11
Maj
2021
6

ODA DO okularów przeciwsłonecznych – czyli o marce RAY BAN…

Idzie lato, coraz mocniej świeci słońce. Równanie proste jak konstrukcja cepa: wszyscy wyjmują z szafy okulary przeciwsłoneczne… Nie, to nieprawda. Nie wszyscy. Ale większość ludzi – tak. W tym – ja. Mam ich w domu 5 par. Z czego – dwie –  marki RAY BAN

Są i wśród nich i te, pewnej luksusowej marki odzieżowej, które były baaardzo drogie. To był kaprys, którego dziś serdecznie żałuję… Przywiozłam je z Włoch lata temu. A dziś? Praktycznie ich nie noszę. Dlaczego? Model, który kupiłam – wtedy był “jary” – a dziś jest “stary”. Jeżeli chodzi o tzw. funkcjonalność i jakość – wszystko jest z nimi jak najbardziej OK. Świetnie chronią przed ostrymi promieniami słońca. I przez lata użytkowania się nie zepsuły. Dolega im jedynie to, że mają pewien “fason”. A tenże wyszedł z mody…

Wstęp ten poczyniłam specjalnie. Aby uwypuklić, że kolejny tekst z cyklu “oda do”, które raz po raz popełniam, a poświęcone są ikonicznym bytom nie tyle mody (bo ta mnie nie interesuje już od lat zupełnie) a stylu właśnie – dedykowany jest marce Ray Ban – bardzo, ale to bardzo nie bez kozery!

Marka Ray Ban powstała w 1936 roku. Co jak łatwo policzyć daje 85 lat. I temu właśnie, poniekąd, zawdzięcza swoją “kultowość”…

*   *   *

Co robili ludzie, kiedy słońce zaczynało ich „razić” swoim światłem, zanim wynaleziono okulary przeciwsłoneczne? Historia ludzkości, kultury i mody – rzecz jasna, udziela na to pytanie odpowiedzi. Zakładali nakrycia głowy, używali parasoli. Siedzieli w cieniu. Chronili się przed “porażeniem wzroku” w miejscach, gdzie słońce nie docierało (o ile mieli taką możliwość)… Ale przede wszystkim – uczciwa odpowiedź ze statystycznego punktu widzenia brzmi: NIC. Żyli po prostu. I robili, to co robili. Mrużyli oczy, od patrzenia w słonce “ślepli”. I rzecz jasna robiły im się od tego zmarszczki…

Pierwsze zapiski na temat czegoś, co można by nazwać archaiczną formą okularów przeciwsłonecznych pochodzą z Chin, z XII wieku (ykhm). Nie były to okulary przeciwsłoneczne sensu stricto. Były to płytki przydymionego kwarcowego szkła, wkładane w oczy, których cel użycia był ze światłem słonecznym związany najmniej. Służyły bowiem w Państwie Środka – kaście sędziów – podczas rozpraw i posiedzeń do ukrywania przed innymi tego, co mogło by być odczytane w ich oczach, kiedy zapoznawali się ze sprawami nad którymi pracowali i wydawali werdykty.

To, co rozumie się bardziej nowożytnie jako okulary przeciwsłoneczne, czyli “przyrząd”, gdzie zamiast soczewki – jak w modelach korekcyjnych – znajduje się przyciemnione szkło – opracowane zostało dopiero przez niejakiego Jamesa Ayscougha w wieku XVIII, w wiktoriańskiej Anglii. A dokładnie w roku 1752. I miało zastosowanie głównie medyczne. Okulary te miały za zadanie przynosić ulgę ludziom cierpiącym na światłowstręt (jeden z głównych objawów choroby zwanej syfilisem). Nie muszę dodawać, że stać na nie (jak i na wizytę u lekarza, aby je “przepisał”) nie było zbyt wielu…

*   *   *

W 1929 roku pułkownik amerykańskich sił powietrznych John A. Macready podjął współpracę z Bausch & Lomb – firmą z siedzibą w stanie NY produkującą sprzęt medyczny. Nie znam zbyt wielu osób, które noszą tzw. soczewki kontaktowe, a tej marki nie znałyby na pamięć (hehe)…A podjął ją dlatego, że chciał jako wojskowy opracować wraz z nimi taki model okularów przeciwsłonecznych, który by pozwolił amerykańskim pilotom mieć “lepszy komfort pracy”, jak to się dziś określa. Zmniejszyć poziom dystrakcji, zniwelować jak się da najbardziej wszelkie uszczerbki w polu widzenia powodowane przez bardzo silne, dla wzroku niezwykle meczące kontrasty ostrego błękitu i bieli nieba. Pułkownik Macready był też świadom tego, że gogle, jakich powszechnie używali piloci samolotów wojskowych mają poważne “słabości”. Bardzo ciasno przylegające do twarzy, zajmujące połowę jej powierzchni – po wielu godzinach lotu powodowały ogromny dyskomfort fizyczny. Niemiłosiernie cisnęły czaszkę. Gniotły policzki. Powodowały zaburzenia krążenia i opuchliznę wokół oczu. A czasami potworne migreny i bóle głowy. A przede wszystkim, w którymś momencie, prędzej czy później, zaczynały parować. I stawały się nie tylko obciążeniem w pracy, ale realnym zagrożeniem…

