10
Lut
2017
27

ODA DO LOGAUTU…

Internetowe słowniki podają, że LOGOUT oznacza: wyjść, wymeldować, wyrejestrować…

Po co o tym pisać? – zapytacie. Przecież wszyscy to wiedzą!…

Powiem – zatem – przekornie, że fakt iż wszyscy jakieś pojęcie znają – ani na jotę bardziej znanym go nie czyni. W znaczeniu –  oswojonym, praktykowanym, dostępnym.

W ten właśnie sposób – zaczynając ten tekst – pragnę zwrócić waszą uwagę na to, że praktykowanie logautu to coś, czego nikt mnie nigdy nie uczył. I czego nie “wyssałam z mlekiem matki”. Że jest mi konieczny, ba! nieodzowny – docierało do mnie z mozołem przez wiele lat. Wydawało mi się najpierw, że wystarczy jak się wylogautuje raz w roku. To znaczy – pojadę na wakacje. Ale to było przed erą mediów społecznościowych… Ale całkiem niedawno dotarło do mnie, że z samym fejsbuniem jesteśmy już “friendami” 9 lat! Tja… i tym samym dotarło do mnie – że choćby ta kwestia – zmieniła więcej – niż bym się spodziewała i chciała.

A mianowicie, że od tego czasu – w zasadzie – nieustająco byłam “podłączona”.

Czasami w funkcji ‘stand-by’. Niemniej stale.

Ja – od razu mam skojarzenia – ze sprzętem elektronicznym …

A Wy?

 

No i ten wniosek – to był dla mnie smutny wniosek.

Tak życiowo smutny.

Postanowiłam coś z tym zacząć robić. Nie okazało się to proste – muszę was zmartwić.

Aby się zacząć logautować, musiałam – podejść do tego – jak do rzucania nałogu albo do zmiany nawyków żywieniowych.

Aż tak?

No. Niestety. Aż tak!

Ale to wszystko dla zdrowia Panie! Dla zdrowia! 🙂

*   *   *

Dobrodziejstw logautu – do zeszłego roku – nie zaznałam przez ładnych kilka lat… Od czasu wakacji, gdzieś tam hen daleko, za górami, za morzami. Gdzie wifi było tylko w dużym mieście (o ile było), albo na lotnisku. A żeby poszaleć digitalnie, trzeba było się udać do tzw. kawiarni internetowej. A po co komu szaleć w internetach – kiedy życie wokół jest takie bajeczne? Czytaj – jestem w jakieś tropikalnej dziurze na końcu świata. I nic więcej się nie liczy. Ahoj Przygodo!

Poza tym wszystkim – byłam wtedy jeszcze piękna i młoda i życie digitalne mnie zajmowało znacznie mniej niż dziś. Co – kiedy piszę te słowa – przypomina mi od razu, że “życie digitalne” to było coś, co w wieku jeszcze 30 lat (sic!), z perspektywy Polki – urodzonej w czasach PRL – brzmiało dla mnie mniej więcej tak samo abstrakcyjnie i atrakcyjnie jak “życie po życiu” 😉

*   *   *

Ten czas “nieświadomości” minął mi nie wiadomo jak! No szybciej bardziej niż bardzo, powiedziałabym. Choć moja mama (kobieta obecnie po 80-tce) twierdziła zawsze, że “młodość jest bardzo krótka, dojrzałość szybko mija, a starość się potwornie wlecze” – 30 lat ze sporym okładem – w ogóle nie chciałam tego słuchać.

Blame the digital life, of course! 😉

Hopsa, Hopsa. Okazało się, że “czterdzieści lat minęło jak jeden dzień”. Od Sylwestra do Sylwestra „trwa” tyle, co w podstawówce cztery klasy oraz cztery razy po dwa miesiące wakacji, nawet z wyjazdem na wczasy do Bułgarii lub nad Balaton.

W tzw. międzyczasie okazało się, że nasza kultura i cywilizacja znalazły na to sposób. No, powiedzmy pół – sposób. Co prawda od Sylwestra do Sylwestra – zajmuje tyle samo czasu – co kiedyś w podstawówce… (patrz wyżej), ale za to (yoohoo!) wszędzie można być, wszystko można zobaczyć, z kazdym tematem się zapoznać, z każdym pogadać, to znaczy chciałam powiedzieć “skomunikować” i ze wszystkim, ale to dosłownie ze wszystkim BYĆ NA BIEŻĄCO!

