17
paź
2015
88

OLIVE KITTERIDGE

OLIVE KITTERIDGE (Olive Kitteridge), Reż. Lisa Cholodenko, Scenariusz: Jane Anderson oraz Elizabeth Strout (na podstawie jej powieści), Wyk. Frances McDormand, Richard Jenkins, Peter Mullan, Zoe Kazan, John Gallagher Jr., Bill Murray, USA, 2014, HBO

olive-poster

Olive Kitteridge jest tego typu produkcją, po której obejrzeniu nawet nie chce sobie wyobrażać, że mogłam byłam ją przegapić. TO MAJSTERSZTYK!

Ma jedynie cztery odcinki, ale nosi znamiona tego wszystkiego, co czyni w moich oczach gatunek TV – zwany miniserialem – bytem, który zasługuje na szczególne względy. Daje bowiem szansę na najpełniejsze wykorzystanie potencjału tkwiącego w tekście – którego na wielosezonowy serial jest za mało, a na potrzeby pełnometrażowej dwugodzinnej fabuły, trzeba byłoby go wykastrować – czyli zubożyć i okaleczyć.

Olive Kitteridge to nie jest byle jaka sprawa! O nie! To produkcja oparta na wybitnej prozie -nagrodzonej Pulitzerem książce, autorstwa Elizabeth Strout, pod tym samym tytułem.

Fart to niebywały, że zainteresowała się nią Frances McDormand (tu przypomnę jedynie tym, którzy nie kojarzą: to wybitna aktorka, między innymi laureatka Oscara za rolę ciężarnej policjantki w kultowym “Fargo” braci Coen, z których jeden – Joel – jest jej małżonkiem). I to na długo przed tym, kiedy Strout otrzymała za nią najbardziej prestiżową literacką nagrodę, wręczaną pisarzom w USA. Potem byłoby za późno. W amerykańskim biznesie filmowym żartów nie ma. Wygrywają ci, co mają nosa i to znacznie wcześniej niż inni. Dzień po ogłoszeniu, że została nagrodzona stał się dla pisarki dniem opętanego dobijania się do niej o prawo zakupu praw autorskich. Ale wtedy wszystko już było ustalone pomiędzy nią, a McDormand. Uff!

Kiedy weźmie się pod uwagę fakt, że McDormand jest z dokładnie tego samego pokolenia co Strout (różni je jedynie 2 lata) – staje się tym bardziej zrozumiałe, dlaczego aktorce tak bardzo zależało na wyprodukowaniu tego serialu i zagraniu roli Olive Kitteridge!

Bo, jeśli, tak jak McDormand kocha się teatr, uwielbia grać, ale role, które są wyzwaniem, a nie jedynie występem przed kamerą – taka postać, jaką stworzyła Strout to okazja, której nie można przegapić.

Olive Kitteridge to przepięknie wycyzelowany, głęboko ludzki, wzruszający w swej prawdzie potrójny portret: psychologiczny, kulturowy i pokoleniowy pewnej kobiety z długoletnim stażem małżeńskim.

W narrację na temat bohaterki wprowadza nas pewna znamienna scena – jest to zabieg z gruntu bardzo literacki – a który w kinematografii lubię szczególnie. Olive Kitteridge poznajemy bowiem w momencie, kiedy stoi samotnie w lesie, z nabitym pistoletem, zamierzając popełnić samobójstwo…

Od tej chwili, przez cztery godzinne odcinki będziemy mogli śledzić losy bohaterki, wraz z detalistycznym obrazem tego wszystkiego, co składa się na opowieść jej życia na przestrzeni ćwierć wieku.

Małżeństwo Kitteridge pokazano w narracji, ktora retrospektywnie wraca ku przeszłym wydarzeniom i na powrót przenosi nas w “tu i teraz”. I okaże się, że jak to bywa, pozornie nudne i zwyczajne życie pewnego stadła ma jednak swoje ukryte dno, niuanse, małe z pozoru wydarzenia, które miały niebagatelny wpływ na jego dynamikę.

