29
lip
2022
8

OJCIEC

OJCIEC (The Father) Reż. Florian Zeller, Scen. Christopher Hampton & Florian Zeller na podstawie sztuki jego autorstwa; Wyk. Anthony Hopkins, Olivia Colman, Olivia Williams, Imogen Poots, Mark Gatiss, Wlk. Brytania, Francja, 2020

Rzadko zdarza się kino tak subtelnie piękne, a jednocześnie okrutne w swej wymowie jak OJCIEC. Co więcej jest to ten przypadek dzieła filmowego, który w sposób nie pozostawiający najmniejszych wątpliwości udowadnia, że artyzm w sztuce – nie potrzebuje ani wielkich nakładów finansowych ani realizacyjnego rozmachu by lśnić. Ojciec to doskonały tekst i popis maestrii Anthony’ego Hopkins’a – tak wspaniały, że nie mam słów podziwu…

Tytułem wstępu:

Ojciec w reżyserii Floriana Zellera trafił na ekrany polskich kin, z powodu pandemii, z wielomiesięcznym opóźnieniem. Miałam w planach obejrzeć go w kinie, w zasadzie – co dość oczywiste w moim przypadku – głównie ze względu na obsadę. Tytułowego Ojca kreuje Anthony Hopkins, którego wielbię absolutnie, można powiedzieć – od zawsze, a partneruje mu Olivia Colman, którą ubóstwiam od momentu kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ją na ekranie, czyli w serialu „Broadchurch”

W przypadku tego duetu – dwojga absolutnych tuzów aktorstwa – przyznaję szczerze – tematyka filmu, osoba reżysera, scenarzysty i cała reszta były dla mnie – mniej istotne. 

Wyszło jak wyszło. Jak z wieloma rzeczami w czasach post-pandemicznych. Do kina na Ojca nie poszłam. Jednak o filmie tym nie zapomniałam. Tym bardziej, że w tzw. międzyczasie obraz ten został dosłownie obsypany (ogółem ponad 150) nominacjami do najważniejszych nagród filmowych. Finalnie otrzymał dwie z najbardziej prestiżowych statuetek: Bafta oraz Oscara w dokładnie tych samych kategoriach: dla Anthony’ego Hopkins’a oraz dla autorów scenariusza: znanego mi od dawna i niezwykle szanowanego fachmistrza w tej dziedzinie Christophera Hamptona („Niebezpieczne związki”; „Całkowite zaćmienie”; „Pokuta”) oraz całkiem nieznanego mi Floriana Zellera. Obu panów dzieli nieco metryka, ale łączy to, że są zarówno dramaturgami, jak i scenarzystami filmowymi z inklinacją do reżyserii. I jak sobie doczytałam na okoliczność tego tekstu: Florian Zeller jest od dawna bardzo znany i nagradzany. Jego powieści zostały przetłumaczone na 10 języków, sztuki (w tym „Ojciec”) wystawiane są na deskach teatralnych całego świata, a krytycy wręcz noszą go na rękach…

*   *  *

Bez mała 85 letni obecnie Anthony Hopkins – jeden z najwybitniejszych aktorów brytyjskich, jakich poznała współczesna kinematografia kiedy podjął się zagrania roli w Ojcu był rówieśnikiem kreowanego przez siebie bohatera. Jako jego zagorzała wielbicielka wiem, że jest w doskonałej kondycji psychicznej i mentalnej. Instagramowe konto aktora śledzi ponad 3 miliony osób (sic!). Sir Anthony Hopkins dzieli się na nim dość regularnie refleksjami na temat życia oraz swoją twórczością (jest także malarzem), pięknie gra na pianinie, kręci filmiki na których tańczy w rytm znanych utworów muzycznych i rozczula mnie tym jak bardzo kocha swego kota – bom kociara…

Tymczasem obraz Ojciec skupia się na postaci człowieka w jego wieku, dotkniętego postępującą demencją oraz jego relacji z dojrzałą wiekiem córką Anne (w tej roli – znowu muszę to napisać  jak zawsze wspaniała Olivia Colman). 

Clue narracji Ojca jest pozornie – proste. To kameralny dramat o bardzo od-scenicznym / teatralnym charakterze, którego akcja dzieje się w zasadzie w dwóch pomieszczeniach. Jako reprezentantka pokolenia dzieci PRL’u mogę śmiało napisać, że Ojciec jest swego rodzaju najwyższej jakości produkcją z gatunku „teatr telewizji”. I jest to w tym przypadku komplement…