I to jest clue tego tekstu. Ta właśnie fraza.

Z początku możliwość “bycia na bieżąco”, kiedy jej dostąpiłam za własne, ciężko zarobione pieniądze, to znaczy, kiedy zaczęłam nabywać kolejne ajfony smartfony, instalować aplikacje, aktywnie uczestniczyć w mediach społecznościowych, wykupiłam Internet mobilny etc. – jarała. No nie powiem. Nawet bardzo. A może nawet – bardziej niż bardzo (?)

Nie chcę nawet myśleć o tym – ilu – dzięki tej “podniecie” – książek nie przeczytałam, ilu nie widziałam filmów, wystaw, wernisaży, spektakli teatralnych, nad iloma sprawami się poważnie nie zadumałam. Ile kwestii dotyczących mojego własnego rozwoju i dobrostanu odłogiem porzuciłam, albo zamiotłam pod dywan.

Nie wspominając o nieodbytych spacerach, bujaniach – ze wzrokiem utkwionym – w chmurach, wsłuchiwaniu się w śpiew ptaków, szum liści drzew na wietrze, dźwięku kropli deszczu mknących po oknie… A ostatecznie – ile godzin zaprzepaściłam na gonitwy w digitalu – zamiast – na życiu. To znaczy – żeby było to jasne – na życiu swoim życiem… Nie cudzym.

IMG_1827

*   *   *

Pierwszy raz, po wielu latach – wylogowałam się ze wszystkiego we wrześniu zeszłego roku. Pojechałam się wspinać w Tatry… Trzy doby. Tylko tyle. Bez zaglądania w jakiekolwiek digitalne przestrzenie. Zero szurania na fejsie, twiterze, w blogu, w Internecie, w portalach, stronach www, aplikacjach. Bez esemesków, messengerów.

I co? I NIC.

Obezwładniające, cudownie przyjemne poczucie, że “od tego się nie umiera” 😉

Życie – własnymi doświadczeniami, refleksjami i emocjami – dostarczyło mi przyjemności, inspiracji, stymulacji, satysfakcji, radości w takim zakresie, w takim natężeniu, w takiej dawce – że naładowałam się nimi na długie, kolejne tygodnie…

Stugłowy smok, zwany digitalem nie usechł z głodu i pragnienia. Zżerał innych, podczas gdy ja – w końcu oddawałam się temu, co powinnam umieć robić od dawna – logautowi. Bez poczucia winy, skrępowania, bez wrażenia, że świat się skończy (no “mój swiat” rzecz jasna) – jak mnie w tym wszystkim nie będzie.

Ani “mój swiat” ani żaden inny świat – nie przestał z powodu tej decyzji – funkcjonować. A to wszystko, co do tej pory codziennie sprawdzałam, monitorowałam i przy czym trawiłam godziny czasu z doby, która od lat funkcjonowała w moim ogłupiałym od digitalu poczuciu – niczym sfilcowany i skurczony w praniu kocyk – działało sobie dalej w najlepsze – prawie że na mnie czekając aż wrócę 😉

Eppp! Ale jak to?

*   *   *

O tzw. Sylwestrze, a raczej o tym jak go spędzimy – zaczęliśmy z moim partnerem myśleć – gdzieś na początku listopada. Ups. Chcieliśmy pierwotnie jechać w góry. No jasne. On by chciał śmignąć w rakach albo rakietach śnieżnych skoro świt na jakiś sympatycznie, broń boże nie za niski szczyt – z chociaż raz… I jeszcze pewnie mnie na to namawiać. No jasne! Znam ja tego nicponia 😉

Ale było za późno. Jakieś cztery miesiące za późno na rezerwacje w Zakopanem. Ani jednego wolnego pokoju za mniej niż zylion. Nigdzie. No szkoda 😉

A ja wiedziałam jedno. Nie chcę Sylwestra w Warszawie. Nie chcę być w mieście. Nie chcę żadnych zabaw, przebieranek, malowanek, itp., itd. Ustaleń nerwowych 31 grudnia – no to w końcu gdzie idziemy?, co robimy? To lepiej na domówkę, czy na kolację do znajomych, w cekinach czy bez….

Nie chciałam czegokolwiek co by wymagało ode mnie czegokolwiek. Chciałam w końcu się odłączyć. Tak jak wyciąga się wtyczkę z kontaktu. Pstryk. I nie ma. BRAK SYGNAŁU… Logautu pragnę – powiedziałam. Tylko tego.

