21
Paź
2016
35

ODA DO TATR – czyli jak poszłam się wspinać…

Jako dziecko i nastolatka trochę chodziłam po górach, z moimi rodzicami. Od wakacji do wakacji – można by rzec. Nie były to duże szczyty, ani trudne podejścia. Upodobali sobie szczególnie Beskidy.

Chodziłam więc z nimi po tych Beskidach. Trochę z musu. I z pewnością – wtedy – nie umiałam tego docenić. Oni jęczeli z zachwytu nad widokami, przyrodą, oderwaniem się od pracy, miasta, a ja nie rozumiałam o co im chodzi. No bo przecież to męczące jest. Trudne jest. Wszystko na plecach trzeba sobie wnieść na górę. Jak zimno, to zimno jak cholera, jak pada deszcz – to w łeb sobie można strzelić z nudów. No, ładnie czasami jest. Fakt. Ale o co tyle hałasu?

* * *

Zarzuciłam całkowicie chodzenie po górach we wczesnych latach 90-tych. Poszłam na studia, potem do pracy. A potem zaczęłam w końcu, posiadany na własność w szufladzie paszport Rzeczypospolitej Polskiej wykorzystywać do eksploracji świata. Trwała ona równo dwie dekady. Eksplorowanie miejsc odległych jest dla mnie wartością jedyną i niepowtarzalną. Zazwyczaj wyjeżdżałam back-packersko, bez jakichkolwiek rezerwacji czegokolwiek poza biletem lotniczym tam – i – z powrotem. I nigdy tego nie żałowałam. Chciałam poznawać świat z perspektywy “podróżnika”. To – rzecz jasna – zbyt duże słowo, zdaję sobie z tego sprawę – w moim przypadku. Ale nie umiem znaleźć innego, bardziej odpowiedniego.

Bo zawsze było dla mnie – w każdym dalekim miejscu, w którym byłam – najważniejsze to, żeby go doświadczać. Być jak najbliżej świata, w którym się znalazłam. To właśnie uważałam za najbardziej wartościowe i cenne. Nawet kiedy łączyło się ze spartańskimi warunkami i szeregiem niedogodności.

* * *

Poznawanie siebie – to dla mnie słowo klucz, kiedy myślę o podróżach. A te – trzeba zaznaczyć – nie są dla mnie tym samym co “wakacje”. Podróż to taki byt, który nie będąc łatwym – może się okazać czymś niezwykle pięknym i budującym. Hartującym lub wskrzeszającym. Zmieniającym całkowicie optykę i kontekst. Podróż to coś – co daje powód by zeksplorować nie tylko to, co dookoła, ale siebie samego. Motywuje, by zadać sobie istotne pytania. Dla mnie – osobiście – łączy się to z odcięciem się od tego wszystkiego, co stanowi moje codzienne życie. Wyzbycie się go, łącznie z mediami. O mediach społecznościowych nie wspominając…Dopiero wtedy – jestem w stanie spojrzeć na siebie z perspektywy. Dostrzec to, co mi umyka, zagłębić w odległe zakamary swojej duszy, do których nie mam zazwyczaj dostępu. I tak, kiedyś, kilka lat temu, podczas z jednej z dalekich wypraw – zrozumiałam o sobie więcej, niż byłabym w stanie to kiedykolwiek sobie wyobrazić. Pojęłam swoje najskrytsze marzenia, dostrzegłam to, co naprawdę mi sprawia przyjemność, sedno swojego joie de vivre, źródła największych satysfakcji.

W podróżach zrozumiałam jeszcze jedną rzecz. Że każda, nawet krótka – jest metaforą życia. I że ktoś, kto się w nich nie sprawdza – nie sprawdzi się też wtedy, gdy dotychczasowa wygodna i znana codzienność – zamieni się w ciężar.

* * *

Jako zwolenniczka chronienia życia prywatnego, w myśl zasady, że samo określenie “życie prywatne” – jest dokładnie o tym, że nie jest to życie publiczne – nie napiszę o osobie, która mnie na wyjazd w Tatry – pod koniec września tego roku – namówiła.