*   *   *

Streszczenie fabuły filmu Ojciec nie należy do tych, które w dzisiejszych czasach mają szansę zachęcić miliony do jego obejrzenia…W swym sednie bowiem – to historia o chorującym i cierpiącym starym człowieku… Anthony ma 80 lat. Z grona najbliższej rodziny została mu tylko jedyna córka – kochająca córka – dodajmy. Kobieta pracuje zawodowo, najprawdopodobniej na wymagającym i odpowiedzialnym stanowisku i nie ma zbyt wiele czasu wolnego. Pomimo to otacza ojca opieką i stara się nim zajmować na tyle, na ile tylko jest to możliwe. Ale stan Anthony’ego stale się pogarsza. Kiedy poznajemy tytułowego bohatera – można go określić mianem zgryźliwego staruszka. Lekko dziwacznego w zachowaniach, upartego, apodyktycznego. Jednym zdaniem – trudnego w pożyciu. Z biegiem czasu Anthony niejako na naszych oczach – staje się coraz bardziej nieobliczalny, niezdolny do samodzielnej oceny sytuacji i co więcej stanu swego zdrowia… Demencja zabiera mu coraz więcej jego „ja”, odziera z poczucia stabilizacji i bezpieczeństwa, czyni jego życie codzienne i tak już z racji na podeszły wiek mocno samotne – nieznośnym – psując nawet te drobne radości życia i przyjemnostki jakie mu pozostały. Gmatwa czasy: przeszłość plącze z teraźniejszością. Zaciera ślady pamięciowe. Myli obrazy i wspomnienia. Nakłada na nie życzenia, lęki, traumy z przeszłości. Obawy, urojenia oraz fantazje. Miesza realne z wyobrażonym i prześnionym. Tu i teraz – z tym co było. 

Z biegiem czasu – kolejne etapy choroby stają się dla Anthony’ego swego rodzaju „pułapką”. Każda osoba z którą ma do czynienia wydaje mu się wpierw kimś kto go nie rozumie, potem kimś kogo nie poznaje, a jeszcze innym razem kimś całkiem obcym. A finalnie – wrogiem – bo dla siebie samego Anthony jest także coraz bardziej nierozpoznawalny i niepojęty… 

Dla Anne – z kolei – jej ojciec staje się coraz większym ciężarem. Obcowanie z nim coraz większym cierpieniem psychicznym. Opieka nad nim – jest coraz bardziej czasochłonna, kosztuje coraz więcej poświęceń. I degraduje jej życie osobiste. Wydziera z niej wszystkie siły witalne, skazuje na problemy w relacji z jej bliskimi, a przede wszystkim trzyma stale w szachu, permanentnego lęku, zmieszanego z poczuciem winy i bezradnością… Anne czuje się udręczona koniecznością odpowiadania sobie na pytania najtrudniejsze z możliwych. Bo choć – jako kochająca córka – staje na uszach aby znajdować dla Anthony’ego jak najbardziej odpowiednie, wykwalifikowane opiekunki – Ojciec – oczekuje od niej tego, że to ona poświęci mu się całkowicie. Zatrudniane przez nią „ przybyszki z obcego świata” traktuje jak intruzów, w dodatku o złych zamiarach.  Nic więc dziwnego, że każda kolejna, nawet najbardziej sowicie opłacana – prędzej czy później daje dyla zostawiajac Anne z rozdzierającym serce pytaniem: „co robić dalej”?…

*   *  * 

Jeżeli nie stało się to oczywiste do tej pory – najwyższa pora napisać to wprost: Ojciec stoi na kreacji Anthony’ego Hopkins’a! Świetny scenariusz – ma tu znaczenie – jak zawsze. Ale w przypadku tego obrazu jest jasne i oczywiste, że główną rolę mógł udźwignąć jedynie gigant aktorstwa i że bez mistrzowskiego warsztatu jej odtwórcy Ojciec byłby jedynie jakimś rodzajem stereotypowej i przepraszam za weredyzm „niestrawnej” dla większości widzów w oglądaniu – makatki… 

Znam osobiście i blisko dwie rodziny, które przechodziły proces opieki nad bliskim z zaawansowaną demencją starczą. I wiem jakie to piekło. A jeszcze bardziej wiem jak wielkim tematem tabu jest zagadnienie, którym film Ojciec zajmuje się w swoim sednie – bo skupia się na postaci osoby cierpiącej na te chorobę! 

To bardzo smutne, ze żyjemy w kraju gdzie kwestie starości, niedołęstwa mentalnego i postępującej degradacji funkcjonowania ludzi cierpiących na demencje są w dyskursie społecznym i mainstreamowym – tabuizowane. To bardzo smutne, że nie mówi się głośno o tym jak wielkie koszty psychiczne ponoszą ci, którzy dokonują wysiłków koegzystowania i opieki nad rodzicami z chorobą Alzheimera…

To straszne, ze żyjmy w kraju, w którym system opieki medycznej i społecznej kuleje kompletnie w tym zakresie. I nie zapewnia chorym na demencję należytej opieki. A jej prywatny zakres – nie dość że jest mocno wizerunkowo zszargany to jeszcze w zasadzie dostępny jedynie elicie finansowej. 

A najbardziej dramatyczne jest to, że ludzi takich jak Anthony sportretowany w obrazie Ojciec według danych WHO jest na świecie już prawie 60 milionów (sic!). Do 2030 szacuje się, że wzrosną do prawie 80 milionów…  Dane statystyczne z samej Polski (i to przestarzałe, z powodu „przerwy w pomiarach” spowodowanej pandemią) z roku 2019 mówią o medycznie zarejestrowanych chorych z objawami demencji w liczbie pół miliona (sic!). 