IMG_1814Trochę dla jaj – no bo w myśl zasady “a kto jeździ nad morze w grudniu, chyba jacyś wariaci”? powiedzieliśmy sobie: a tak! A właśnie, że pojedziemy nad morze. Nad polskie morze! Hell yeah! No właśnie. Na półwysep helski. A konkretnie do Juraty.

Do Juraty – jeździłam regularnie od 13-tego roku życia przez wiele lat – co roku. Moi rodzice spędzali tam każde wakacje przez ponad 30 lat…Znam Juratę przed “tą” Juratą, którą jest dzisiaj. Kiedy nie było tam tłumów – nawet w sezonie – przekraczających 5 osób na 1 metr kwadratowy i to bez brylantowej pogody w tle. Nie było nowobogackich kawiarni i knajp, które żądają trylionów za byleco. Nazwałabym to bardziej dosadnie. Ale po co? Było za to zawsze to, co kocham – czyli MORZE oraz piękna, szeroka, cudowna plaża, ciągnąca się kilometrami w jedną i drugą stronę, aż po horyzont.

Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. I był to “strzał w dziesiątkę”. Wylądowaliśmy, zaraz po Świętach Bożego Narodzenia w tym cudownie – wreszcie – opustoszałym miejscu. Niedługo po przejściu “huraganu Barbara” (czy też tornado, nie pamiętam, jak to nazywały media), w którym przyjezdnych, czy też turystów można było zliczyć na palcach jednej ręki. W Sylwestra pomnożyli się do dwóch rąk. Tak na oko.

IMG_1816

Z czego się składał nasz logaut? Z tego – z czego – jak zrozumiałam jakiś czas temu – każda para powinna korzystać raz na jakiś czas. Obligatoryjnie! 😉

Zajmowaliśmy się sobą, swoimi emocjonalnymi potrzebami, uczuciami, pielęgnowaniem ich oraz w dużej, bardzo dużej, w znamienitej – powiedziałabym części – kontaktem z naturą. A ta była dla nas bardzo łaskawa! Zaoferowała nam wszystko to, co ma najwspanialszego, kiedy się przebywa w jej pobliżu, nie gwałcąc jej praw, nie zagłuszając jej swoim własnym “rykiem”, respektując jej autonomię.

Godzinami chodziliśmy brzegiem morza. Rano, w południe, o zmierzchu. Doznawaliśmy przyjemności obcowania z jego bezkresną potęga, siłą, cudowną zmiennością. Napawaliśmy oczy widokami, chłonęliśmy jod, krystalicznie czyste powietrze w miejscu, gdzie nie ma żadnego przemysłu, żadnych zanieczyszczeń. Byliśmy obserwatorami. Czułymi, radosnymi, chłonącymi obserwatorami jego istnienia. W każdym nastroju. Raz słonecznym i łagodnym, innym razem nieco wzburzonym, niemalże agresywnym. Morze po prostu było. Jak to morze. Od zawsze i na zawsze. Szliśmy przed siebie, trzymając się za ręce. Pod wiatr albo z wiatrem. Wtuleni i zasłuchani w to, co ma nam do powiedzenia. I też po prostu byliśmy. Nawet nie rozmawialiśmy za wiele. Czasami jedynie się nad czymś wspólnie zadumaliśmy. Nad spektakularnym widokiem, pięknem krajobrazu. Gwałtowną zmianą pogody.

IMG_1835

IMG_1818

  *   *   *

Wracaliśmy do wynajętego mieszkania, rumiani od wiatru, często przemarznięci, zmęczeni  – ale wypełnieni wewnątrz pięknem tego świata i radością z możliwości obcowania z odwieczną akceptacją natury dla jej prawideł. Oboje czuliśmy, że z kazdym dniem pobytu w to wsiąkamy. W taki rytm, w takie życie. Chłoniemy je i czerpiemy z niego najwyższe dobro.

Kiedy chciało się nam spać – drzemaliśmy. Kiedy było nam zimno – robiliśmy sobie po wielkim kubku herbaty z sokiem malinowym, cytryną i miodem. I dorzucaliśmy do ognia. Literalnie 🙂 Oczywiście – każde z nas – ma trochę inne upodobania w logaucie. Ja bardziej bierne. Mój partner bardziej czynne. Czasami on wstawał bardzo, bardzo rano (nie podzielam tej pasji, ale jej kibicuję) żeby pobiegać. Ja nie lubię zimna. On je znosi z łatwością. I może uprawiać sport w każdych warunkach.

