniem wart jest zobaczenia. W tym miejscu, sądzę, że jest ważne abym dodała także, że nie jest to komedia. A raczej czyste kino obyczajowe z (niewielkimi – zależy jak dla kogo) elementami komediowymi…

Paola (Claudia Pandolfi) i Andrea (Filippo Nigro znany z filmu “Suburra”) to para na pierwszy rzut oka – po prostu bajecznie udana. Kochają się, lubią i szanują. Choć już są ze sobą czas jakiś – namiętność seksualna nie stlała w ich związku. Dobrze im razem na co dzień i od święta. Jest jednak jedno “ale”, o którym – tak się składa – rozmawiają rzadko lub niechętnie. To kwestia posiadania dzieci. Bo jedno z nich bardzo tego pragnie, drugie zaś skupione jest na karierze i możliwościach rozwoju osobistego jakie niesie, o progeniturze myśląc z niechęcią…

Z kolei Vito (Fabio Volo) i Sara (Ambra Angiolini) jakiś czas temu się bardzo brzydko rozwiedli. I serdecznie się nienawidzą. Ale mają wspólne dziecko, syna, który na stałe mieszka z matką, zaś ojciec nie do końca jest zainteresowany partycypowaniem w życiu jedynaka. Vito już zresztą ułożył sobie życie z inną kobietą, która w niczym nie przypomina byłej małżonki. Jedyne co go – jak się mu wydaje – łączy z Sarą – to alimenty. Kiedy jednak okazuje się, że w zasadzie – z formalnego punktu widzenia małżeństwem nigdy nie byli (patrz: fałszywy ksiądz) – przed obojgiem otwiera to całkiem inną perspektywę na postrzeganie ich relacji tak dawniej jak i dziś…

No i są jeszcze dwie pary małżeńskie: Viola (Claudia Gerini) oraz Mark (Paolo Kessisoglu) oraz Giada (Carolina Crescentini) I Edo (Luca Bizzarri) – przyjaciele (czy aby na pewno? – tego musicie dowiedzieć się sami)  od lat. Znali się na długo zanim poślubili swoje “drugie połowy”. W tym przypadku jednak sprawa ich nieważnego ślubu jest szczególnie skomplikowana, o czym aby nie psuć Wam przyjemności z oglądania (Nie)długo i szczęśliwie – więcej napisać już nie mogę…

*   *   *

Pora na konkluzje: (Nie)długo i szczęśliwie to nie jest wielkie kino, ani kino z ambicjami “odkrywania Ameryki”. Ale to bardzo sprawnie napisana i opowiedziana historia o kwestiach moim zdaniem nie tylko życiowych, ale istotnych. Bo w świecie, w którym żyjemy obecnie – czasu na refleksje nad tym, co najważniejsze – pozostawiamy sobie moim zdaniem – zdecydowanie zbyt mało…

Bohaterów tego obrazu przed bardzo ważnym pytaniem, w zasadzie kluczowym dla każdego wieloletniego związku postawił los, czy jeżeli wolicie – przypadek. Ale nie to jest najważniejsze, tylko coś zupełnie innego, co z obrazu Nie(długo) i szczęśliwie wynika niejako en passant: dobry związek to nie ten związek, który jest “formalny”, ale taki związek, w którym partnerzy zadają nie tylko sobie samym, w swojej głowie pytania, ale zadają je sobie – nawzajem. Rozmawiają o tym, co w nim przestało działać lub szwankuje, potrafią komunikować swoje potrzeby, potrafią się słuchać, rozmawiać. A przede wszystkim podchodzą do całożyciowej relacji – dojrzale. Bo każda – kiedy się zaczyna, najczęściej zbudowana jest na tych samych lub podobnych podstawach – ta druga osoba – to ktoś z kim nie wyobrażamy sobie, abyśmy nie mogli żyć… A potem o tym zapominamy. I nie chce się nam pamiętać, że każdy związek to proces, w którym to my sami stanowimy także “zmienną”, która wpływa na wynik równania… I że choćby dlatego –  nigdy nie będzie on taki sam, jak był na początku. Ale nie znaczy to, że będzie gorszy. Czasami oznacza to, że będzie inny, a czasami nawet że znajdzie swoje (naj)lepsze rozwiązanie!  A i tak  – w zasadzie – jakie one  będzie – zależy wyłącznie od nas samych!

Księdza do tego nie trzeba 😉

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście oraz przytoczony cytat pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu (Nie)długo i szczęśliwie na rynku polskim: Best Film 

You may also like

PARYŻ, 13. DZIELNICA
WINONA RYDER: mistrzyni, outsiderka
MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI
MEN

Skomentuj