PRZESILENIE ZIMOWE
PRZESILENIE ZIMOWE (The Holdovers) Reż. Alexander Payne; Scen. David Hemingson; Obsada: Paul Giamatti, Dominic Sessa, Da 'Vine Joy Randolph, Carrie Preston, USA, 2023
Dzięki temu, że PRZESILENIE ZIMOWE wyreżyserował Alexander Payne – opowieść która zdaje się „trącić myszką”, niczym pocztówka z lat minionych – staje się jednak czymś znacznie większym i bardziej poruszającym niż by wynikało na pierwszy rzut oka. Przesilenie zimowe bowiem to komediodramat, który stawia wciąż aktualne pytania i zmusza do refleksji nad tym, co najistotniejsze…
Tytułem wstępu:
Mam wielką słabość do Alexandra Payne’a i ma on specjalne miejsce w moim kinofilskim serduszku. Gdyż ten akurat reżyser – choć ma na koncie filmy, których nie kocham wcale – ma też i takie, które ubóstwiam absolutnie. Należą do nich „Schmidt”; „Bezdroża” oraz „Nebraska” z dokładką w postaci noweli w filmowej składance „Zakochany Paryż” w której Payne był odpowiedzialny za „14 dzielnicę”. 💞
Jestem głęboko przekonana o tym, że ten wyśmienity reżyser i wspaniały scenarzysta oraz producent należy do coraz wątlejszej grupy twórców, którzy filmy robią tak rzadko właśnie dlatego, że robić je chcą jedynie po swojemu.
I w tym miejscu – zanim zrecenzuję Przesilenie zimowe – mogę śmiało przejść do konkluzji. Takich obrazów jak ten, w Hollywood się już praktycznie nie robi. A za chwilę – znikną całkiem …Pozostaje się zatem cieszyć tym bardziej, że jeszcze możemy mieć z nimi do czynienia…
* * *
Przesilenie zimowe to powrót po wielu latach do współpracy Payne’a z Paulem Giamattim, gwiazdą „Bezdroży”, które przyniosły reżyserowi Oscara za scenariusz. I długo wyczekiwana przez jego fanów kolejna fabuła. Konwencja filmu, którego akcja toczy się w 1970 roku przypomina swego rodzaju „zaginiony klasyk” z jakże dawno minionej – analogowej epoki…
Rzecz ma miejsce w okolicach świąt Bożego Narodzenia w elitarnej męskiej szkole średniej z internatem, położnej na terenie Nowej Anglii w USA. Kino zna wiele wspaniałych filmów o inspirujących nauczycielach, dzięki którym ich podopieczni zyskują na starcie w dorosłe życie coś niezwykle cennego, co będzie miało wpływ na ich przyszły los. Formatywny charakter relacji mentora i autorytetu intelektualnego z młodą jednostką ludzką – jest zawsze na jakiś sposób poruszający, bo w każdym widzu niejako bezwiednie uruchamia wspomnienia o własnych nauczycielach w najtrudniejszym okresie rozwojowym – jakim jest nastolectwo. A tak się jakoś składa, że większość z nas nie ma kogo wspominać z poczuciem głębokiej wdzięczności w sercu i ze łzami wzruszenia w oczach…
Tymczasem Przesilenie zimowe pokazuje nie tyle przeciwieństwo tej sytuacji, co kompletnie odwrócony schemat narracyjny dla tej konwencji filmowej. Paul Hunham (w tej roli doskonały Paul Giamatti) jest typem nauczyciela, którego wszyscy uczniowie – nienawidzą. Starszawy, samotny zgred, złośliwy, cyniczny i gruboskórny, pozbawiony cienia empatii wobec problemów młodych. Uczniowie się go boją, bo jest najbardziej wymagającym ze wszystkich nauczycieli. Niestety – poza tym, że obelżywie zwą go „śmierdzielem” i nie cierpią uczestniczyć w zajęciach poświęconych historii starożytnej, które prowadzi – niewiele mogą by ulżyć sobie w cierpieniach związanych z koniecznością znoszenia spektakli pogardy jakie im serwuje przy każdej możliwej okazji…