IMG_1842

Czasami ja czytałam, a on drzemał. Czasami on gotował – a ja drzemałam. Czasami on czytał, a ja zajmowałam się kuchnią albo sobą. A czasem – kroiliśmy, szatkowaliśmy, obieraliśmy – razem. Wspólne kucharzenie. Jakże to piękna, mantryczna czynność!

Żyliśmy w rytmie niespiesznym i wyważonym. Czasem mocno wspólnym, czasem na wpół-osobnym. Ale podzielanym co do tego, że logaut ma na nas zbawienny wpływ.

Dziś, z perspektywy czasu na ten wyjazd patrząc – widzę, jak bardzo był cenny. Jak wiele wniósł w nasze życie.

Mieliśmy tylko siebie i możliwość bycia w naturze. Zero kontekstu towarzyskiego. Zero tak zwanych rozrywek. Oczywiście – nie będę ściemniała – wzięłam laptopa. Głównie po to, żebyśmy mogli obejrzeć  kolejny serial 🙂 Ale wmawiałam sobie rzecz jasna (bo TV było na miejscu) że to dlatego, żebym się mogła zajmować blogiem (nie da się – tak na marginesie – obrabiać bloga z poziomu smartfona, tzn. wordpressa się nie da obrabiać)… Ale po jednej dobie logautu – okazało się, że nie mam na to najmniejszej ochoty.

W końcu dotarło do mnie, że jeśli ja sama nie dam sobie prawa do przerwy, do totalnego wylogowania – bez odczuwania winy, bez wewnętrznych batalii nad tym, że dlaczego nic nie robię, a przecież powinnam – nawet wtedy – kiedy obiektywnie – nie mam żadnej zewnętrznej powinności. Bo w końcu, było nie było – ja się na moim blogu nie zatrudniałam na zasadzie umowy o prace ;-)…To za kilka lat – które miną w okamgnieniu – najprawdopodobniej będę bardzo sfrustrowaną i nieszczęśliwą osobą.

Przez cały rok, z wyjątkiem naszego wyjazdu w Tatry na jesieni – nie byłam na świeżym powietrzu tyle, co przez te 5 dni. Przeczytałam od deski do deski dwa periodyki oraz dwie książki, co w analogicznym czasie w Warszawie – nie zdarza mi się nigdy!

Blame the digital life, of course!

Nigdzie się nam nie spieszyło. Niczego nie chcieliśmy sprawdzać, ani wiedzieć. Nie mieliśmy potrzeby być z niczym, ani z nikim na bieżąco. Byliśmy ze sobą. Dla siebie.

Te pięć dni logautu minęło jak sen złoty…

Co robiliśmy w Sylwestra?

Poszliśmy – jak każdego poprzedniego dnia – na baaaaardzo długi spacer. Pojechaliśmy samochodem kupić w Biedrze czerwone wino oraz Prosecco, a także wiktuały na odświętną kolację (vivat Biedronka! czynna zawsze i wszędzie, nawet na Helu w zimę ;-)…

Nie ubieraliśmy się i nie szykowaliśmy się na nic poza sobą. I chęcią powiedzenia sobie o 24.00, kiedy witaliśmy Nowy Rok na plaży – że jest nam ze sobą dobrze i że życzymy sobie by “ta chwila trwała” przez kolejny rok. A nawet dłużej 🙂 Byliśmy w tym momencie szczęśliwi. Choć to duże słowo. I raczej nim nie szafuję.

Ps. Los logautowiczom sprzyja. Prawdopodobnie (choć tego nie sprawdzaliśmy) luksusowy hotel Bryza – dla swoich wielce szacownych gości – zrobił pokaz ogni sztucznych. No, żeby nie było, że zapłacili za Sylwestra “Somewhere in Hel(l)” 😉

Dobre 10 minut przyglądaliśmy się cudownym fajerwerkom, zupełnie za free.

Prosecco z Biedronki – pite z rogalikowym księżycem w tle, zawieszonym w rozgwieżdżonej otchłani nieba nad szumiącym w rytmie swoich własnych mantr i mającym nasz logaut gdzieś – morzem – smakowało mi lepiej niż szampan!

You may also like

JAJKO – znakomite i nieskomplikowane przepisy z jajkiem w roli głównej
FREE SOLO
ARKTYKA
ODA DO ŚNIADANIA… – czyli do jajka na miękko :-)

Skomentuj