27
Lut
2021
8

OSIEROCONY BROOKLYN

OSIEROCONY BROOKLYN (Motherless Brooklyn), Reż. & Scen. Edward Norton na podstawie powieści Jonathan’a Lethem’a pod tym samym tytułem. Wyk. Edward Norton, Gugu Matha – Raw, Alec Baldwin, Bruce Willis, Willem Dafoe, Bobby Cannavale, USA, 2019, dostępny na HBO Go

Ależ to jest świetny film! W “starym dobrym stylu”. OSIEROCONY BROOKLYN – owszem – czerpie z klasyki kina noir – garściami, ale jak cudownie sprawnie! Tak stylowego i klimatycznego kryminału, który posiłkuje się dorobkiem najprzedniejszych ikon gatunku, zbudowanym na tekstach klasyków: Dashiell’a‘ Hammett’a, a potem Raymond’a Chandler’a. A rozsławionym w złotej erze Hollywood przez najlepszych reżyserów i największe gwiazdy kina z Humphreyem Bogartem na czele – moje oczęta nie widziały od lat. PYSZNA RZECZ!

Wierzcie mi na słowo: film o tytule OSIEROCONY BROOKLYN (yyyy), który nie wiem kogo w Polsce miałby do siebie zjednać będąc tak przetłumaczonym (no fakt, jest ono wierne aż do bólu, ale jak wiadomo Boy – Żeleński twierdził, że tłumaczenie “może być albo wierne, albo piękne” – ykhm) – może jedynie obsadą. A ta jest w przypadku tego obrazu – co tu dużo gadać – g w i a z d o r s k a! Dlatego uparcie będę twierdzić, że jak film ma tytuł, który wypada w tłumaczeniu na dany język nieatrakcyjnie i nie wzbudza zaciekawienia, nie intryguje, lepiej zostawić tytuł oryginalny…No bo wiecie, tak łopatologicznie: Na “Motherless Brooklyn” przypadkowy widz jeszcze poleci (bo Nowy Jork, bo USA, bo jakieś skojarzenia etc), ale na osierocony? No c’mon…

Ale, porzućmy te wrednawe komentarze. Których nie mogłam sobie odmówić (hehe). A przejdźmy do rzeczy.

A w tej kwestii zacząć trzeba od najważniejszego, czyli: scenarzysty, reżysera, aktora w roli głównej oraz współproducenta tego obrazu w jednym, czyli EDWARDA NORTONA.

A z Edwardem Nortonem, to moi mili Państwo, ja – jako kinofilka – mam bardzo silny związek emocjonalny. Trwały i zadzierzgnięty kilka ładnych dekad temu. Zaczęło się rzecz jasna od “Lęku pierwotnego” z roku 1996 (ale ten czas ten tego…), filmu, w którym Norton zagrał mając lat 27 (czyli – obiektywnie – nie był “młodzieniaszkiem”) – ale to JAK ZAGRAŁ… O żesz ku*** – klękajcie narody! Norton stał się od tamtej pory (nie był to jego debiut ekranowy, ale ykhm – druga rola!) obwołany aktorskim objawieniem. Jak gość z jego pochodzeniem, oraz wykształceniem (jego rodzice stanowili bostońską elitę intelektualną: matka była wykładowczynią literatury na Uniwersytecie, córką jednego z fundatorów bostońskich budynków uczelnianych, zwanych campusami – czy mówi Wam coś pojęcie “Boston League”?), a ojciec bardzo znanym prawnikiem, działającym na rzecz ochrony zabytków przyrody… trafił do świata filmu i dlaczego, to osobna historia. Tym bardziej, że Edward Norton ukończył Yale na wydziale historii (sic!).

To, co napisałam powyżej to nie są tylko puste “snobizmy”. Edward Norton (rocznik 1969) jest bowiem kimś w świecie kina, kto od samego początku wnosił do niego to “coś”, co kino w jego wydaniu czyniło zawsze pogłębionym o intelektualną refleksję…

Czy z opisanymi powyżej referencjami czy też bez – najważniejszym pozostaje fakt, że Norton zapisał się złotymi zgłoskami w umysłach i sercach wszystkich kinomaniaków już w początkach swej kariery. Nie znam NIKOGO kto by nie kochał jego roli w absolutnie kultowym “Fight Club” Davida Finchera, ani żadnej osoby, która by nie klękała przed jego kreacją w “American History X”.