Prototyp tzw. awiatorów, wyprodukowanych w 1936 roku przez Bausch – Lomb, które dla tego celu powołało do życia markę Ray Ban (na marginesie – jest to jeden z tzw. Top case w dziejach marketingu, tworzenia marek i ich strategii – ever!) nazwane “okularami przeciwodblaskowymi” miały lekkie, metalowe oprawki i szkło / soczewki w kolorze zielonym, które dawać miały pilotom możliwość komfortu patrzenia w niebo, jednocześnie jego obraz “przyciemniając”. A tym samym umożliwić pełne pole widzenia, bez nagłych, niemożliwych do kontrolowania bolesnych zmrużeń oczu, łzawień i utraty pełnej czujności. Co w lotnictwie bojowym ma znaczenie dalekosiężne, że tak to metaforycznie ujmę…

*   *   *

A teraz śmiało mogę napisać, że “the rest is history”. Już pod marką Ray Ban koncern Bausch & Lomb opracował dwa pierwsze modele, które stały się (a co więcej są po dziś dzień) kultowe. Pierwsze to właśnie tzw. awiatory, drugie to model pod nazwą Wayfayer. Te z kolei w 1952 roku opracował we współpracy z marką dizajner i optyk: Raymond Stegeman. Stegeman czuł się (tak tworzy się historia stylu!) znacznie bardziej dizajnerem niż optykiem z zawodu… Śledził trendy i nazwiska na światowej mapie twórców tzw. sztuki użytkowej z zapałem i zawziętością. Jak głosi legenda szczególnie wielbił (i poniekąd zazdrościł sukcesów) projektantów mebli i architektów wnętrz. A najbardziej zapatrzony był w prace Ray i Charles’a Eames’ów. Ponadto (mówimy o czasach absolutnego rozkwitu amerykańskiej motoryzacji i powstania uwielbianych do dziś modeli aut) podziwiał prace szefa dizajnu w General Motors: Harley’a Earl’a. Earl stał za kilkoma najwspanialszymi modelami samochodów / marek ze stajni tego producenta. W tym za modelami Cadillaca. Muszę w tym miejscu uciąć me wywody, bo wdawanie się w dygresje na tematy motoryzacyjne od strony dizajnu zaprowadzi mnie w tym tekście niechybnie na manowce (hehe). Dość powiedzieć, że rzeczony Earl stworzył model Cadillac Tailfin. I każdy kto się kocha w dizajnie aut wie o czym teraz mówię…

Stegeman kombinował jak by tu zaprojektować model okularów przeciwsłonecznych, którego pożądać będą  wszyscy. I wszyscy go pokochają… Aż wykombinował 🙂

No i tak (w turbo skrócie) powstał model Wayfayer od Ray Ban. Plastikowe, bardzo lekkie, nieco trapezoidalne w kształcie – miały dzięki temu fasonowi dawać ich użytkownikom “look” nowoczesny, modernistyczny, bardziej unisex, a nie jednoznacznie maskulinny, za jaki uchodziły przez długi czas “awiatory”…

Kadr z filmu „Blues Brothers”, w reżyserii John’a Lendis’a, 1980

Kadr z filmu „Thelma and Louise” w reżyserii Ridley’a Scott’a, 1991

 

kadr z filmu „Wściekłe psy” w reżyserii Quentina Tarantino, 1992

Jako dziecię PRL z marką Ray Ban zapoznałam się w zasadzie dopiero jako “dorosła osoba”. Jak większość z mojego pokolenia wchodziłam (za pomocą filmów na przykład) w świat marek jako ktoś, kto o ich znaczeniu w zachodniej popkulturze, tradycji, długoletniej obecności na rynku oraz historii ich powstania nie miał do 1989 roku bladego pojęcia. Taka prawda. Jak i prawdą – już zupełnie “nie moją” czyli subiektywną jest to, że świat “oszalał” na punkcie marki Ray Ban dzięki amerykańskiej kinematografii. A raczej jej globalnego wpływu na ludzi w każdej strefie geograficznej, gdzie docierała, wraz z rozkwitającym kultem gwiazd filmowych…