Kiedy ludzie są ze soba bardzo długo, łączy ich tak samo wiele z tego, co ich zawsze scalało, jak i to co kiedyś ich podzieliło. To prawda mało atrakcyjna, ale jakże psychologicznie wiarygodna!

Trwanie w związku jest zawsze bowiem opowieścią zarówno o tym, co jest jego spoiwem, jak i tym wszystkim, z czego chcieliśmy się wyrwać, czego nie akceptujemy, co nas drażni, z czego w naszym odczuciu musieliśmy zrezygnować, co „odłożyliśmy na półkę”, co zostało przemilczane, niedopowiedziane. A każda opowieść o rodzinie – jest zbiorem dziesiątków zdarzeń i elementów, które powodują, że gdyby poszczególnym jej członkom dać do ułożenia te same puzzle zatytułowane “ja i moi najbliżsi” – otrzymamy inne układanki. Tylko pewne fragmenty będą spójne dla każdej z nich. A nader często i tak nie takie, jak je sobie wyobrażaliśmy.

olive.kolacja

Olive (McDormand) i jej mąż Henry (Jenkins) mieszkają na przedmieściach niewielkiego miasteczka, w stanie Maine. Ona jest nauczycielką matematyki w szkole podstawowej, on właścicielem lokalnej apteki. Stanowią niby to zwyczajną parę, przedstawicieli klasy średniej. Wszystko w rachunku się zgadza. Dobre dochody pozwalają na godziwe życie, samochód, dom z ogrodem, odkładanie pieniędzy na uniwersytecką edukację dla syna jedynaka i “na starość”. Rodzina Kitteridge prowadzi spokojne, zwykłe życie. Dorośli po pracy wracają do domu, ona gotuje, on czyta gazetę. Potem razem z synem, siedzą i jedzą rodzinną kolację przy stole w kuchni. Trochę porozmawiają o wszystkim i niczym (praca każdego z nich, dom, sąsiedzi, lekcje syna – same banały).

Dom państwa Kitteridge jest miejscem, do którego zarówno ona jak i on wydają się być przywiązani mocą tradycji i ról jakie w nim pełnią. Ona jest „gospodynią domową”, a on „głową domu”. Ich małżeński taniec zdaje się pozornie powielać schematyczny obraz wszystkich okropnych małżeństw tego świata –  tych – w których każdy dzień podobny jest do poprzedniego. Unosi się nad nim ten jedyny w swoim rodzaju nieprzyjemny zapaszek rutyny, pomieszany z kwaśnym odorem tłumionych emocji i nigdy nie wywrzeszczanych frustracji.

Henry jest człowiekiem ciepłym, życzliwym i pogodnym. Zna wszystkich mieszkańców miasteczka, a przynajmniej znamienitą większość z nich, w końcu do jego apteki prędzej czy później zajrzy każdy. Dla swoich klientów ma zawsze czas, atencje, poradę i dobre słowo.

jenkins

Podczas, gdy małżonek Olive w lokalnej społeczności jest lubiany i uznawany za “ciepłego misia”, ona sama – wydaje się być całkowitym jego przeciwieństwem. Także pracuje „dla ludzi”, bo uczy w szkole. Owszem. Ale prawie nikt jej tam nie lubi. A już na pewno nie uczniowie i ich rodzice. Jest tym typem nauczycielki, której nikt po latach ciepło nie wspomina. To “jędza”. Wymagająca i sarkastyczna. Ponadto sprawia wrażenie osoby, która ludzi nie lubi, bo się do nich nie garnie. Stanowi więc dla mieszkańców miasteczka postać kogoś, komu bliżej raczej do statusu outsidera.

Olive wydaje sie żywic zarówno wobec siebie jak i życia, które jest jej udziałem głównie gorzką ironię. Taka już jest. Twardo stąpa po ziemi. Każdą z ról społecznych, jakie pełni: jako żona, matka, nauczycielka – traktuje podobnie – zadaniowo.