Ale ważne jest to, że ten ktoś – to facet, który Tatry kocha i uprawia wspinaczkę wysokogórską od lat…

I tak od “rzemyczka do koniczka” – czyli podczas wielu rozmów o jego życiowej fascynacji – dałam się wciągnąć w opowieść – pt. “pójdziemy razem w góry”.

Plan został doskonale przygotowany. Właściwie – mówiąc szczerze – całkowicie przez niego. Nie wtrącałam się, bo i po co? Był dziesiątki razy, zna szlaki, umie, wie, ma sprzęt, zna się. To co ja – dziunia warszawska – mam tu do robienia? Ano, nic. To zresztą mi bardzo pasowało. Bo ja lubię jak mężczyźni potrafią rzeczy zaplanować, zorganizować, zatroszczyć się o wszystko i dopiąć na ostatni guzik.

Wyprawa w Tatry Zachodnie miała trwać trzy dni. Wyjeżdżamy autobusem z Warszawy na noc, po 6.00 rano jesteśmy w Zakopanym, potem wsiadamy w kolejny autobus i jedziemy do Kościeliskiej. A potem idziemy do schroniska na Ornaku, skąd mamy bazę wypadową w góry. I tak też się stało. I tu ważna uwaga. Nie zajrzałam nawet do google, ani na jedną mapę, żeby się zorientować, gdzie ja w ogóle jadę. O jakich wysokościach mówimy. Uznałam, że mój partner wie co robi. Powiedział mi, że jest pewien, że dam sobie radę. Bo mam świetną kondycję. I że będzie wspaniale. No, dobra. OK.

Ale ja przecież nie chodziłam po górach grubo ponad 20 lat. Zapomniałam jak to jest kompletnie. Ale słowo się rzekło, kobyłka u płota.

img_2510_tatry_2016_1Kiedy dotarliśmy do schroniska, po półtorej godziny mozolnego marszu (mozolnego tylko dla mnie, bo to ja go spowalniałam i to bardzo), po drodze mijając widoki, które cieszyły serce, pogoda była piękna, a powietrze rześkie – jakoś – pomimo całej nocy w autobusie, głównie zresztą nieprzespanej – choć miałam już lekko wszystkiego dość – o tych – jakże istotnych szczegółach – zapomniałam. Szczerze? Marzyłam jedynie o zwaleniu plecaka, gorącym prysznicu, wielkim śniadaniu. I żeby się w końcu wypoziomować. Z tego wszystkiego możliwe było tylko śniadanie. Urocza dziewczynka ze schroniskowej recepcji poinformowała nas (no, raczej mnie ;-), że doba pokojowa zaczyna się od 14.00. Ciepła woda zaś jest od 16.00 do 8.00 rano. A była 9.30.

Zrobiło mi się trochę nieswojo. Ale co tam, pomyślałam. Pogoda piękna, posiedzimy sobie na słońcu, jakoś to będzie. Zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy po kubku kawy, plecaki wylądowały w przechowalni. Usiedliśmy na ławie na zewnątrz.

img_2552_tatry_2016-2b

Schronisko PTTK na Hali Ornak

img_2515_tatry-2016-2Te 1.080 metrów n.p.m., na którym schronisko jest położone, a na które wdrapałam się po nieprzespanej nocy – zmąciło mi umysł zupełnie. Gdy mój partner – z uśmiechem na ustach – wpatrując się w szczyt naprzeciwko, w który ja gapiłam się od kilku minut niczym sroka w gnat, całkowicie bezrozumnie, a który majaczył w tle – dla mnie z tej perspektywy – niczym Everest – powiedział:

– No to co? Szkoda dnia, dawaj, dzida w góry!

– Ale gdzie? –  zapytałam

– No tam – wskazał palcem – dokładnie tam, gdzie przed chwilą patrzyłam, jak w jakąś monstrualnych rozmiarów fototapetę.

Zamarłam.

– To jest niemożliwe. Nie dam rady.

– Oczywiście, że dasz! – powiedział.

I poszliśmy.