Norton jest w jakiś sobie jedynie znany, szczególnie ważny dla niego sposób emocjonalnie związany z Nowym Jorkiem. Ewidentnie kocha to miasto (zresztą tam żyje i nigdy nie przeprowadził się na stałe do LA). Znamienne dla niego jest także to, że przez co najmniej dwie dekady od debiutu lubił grać szczególnie u reżyserów uchodzących za intelektualistów (“great minds think alike”?). Mam tu na myśli  przede wszystkim Wesa Andersona, z którym zrobił razem sześć filmów (jeśli liczyć nie pokazywany do tej pory z powodu pandemii “The French Dispatch”). Zresztą jego kariera aktorska pokazuje wyraźnie, że Norton próbował wykorzystać swój talent i intelekt (a nawet poczucie humoru – czy raczej zdolność do auto-ironii – skoro przyjął rólkę bufonowatego aktorzyny w uwielbianym przeze mnie, fenomenalnym “Birdman” Alejandro G. Innaritu) na wszelki możliwy sposób.

O tym, że jest trudny we współpracy krążą w Hollywood legendy. Nie wiem jak jest. A rzetelnego oglądu nie mam. Ale można postawić hipotezę, że komuś takiemu jak Norton chodzi jednak o coś więcej niż tylko “fame” (z takiej rodziny zresztą się wywodzi). Już lata temu próbował udowodnić (na ile sobie, na ile światu , a na ile biznesowi filmowemu – tego nie wiadomo), że bycie li i jedynie aktorem, czyli kimś “do wynajęcia” mu nie wystarcza. Ja to szanuję i rozumiem. To jest bardzo okrutna branża dla ambitnych i ceniących przede wszystkim wysiłek intelektualny…

Jego reżyserski debiut pt. “Zakazany owoc” z roku 2000, z Benem Stillerem oraz Jenną Elfman – nie powalił krytyków na łopatki. Mnie też nie. Niemniej moim zdaniem się broni. To bardzo zgrabna komedia romantyczna. Daj Boże (hehe) na naszym rynku takie “takie sobie produkcje komediowe” jak ta (ykhm).

No bo co z tego, że jako aktor ma na koncie trzy nominacje do Oscara, 2 do Złotych Globów, 2 do BAFTA i 1 do Emmy. No co? Pomniejszych zresztą dla ścisłości – obecnie – około setki…

A dla tych, co uważają, że taki “uprzywilejowany” ktoś jak Norton, reprezentant amerykańskiej wyższej klasy średniej oraz “elity” ma napewno łatwiej – mam do powiedzenia tylko tyle. Amerykański przemysł filmowy został zbudowany na najtrwalszych podwalinach kapitalizmu: walcz lub giń… Jesteś tyle wart ile twój ostatni film z pozycji księgowej w excelu… Mama i tata w tym kontekście nikogo nie obchodzą. Taka prawda.

Konkludując. O Osierocony Brooklyn Norton “walczył” prawie dwie dekady. Zdobył prawa do adaptacji bestsellerowej powieści Jonthana Lethema, napisał scenariusz na jej motywach, podjął sie reżyserii oraz co najważniejsze zdobył kasę na produkcję. I jest to moim zdaniem godne najwyższej pochwały. To świetny film. Który mnie kupił całkowicie. I nie chodzi tu jedynie o samego Nortona i jego grę aktorską, która jest oczywiście bez zarzutu. Chodzi o tzw. całokształt. A który buduje sposób narracji, fenomenalne zdjęcia samego Dick’a Pope’a (dwukrotnie nominowanego do Oscara za “Iluzjoniste” oraz “Mr. Turner”), a także za ten film do Złotej Żaby na Camerimage. Wspaniała scenografia. Montaż. Oraz MUZYKA.

I napiszę to wprost. Teraz. Już. TAKIEJ ŚCIEŻKI DŹWIĘKOWEJ jaką ma Osierocony Brooklyn to ja nie słyszałam w kinie od czasu “Zimnej wojny”. To jest jakiś obłęd, całkowity! Odpowiada za nią Daniel Pemberton: czterokrotnie razem z tym tytułem nominowany do Złotego Globa (“Steve Jobs”; “Gold”; “Proces Siódemki z Chicago”, dwukrotnie do BAFTA oraz raz do Emmy (“Czarne lustro”).