Kiedy poznajemy Paula bliżej w roli nauczyciela, okazuje się, że trudno tych licealistów nie rozumieć. Hunham wydaje się ich nie cierpieć jeszcze bardziej niż oni jego… Uważa, że jego uczniowie to rozpieszczone bachory swoich bogatych rodziców, których stać na czesne w prestiżowym Barton College, a sama instytucja w jakiej naucza, choć nobliwa i „ą, ę, bułkę przez bibułkę” charakteryzuje się głównie elitarnym zepsuciem. W jego opinii administracja szkoły jest skorumpowana do cna, nie przyświeca jej żadne morale, etyka i etos w nauczaniu na najwyższym poziomie, czym się chwali od czasu swego powstania – a jedynie chęć zysku i utrzymania przy sobie darczyńców, którzy będą hojnie łożyć na jej utrzymanie wysyłając do niej swoich zmanierowanych i przygłupich synalków…
Nie brzmi to ani zachęcająco, ani nazbyt „retro-melancholijnie”. Ale, jak się szybko dowiemy Paul ma także i cieplejsze oblicze, które okazuje (w przeciwieństwie do uczniów) głównie fizycznym pracownikom szkoły, w tym pracującej w niej jako szefowa kuchni Mary (w tej roli nagrodzona Oscarem – fenomenalna Da 'Vine Joy Randolph). Przyczyn tego faktu dowiemy się później. Najpierw bowiem dowiemy się tego, że z powodu świąt wszyscy uczniowie opuszczają szkołę na czas ferii, z wyjątkiem jedynie dosłownie kilku chłopaków, którzy z różnych przyczyn nie mogą w tym czasie z niej wyjechać. Co jest dla nich bolesne w dwójnasób, bo decyzją rektora będzie ich pilnował w tym czasie – jako nieletnich – znienawidzony „śmierdziel”. Ci, którzy mają wyjechać do rodzinnych posiadłości, na narty, czy w inne przyjemne miejsca i spędzać dwa tygodnie z bliskimi – rzecz jasna niemiłosiernie szydzą z biedaków, którzy muszą w tym czasie zostać w Barton. Wśród nich znajduje się niejaki Angus Tully (świetny debiutant Dominic Sessa!), który także drwi z kolegów skazanych na święta z Paulem. Jednak, gdy jego pierwotne plany wyjazdu z rodziną do znanego kurortu narciarskiego legną w gruzach, a w wyniku kolejnego niefortunnego dla Angusa zbiegu okoliczności pozostali uczniowie, którzy mieli z nim zostać w szkole na czas przerwy jednak wyjadą – on sam staje się jedynym „uwięzionym” w Barton. Drwina ustępuje poczuciu desperacji. Boże Narodzenie i Nowy Rok z kimś, kogo się nie cierpi i od czego nie ma ucieczki…Czy może być coś gorszego?…
* * *
Kiedy szkoła pustoszeje całkowicie, w jej gigantycznym wnętrzu zostają trzy osoby. Paul, Angus i kucharka Mary. I jest to doskonały punkt wyjściowy dla opowieści, którą w świetnie skrojonym scenariuszu i dialogach serwuje nam Alexander Payne. Zrazu najbardziej nieszczęśliwym zdaje się być Angus. Najstarszy z uczniów Barton, jak się dowiemy później, z mocno skomplikowaną historią rodzinną, nie mający w sobie dość siły by się zbuntować na serio wobec sytuacji w jakiej go postawiono, a jednocześnie wrażliwy i pogubiony w poczuciu niemożności sprostania temu, co go dotyczy w relacjach z najbliższymi. Uchodzi za kogoś, kto jest uprzywilejowany społecznie, ale nikt nie zna prawdy o jego rodzinie, ani przyczyn, że w ogóle został do Barton wysłany na naukę…
Nie do końca świadomie, ale pewnie poniekąd odwetowo zamierza uprzykrzyć życie „śmierdzielowi” jak się tylko da w tym czasie, w którym wie, że może więcej niż podczas roku szkolnego, bo formalnie Paul za niego odpowiada – tak przed władzami uczelni, jak i przed jego rodziną, która powierzyła opiekę nad nim opłacanej przez siebie instytucji.