 

* * *

Ornak – nie jest wysokim szczytem, leży nieco ponad 1800 metrów n.p.m. Ale podejście jest dość strome, a końcowe 200 metrów jest cholernie ciężkie. Nie wiedziałam oczywiście tego wcale. Wąska ścieżka wije się wśród widoków, które wyciskają łzy z oczu! Ale łatwo nie jest. Kamienne bloki, które na niej leżą, tworzą schody o wysokości od 30 do 50 centymetrów. Pnąc się w stałym tempie w górę, z tylko jednym popasem na Przełęczy Iwanickiej – nie spotkaliśmy prawie nikogo. Oprócz kilku młodych i bardzo zaawansowanych w chodzeniu po górach chłopaków ze Śląska, którzy trenowali przed sezonem wspinaczkowym i pary (co wynikało z rozmowy jaką prowadzili, kiedy nas mijali – zawodników sportowych, zdajsie kulomiotów, którzy byli w Zakopanym na jakimś zgrupowaniu). Byłam cholernie zmęczona, ale starałam się o tym nie myśleć. Mój partner powtarzał mi raz po raz: “uwierz mi, na szczycie spotka cię nagroda”. Starałam się w to wierzyć. Choć było to miejscami trudne. Słychać było jedynie śpiew ptaków i ciszę, która aż dzwoniła w uszach. W momentach, w których miałam kryzysy woli, pasłam oczy widokami i pomna uwag i wstępnych “wykładni”, zanim ruszyliśmy – starałam się miarowo oddychać, wciągając jak najgłębiej powietrze do płuc i metodycznie wbijałam kije trekkingowe w podłoże.

Kije, dodam, które miałam pierwszy raz wtedy w ręku, a byłam im wstępnie – bardzo niechętna. Wydawały mi się na początku zbędnym balastem, zajmującym ręce, dodatkowo musiałam się je nauczyć obsługiwać. Ale, okazały się być wybawieniem. Nie wiem, jak bym tam wlazła bez nich. Kiedy – po ponad 4 godzinach wspinaczki – wylądowałam na szczycie Ornaka – przysięgam wam – czułam przede wszystkim tak dziką satysfakcje, taką dumę, że zapomniałam zupełnie o zmęczeniu ciała. Wyparłam je. Stanięcie na wysokościach, kiedy widzi się wszystko niemalże z lotu ptaka – jest jak bycie na haju. Daje kopa i poczucie niewyobrażalnej wolności. I mocy. Dawno, o ile w ogóle – nie czułam się tak bardzo wypełniona emocjami, których nazwać nie sposób. Bo są one z gruntu o tym, czego ktoś – kto tego nie doświadcza – nie pojmie…

img_2543_tatry_2016-6

img_2537_tatry-2016-5

Ale kiedy się wspięło – trzeba zejść.

Nie byłam w stanie mentalnie ogarnąć (z braku doświadczenia i ze zmęczenia) że ta sama droga, którą pochodziłam z takim mozołem – będzie w dół – kosztować mnie jeszcze więcej wysiłku. Od konieczności patrzenia bezustannie pod nogi, a zatem spuszczania wzroku przez cały czas – kręciło mi się w głowie. Na domiar złego, w połowie zejścia zaczęłam odczuwać, że moje kończyny dolne zamieniły się w waciano – galaretowate, kompletnie obolałe dwa odrębne organizmy. Już nie zespolone z resztą mojego ciała, a którym mój mózg musiał stale wydawać komendy, żeby się poruszały, bo inaczej stałyby w miejscu lub się bezwładnie ugięły. Stopy (co z tego że w profesjonalnych butach) – żyły także swoim życiem. Każda z nich obijała się na kolejnym skalnym stopniu o twardą krawędź z przeszywającym bólem. Pierwszy raz w życiu czułam tak bardzo dojmująco, że mam palce u nóg. W liczbie dziesięć.

W porównaniu z tym, jak było pod górę – schodzenie na dół – było udręką.

Dwie godziny później – ostatnie pół kilometra do schroniska – wracałam na bezwładnych i rozedrganych każdym mięśniem kulasach, które wlokłam jedynie dzięki kijom i choć tego w sobie szczerze nienawidziłam – zadając co 10 minut swemu towarzyszowi – idiotycznie infantylne pytanie: “daleko jeszcze?”.