Nie ma takich słów jakimi mogłabym oddać jej piękno, a przy tym cudowne zespolenie z obrazem / opowiadaną historią / umiejscowieniem w czasie (lata 50-te zeszłego stulecia). Znajduje się na niej prócz fenomenalnych utworów samego Pembertona i rozdzierająca serce kompozycja Thoma Yorke z Radiohead (każdy kto czyta mojego bloga czy śledzi Instagram – wie, że jest to artysta przed którym klęczę) & Flea z Red Hot Chili Peppers (też kocham) pt. “Daily Battles”. Oraz obezwładniające swym pięknem, lirycznością utwory tuzów muzyki jazzowej: z Marsalis’em Wynton’em na czele (jest też Charlie Parker, Thelonius Monk i Dizzy Gillespie)…

*   *   *

W Polsce powieść Lethema “Osierocony Brooklyn” z 1999 roku ukazała się w 2002. Nie znam jej, więc nie wiem na ile jej ekranizacja jest “wierna” w detalach. Z pewnością zgadza się fakt najważniejszy: głównym bohaterem jest prywatny detektyw cierpiący na syndrom Touretta (najważniejsze objawy to złożone tiki nerwowe, niemożliwe do opanowania; nadpobudliwość ruchowa; perseweracja – czyli powtarzanie tych samych wyrazów oraz koprolalia –uporczywe wypowiadanie wulgarnych słów). Norton chciał jednak aby film na podstawie powieści osadzić w dalszej (od jego pierwotnej akcji) perspektywie czasowej. Zależało mu właśnie na tym, aby film miał klimat czarnego kryminału w retro-stylizacji. Akcja Osierocony Brooklyn dzieje się więc w wydaniu filmowym w roku 1957.

Lionel Esrogg (bo tak się nazywa grany przez niego bohater) dzieciństwo miał ciężkie i traumatyczne. I nie wiadomo co by z niego było (a pewnie niewiele), gdyby nie wyciągnął do niego pomocnej dłoni niejaki Frank Minna (świetny Bruce Willis). Minna zbudował sobie kawałek zawodowego świata jako gość prowadzący prywatną praktykę detektywistyczną w oparciu o dwie zasady: lojalność oddanych mu pracowników i opiekę nad nimi połączoną z mentoringiem. W jego “drużynie” – jak się dowiemy z biegiem akcji oprócz Lionela jest też kilku innych łebskich facetów, którym kiedyś, dawno temu, dał szansę na nowe życie (a grają ich: Bobby Cannavale; Ethan Suplee; Dallas Roberts)…

*   *   *

Jak facet cierpiący na zespól Touretta miałby się w tym fachu sprawdzić? Oto jest pytanie! I zaręczam Wam, że po zaledwie kilku pierwszych minutach filmu, w których bohater grany przez Nortona może u mało wyrafinowanego intelektualnie widza, nawykłego do obcowania z akcją – bądź co bądź – sensacyjną w sposób sztampowy, czyli z postaciami tzw. “twardzieli” budzić jakiś rodzaj irytacji nie tylko z tytułu tików, dziwnych zachowań i wypowiadanych przez niego stale zdań, które brzmią “szaleńczo” – to mija. Bo szybko zrozumiemy to, co kiedyś zrozumiał w swej przenikliwości Frank Minna. Lionel nie jest po prostu “dziwadłem”, który odstręcza – bo tak go odbierają wszyscy, którzy mają z nim do czynienia po raz pierwszy. Jest na swój sposób genialny! Nikt tak jak on nie ma tak absolutnie doskonałej pamięci, nikt tak jak on nie kojarzy w sposób niezwykle subtelny i wnikliwy obrazów ze słowami. Wypowiedzi raz zasłyszanych. I detali, na które inni nie zwracają uwagi wcale…Nikt tak jak Lionel nie jest w stanie – jednym słowem – dokonać tego, co w pracy detektywa jest najistotniejsze. Ze splątanych i pozornie ze sobą nie związanych nitek kilku kłębków – wyciągnąć te, które ułożą się w splot. W obraz. W całość…

Akcja filmu Osierocony Brooklyn zawiązuje się w czasie, kiedy Minna trafia na pewien trop. Sprawy, która wydaje się mu bardzo ważna. I która z pewnością ma drugie, jeśli nie trzecie dno. Tu dygresja: pięknym nawiązaniem symbolicznym w narracji tego obrazu jest fakt, że Lionel u swojego pryncypała ma taką właśnie ksywę: “Brooklyn”. A Frank Minna “nadeptując” na temat i go badając znalazł powiązania z bardzo grubymi rybami… Dotarł do dokumentów, które mogą obciążyć najważniejsze osoby z władz miasta (w roli jednej z nich bardzo dobry Alec Baldwin). Wszystko to dotyczy kwestii związanej z nieruchomościami w dzielnicy, którą w latach 50-tych w NYC zamieszkiwali głównie biedni Afroamerykanie (ykhm)