*   *  *

Świat, w którym wszyscy żyjmy jest światem zdegradowanym. I cierpiącym. Jest też światem starzejących się sytych i zamożnych społeczeństw zachodnioeuropejskich, w których postęp cywilizacyjny, technologiczny i towarzyszące mu wyparcie tego wszystkiego co dotyczy czy może dotyczyć naszego gatunku u schyłku życia – jest sprowadzone do „podziemia”. Żyjemy w świecie totalnej iluzji, w którym odwracamy oczy od każdego procesu degradacji fizis i umysłu, omamieni kompletnie stale rosnącymi możliwościami konstruowania coraz bardziej „idealnych” awatarnych wydań siebie samych tak bardzo, że już w ogóle nie zauważamy tego, że digital zrobil z nas ludzi, którzy stale na zdjęciach wyglądają jedynie młodziej, stale coraz lepiej się czują i stale są w procesie odwrotnym od naturalnego…

Ojciec jest filmem bardzo bolesnym. Na którym spłakałam się straszliwie. Choroba Alzheimera zwana potocznie demencją bywa jak twierdzi nauka po części dziedziczna. Jednak jej etiologia nie jest do końca znana. Spory naukowców na temat tego jak duże znaczenie maja dla jej rozwoju czynniki psychologiczne – trwają do dziś. Potencjalnie – może spotkać każdego z nas…

I w tym miejscu chciałabym oddać hołd Anthony’emu Hopkins’owi! I podziękować mu z całego serca za jego kreację w obrazie Ojciec. Bo dzięki jego absolutnie wybitnemu talentowi udało się mu stworzyć obraz tej choroby tak bardzo żywy, że – dotykający do trzewi…

Kreowaną przez niego postać w filmie Ojciec traktuje jako więcej niż porażającą maestrią kreację aktorską. Traktuje jako wkład tego wspaniałego artysty w dyskurs społeczny na arcyważny temat. Hopkins dał w tym filmie bowiem swoją rozpoznawalną globalnie twarz i nazwisko dla sprawy! A to budzi mój najwyższy szacunek i wdzięczność.

Bo dzięki temu dostajemy wgląd w „rzeczywistość”, której nie rozumie nikt kto nie ma z nią do czynienia. Łącznie z najbliższymi, którzy koegzystują na co dzień z tymi, którzy na demencję cierpią. 

Kreowany przez Hopkins’a bohater jest „krzykiem” do nas – widzów – krzykiem nie proszącym o litość, ale o zrozumienie. Jest też lustrem, w którym możemy przyjrzeć się wypieranej i niechcianej prawdzie o chorobie, która zmienia całość obrazu „ja” zarówno u chorego, jak i w jego otoczeniu. Chorobie, która literalnie dewastuje to wszystko, co stanowi jakiekolwiek umocowanie dla tożsamości i poczucia istnienia w ciągłości życia – kompleksowo. Zabiera choremu najważniejsze dla naszego gatunku poczucie – a jest nim samoświadomość istnienia na continuum. Czyni kompletnie bezbronną/ym wobec świata. A dla najbliższych staje się postacią niepojętą i obcą. 

Scena w której Hopkins oddaje rozpacz wynikłą z poczucia kompletnej bezsilności i pogubienia w chorobie, która go „zjada żywcem” odejmując całkowicie poczucie jakiegokolwiek sprawstwa i kontroli nad sobą samym  – mnie roz*** w drebiezgi…

Zmierzam do puenty. Ojciec to nie jest film, który się ogląda łatwo i przyjemnie. Jestem w pełni świadoma faktu, że jego formalna realizacyjna świetność wraz ze wszystkimi nagrodami jakie otrzymał – niestety nie bronią go przed byciem „pominiętym”. Bo w takiej kulturze obecnie żyjemy. To nie jest długi film. Trwa nieco ponad półtorej godziny. Ale boli, boli bardzo. Zadaje pytania, stawia przed kwestiami i pytaniami od których zazwyczaj uciekamy, z którymi nie chcemy się konfrontować…

Dlatego właśnie – namawiam Was – obejrzyjcie film Ojciec. Bo jest to film ważny, mądry i głęboko humanistyczny, a zagrany tak – że klękajcie narody! 

Opowie Wam o tym, czego wcale nie chcecie wiedzieć. Choć wiedzieć – wszyscy – powinniśmy.

Pokaże świat, który może być Waszym udziałem. I w sposób, którego celem jest coś uzmysłowić, skłonić do refleksji – a to samo w sobie jest wielką wartością!

Będzie Wam z tym obrazem z pewnością mocno niekomfortowo i być może nawet będziecie źli, że nie spędziliście wieczoru na czymś przyjemniejszym i radośniejszym. 

Ale jak nie teraz, to kiedy?…

 

You may also like

Wracają KONFRONTACJE FILMOWE
PARYŻ, 13. DZIELNICA
WINONA RYDER: mistrzyni, outsiderka
MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI

Skomentuj