* * *

Żadne piwo z sokiem nie smakowało mi jak te, które wyżłopałam po tym, kiedy ponownie przekroczyłam progi schroniska. Żaden gorący prysznic nie rokoszował w życiu tak bardzo.

Kiedy około 18.00 poszliśmy do pokoju – zalec – byłam kompletnie skołowaciała. Tak fizycznie, jak i psychicznie. Ale także przepełniona błogim spokojem i uczuciem wielkiej satysfakcji. Jedyny stan w swoim rodzaju. Facet, który chciał się podzielić ze mną swoim światem – a który po górach biega i dla którego taki towarzysz jak ja – to literalnie – żaden “sparring partner”- pokazał mi kawał świata, który kocha, a za który ja – zawsze już będę mu wdzięczna. I znacznie więcej – pokazał mi także siebie w sytuacji, której nie da się uświadczyć w domu na kanapie.

Nie tylko we mnie wierzył, nie tylko mnie wspierał, opiekował się mną i motywował do dalszego wysiłku, ale powtarzał mi, że jest ze mnie wściekle dumny!

* * *

Następne dwa dni chodziłam dalej z nim po górach. I chodziłam coraz bardziej świadomie. Coraz bardziej się w to zatapiając. I coraz bardziej umiałam docenić to, czego doświadczam. Byłam “zawieszona” w tu i teraz, oderwana od tego co było i tego co będzie. Była tylko wspinaczka, niczym mantrowanie. Metodyczny ruch, skupienie na oddechu. Świat, który mnie otaczał, uwalniał z każdą godziną mój umysł od ciężaru zmartwień, trosk, kłopotów, myśli o rzeczach, które nie dotyczyły tej chwili. Błogosławiony stan! Kiedy trzeciego dnia usiedliśmy odpocząć na skalnej półce, w miejscu, gdzie roztaczał sie oszałamiający widok na szczyty, przygrzewało słońce, wokół nas była tylko monumentalna przyroda i nikogo jak okiem sięgnąć – powiedziałam – spontanicznie – bo tak właśnie czułam “tu jest tak pięknie, że chciałabym się już nigdy stąd nie ruszyć, zostać tu na zawsze”.

* * *

img_2647_tatry_2016-12

 

img_2653_tatry_2016-13

 

 

 

Dlatego dzisiaj, kiedy to pisze – a moje ciało zapomniało już zupełnie o tym, co przeszło – ale głowa i serce pamiętają – wiem jedno: chce jeszcze kiedyś pójść z nim w góry. Nęcą mnie jeszcze wyższe szczyty. Bycie coraz wyżej, dalej. Kolejne stopnie sprawdzania siebie, pokonywania własnych słabości. To wspaniałe, nieporównywalne z niczym innym odczucie oderwania się, transgresyjnego wyjścia poza swoje cielesne ograniczenia – dzięki niemu – mnie fascynuje.

 

 

 

 

img_2637_tatry-2016-10

img_2656_tatry-2016-14

* * *

A clue tego wszystkiego jest takie, że cudowne Tatry zaczęłam eksplorować z kimś, kto dał mi nie tylko je. Dał mi to wszystko, co jest dla mnie najważniejsze. Dowód na to, że wspinaczka wysokogórska to zaiste metafora życia. Jeśli masz w nim partnera, który potrafi być z tobą tak na dobre, jak i na złe, partnera, na którym możesz polegać, kogoś – kto cię wspiera, motywuje i nie zawodzi, kiedy kompletnie wysiadasz – to kolejny szczyt jest czymś znacznie bardziej wzniosłym niż metry nad poziomem morza.

Wszystkie zdjęcia autorstwa mojego partnera, czyli Kozicy Górskiej 😉

You may also like

JAJKO – znakomite i nieskomplikowane przepisy z jajkiem w roli głównej
FREE SOLO
ODA DO ŚNIADANIA… – czyli do jajka na miękko :-)
NURIEJEW bez kurtyny