Amerykanie “dostali kota” na punkcie Ray Ban dużo wcześniej. Już w czasach II wojny światowej. Awiatory Ray Ban miał na nosie generał Douglas MacArthur kiedy amerykanie wylądowali w 1944 na plaży w Filipinach. Co odnotowała – a raczej uwieczniła w powielanych zdjęciach – cała amerykańska prasa. Od poważnych opiniotwórczych periodyków do codziennych bulwarówek. I to wtedy, w USA, każdy od dzieciaka po starca nie mógł się już (choćby nie miał takiego zamiaru) z tą marką nie zapoznać…

I że tak powiem – potem poszło jak z płatka…

 

 

 

 

*   *   *

Wkrótce funkcjonalność “awiatorów” zaczęli doceniać wszyscy, czyli tzw. zwykli ludzie. A kiedy okazało się z biegiem czasu, że okulary Bay Ban jakże sprytnie koncern je produkujący zaczął umieszczać jak to się dzisiaj nazywa jako “product placement” – “dodatek do stylizacji” towarzyszący postaciom w filmach, które oglądały na całym świecie miliony i kochały miliony…

To się nie mogło nie udać! Począwszy od lat 50-tych zeszłego stulecia, zatem, miliony dolarów (w tym miejscu wyobraźcie sobie dźwięk jaki wydaje maszyna do jackpot w kasynie) zaczęły napływać do Ray Ban rzeką…

Kadr z filmu „Top Gun” w reżyserii Tony’ego Scott’a, 1986

*   *   * 

Nie ma dla tego tekstu lepszego podsumowania, a z pewnością dla mnie – zagorzałej kinofilki. Ray Ban – jest legendą. Mitem. Takim samym jak wszystkie wspaniałe postaci, stworzone przez aktorów i aktorki, „noszący” tę markę w obrazach, które przeszły do historii… Wielcy, wspaniali, podziwiani, kochani, wielbieni. A przede wszystkim kopiowani przez dekady. Nie umiem oddać słowami tego jak bardzo podziwiam tę właśnie markę za to, że udało się jej to osiągnąć. Bo jest to wyczyn – sam w sobie! Ray Ban genialnie wręcz meandruje przez popkulturę grubo ponad pół wieku. A to – na serio – udaje się bardzo nielicznym! Wciąż i nieustannie znajdując miejsce dla siebie, nawet dziś, w jakże pędzącej digitalnej rzeczywistości. I przy stale rosnącej konkurencji…A to dlatego, że marka ta stała się czymś, o czym marzy każda marka na świecie. Jest symbolem i metaforą w jednym. I to czegoś najcenniejszego – wartości! Wartości, które niosą (relatywnie rzadko “dla kasy”), a najczęściej całkowicie bezpłatnie i dobrowolnie wszyscy ci, którzy są: autorytetami, ikonami stylu, trendsetterami, pionierami w swojej branży. Ci, którzy wyznaczają trendy, nowe kierunki, budują nowe światy…Ci, na których się patrzy z podziwem. Których chciałoby się naśladować. Być jak oni. “Ambasadorzy” marki Ray Ban. Uosabiać szyk, klasę, styl, ponadczasowość. A przede wszystkim: charakter. I wartości, na których oparli swoje „ja” i na których zbudowali coś istotnego dla kultury, w której żyjemy. Bohaterowie wielu żyć, wielu historii i ich wydań. Ale zawsze właśni. Indywidualni. W coś wierzący. Czegoś konkretnego od życia się domagający i do tego dążący. Coś sobą reprezentujący. Nigdy “miałcy”, ani “nijacy” A już najmniej “tacy jak wszyscy”.

I last but not least: marce Ray Ban udało się jeszcze coś i to jest już całkiem dla mnie niepojęte 😉 Jak każda marka, która krąży w świecie “fashion” – od lat – produkuje raz po raz inne, nowe “modele”, ale stale i wciąż „trzyma się” swoich kultowych awiatorów oraz Wayfayer. Ale, co najważniejsze, w tych dwóch właśnie, takich niby to „starych” i „dawno temu” zaprojektowanych – nie ma nikogo na świecie, kto nie wyglądałby w nich dobrze.

A na to nie mam już słów podziwu!

You may also like

MIES – czyli wszystko co trzeba wiedzieć o van der Rohe…
DRUGA MŁODOŚĆ, cóż z tego, że DRUGA
HELMUT NEWTON. PIĘKNO I BESTIA
BANKSY w Warszawie – czyli wystawa „The Art of Banksy. Without limits”

Skomentuj