Jej życiowa filozofia zdaje się być prosta: “życie to nie bajka”. Twardym trzeba być, nie miękkim. Właściwie nie da się jej lubić. Bo jest kolczasta i nieprzystępna. Ale to jedynie pozory. Pod „widocznym” dla innych pancerzem, Olive bowiem skrywa nie tylko wrażliwość, wielkie serce, ale przede wszystkim swoją własną kruchość psychiczną, której dawno temu postanowiła wydać wojnę. Jej samej, zresztą, wydaje się nawet do czasu, że ją wygrała. Musi przyjść dopiero pewien przełomowy  moment w jej życiu, by mogła zrozumieć, że noszona przez nią zbroja – tak samo jak ją chroni, tak i pozbawia jakiejś części siebie. Tej, w której zamiast być zawsze w ataku, może w końcu złożyć broń. Okazać uległość, „miękkie podbrzusze”. A tym samym pozwolić innym, by mogli się do niej zbliżyć.

Co takiego stanowi o tym, że ogląda się ten serial z niemym zachwytem, z pełnym emocjonalnym zaangażowaniem?

Dlaczego Olive Kitteridge jest produkcją więcej niż wspaniałą? Ba, olśniewającą!

Organicznie będąc niechętną wobec zdradzania szczegółów fabuły – napiszę jedynie, że brzmiący jako niezbyt atrakcyjny, jak mniemam – powyższy opis pewnego stadła z amerykańskich przedmieść – jest poprowadzony w sposób genialny! A zawdzięcza to dwóm kluczowym czynnikom. Jednym z nich jest scenariusz, który moim zdaniem jest po prostu brylantowy! Ponieważ nie znam książki Elizabeth Strout, odwołać się mogę do porównania – że najbardziej w swej przenikliwej wybitności przedstawiania złożoności człowieczeństwa w jednostkowym wymiarze –  przypomina mi prozę Alice Munro. Bohaterowie są tak bardzo “dotykalni”, jak się tylko da. To postaci odmalowane tak precyzyjnie i prawdziwie, że całkowicie nas zawłaszczają.

Drugim zaś jest WYBITNE aktorstwo oraz doskonale dobrana obsada do wszystkich kluczowych ról! To, w jaki sposób Frances McDormand warsztatowo utkała postać Olive Kitteridge, a jej męża Henry’ego – partnerujący jej Richard Jenkins – to przykład absolutnych wyżyn i kunsztu w tej profesji. Ich role są hipnotyzujące. A zwłaszcza McDormand. To kreacja z grupy takich, ktore nazywam “transgresyjnymi”. McDormand po prostu jest graną przez siebie bohaterką!

Olive Kitteridge to studium przypadku. Soczewka i ogniskowa. Taki rodzaj kina, który jeśli idzie o produkcje amerykańskie kocham najbardziej. Referencje, a propos tego co mam na myśli mogą stanowić obrazy reżyserów pokroju Todda Solondza lub Alexandra Payne’a.

Bo, ja sama, przyznam się, mam pewną przypadłość: najbardziej wzruszam się tymi opowieściami o ludzkim losie, w których osią wydarzeń, ich epicentrum jest banalna proza życia. To ona mnie emocjonalnie rozwala najbardziej. Odarta z fasadowości, pozbawiona lukru, naga i bezbronna w swej zwyczajności. Bez form i ram. Często nieładna. Krzywa. Koślawa. Nieudolna. Czyniąca szkody i raniąca uczucia. Ale zawsze – prawdziwa!

Olive Kitteridge przeszlochałam całe. Frances McDormand opowiedziała mi bowiem w sposób dojmująco wspaniały kawał życia swej bohaterki – od dojrzałości po starość. Zabrała mnie w podróż – pozwalając oswoić to, czego każdy z nas się boi. Jeśli cokolwiek, bowiem, może uratować przed poczuciem bezsensownego niedopasowania ciała do ducha w świecie zwanym starością – to jest to czułość i bliskość z drugim człowiekiem. Nadzieja umiera ostatnia.

You may also like

NIEBIESKOOKI SAMURAJ
EUFORIA
MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ
SZPIEG WŚRÓD PRZYJACIÓŁ