Mówi Wam coś pojęcie “dzika reprywatyzacja”? …

*   *   *

I zgodnie z klasyką gatunku, Frank Minna – dowiedziawszy się o pewnych sprawach, które nigdy nie miały wyjść na jaw – ginie. “Osierocając” swojego ulubionego podopiecznego Lionela aka Brooklyn (teraz tytuł filmu nabiera głębszego znaczenia i sensu, nieprawdaż? Ale kto to skuma zanim obejrzy?)…

Lionel zatem zrobi wszystko by odkryć prawdę, by dowiedzieć się co stało za śmiercią nie tylko jego “bossa”, ale kogoś, kto był najważniejszym człowiekiem w jego życiu. Kimś, kto nie tylko się nim zaopiekował po śmierci matki, nie tylko w niego uwierzył, ale kimś, kto zbudował jego poczucie, że pomimo skazującej go na ostracyzm społeczny choroby, na którą cierpi – jest w ogóle coś wart.

To, co budzi mój szczególny zachwyt oraz szacunek dla filmu Osierocony Brooklyn to fakt, że Edwardowi Nortonowi udała się trudna sztuka. “Uszył” jako jego twórca swoje własne wydanie kina noir. Po swojemu. Zachowując wspaniale proporcje pomiędzy pierwowzorem literackim, klasyką gatunku, a autorskim naddatkiem, którym jest “podpis odręczny”.

Bo opowieść jaką opowiada jest zarówno klasyką gatunku w warstwie sensacyjnej: kryminalna zagadka do rozwiązania, z szeregiem poszlak bez wyraźnych tropów. Jak i łamigłówkę tym trudniejszą, że ważną emocjonalnie i personalnie dla bohatera. Jest zatem, rzecz jasna, w Osierocony Brooklyn i tajemnicza kobieta: Laura Rose (prześwietna Gugu Mbatha-Raw) i wątek miłosny. Ale przede wszystkim jest właśnie to coś, o co Nortonowi jako twórcy zawsze chodzi: szeroka perspektywa, rozbudowany kontekst i rodzaj intelektualnej i artystycznej misji. Bo sprawa, do której obsesyjnego rozwiązania Lionel będzie dążył – zaprowadzi go do samych wyżyn korupcji w mieście NYC. Narazi wielokrotnie jego życie. Przyniesie kolejne trupy. Będzie tym wszystkim, co nie tylko stanowi o kwintesencji gatunku, ale stanowi o tym, że kino jako medium ma tę możliwość, że może (o ile chce) zajmować się kwestiami istotnymi społecznie! Dla mnie to wielka wartość!

*   *   *

Czy zadawaliście kiedykolwiek innym pytanie czemu kochają bardziej pewne gatunki filmowe od innych? Co porusza ich w kinie jako takim najbardziej? Bo ja tak…

Kino jako medium jest naszym lustrem. Lustrem, w którym poszukujemy refleksów tego wszystkiego czego doświadczamy, ale równie często także tego, czego nam w życiu brak. Ale przede wszystkim lgniemy do kina, które koi nasze zlęknione dusze poczuciem, że zawsze jest jakaś nadzieja, jakieś światełko w tunelu. Coś co nadaje sens istnienia nawet tym, dla których życie jako takie potrafi być najpodlejszą z łajz…

Kochamy oglądać “pokiereszowanych” i “samotnych jeźdźców”, którzy pomimo tego jak bardzo zostali doświadczeni przez los czy innych ludzi – wciąż wyznają szlachetne wartości i mają kręgosłup moralny. Chcą zadośćuczynienia dla czynów ohydnych i kary dla haniebnych ludzi. A raczej ich postępków. Chcemy aby w końcu znaleźli jakiś swój, choćby skromny i mały ale “happy end” dla tego jak bardzo się starali. Jak bardzo na swoją miarę, według swoich możliwości byli “heroiczni”…

I Osierocony Brooklyn to wszystko oferuje. W sposób nie nowatorski – ale jakże wspaniale – klimatyczny i autorski. To film pisany sercem. To film – sercem –zrobiony.

A dla mnie kino, które porusza – zawsze pochodzi z tych właśnie rejestrów.

 

You may also like

SOUND OF METAL
HELMUT NEWTON. PIĘKNO I BESTIA
UDAWAJ, ŻE TO MIASTO
ASYSTENTKA

Skomentuj