Nie jest to jednak „prosta opowieść” o rozgrywce między Angusem a Paulem. Niezwykle ważna dla dynamiki dalszych wydarzeń jest postać Mary, która została w szkole na święta, bo kontrakt zawodowy obliguje ją do przygotowywania posiłków dla jej pracowników i uczniów. Dla Mary te święta to udręka z bardzo osobistej przyczyny. Jej bardzo zdolny syn, jedynak, który świetnie rokował na przyszłość i był pierwszym czarnoskórym absolwentem Barton, rok wcześniej zginął w wojnie w Wietnamie. W przeciwieństwie do synów bogaczy nie mógł uniknąć poboru, bo armia miała mu opłacić studia. Paul o tym wie i wydaje się współodczuwać z Mary. Angus z kolei zrazu nie przykłada do tego żadnej wagi, jak wszyscy biali uczniowie college’u, dla których czarnoskóra kucharka, zarządzająca szkolną stołówką od zawsze stanowiła swego rodzaju niewidoczne tło ich życia w szkole. Wszyscy bowiem przybyli do niej w jednym celu: by uzyskać dyplom, który zapewni im wstęp na prestiżowe uczelnie i pozwoli powielić społeczny schemat, w którym uprzywilejowanie jest „dziedziczne”…
I tak dostajemy obraz, w którym dynamika relacji pomiędzy tą trójką – w czasie, w którym wszyscy będą na siebie zdani z przymusu – odsłoni w każdym bohaterów, to co przed wszystkimi zawsze ukrywali. Tło społeczne i powody takich, a nie innych postaw każdego z nich wobec siebie nawzajem – są moim zdaniem przedstawione w Przesileniu zimowym nie tylko z dużą dozą empatii, ale wnikliwości psychologicznej. To duża siła tego filmu.
Alexander Payne jest zbyt inteligentny, i wnikliwy, by chcieć nam zaserwować ckliwy i łatwy w odbiorze „świąteczny melodramacik” ku pokrzepieniu serc…
Przesilenie zimowe to historia budowana piętrowo, wnikliwy wgląd, stopniowo dawkowany – obnażający przyczyny mizantropii Paula, skrywanej i maskowanej pod pozorami autosabotażu wrażliwości, inteligencji i nieradzenia sobie z poczuciem wyobcowania Angusa i nieprzepracowanej żałoby oraz poczucia niesprawiedliwości i krzywdy – jaką odczuwa Mary.
Troje bohaterów. Nic ich nie łączy. Ich losy to kompletnie nieprzystające do siebie opowieści. Ale – każdy z nich łaknie uwagi, troski, wsparcia ciepła i serdeczności – bo każdemu z nich – tego w życiu codziennym brak najbardziej…
Paul jako centralna postać tej opowieści jest malowany przez Payne’a i kreującego go Giamattiego jako taka, która zrazu wydaje się być „skazana na straty”. Czy istnieje cokolwiek co mogłoby spowodować przełom w jego życiu? Czy możliwa jest przemiana w bohaterze jego pokroju?
A jednak, jak zdaje się sugerować Payne – każdy może coś wartościowego wnieść w cudze życie, coś mu uświadomić, zainspirować do zmiany czy działania. Przesilenie zimowe jest taką opowieścią tylko à rebour. Okoliczności zrazu jawią się jako najgorsze z możliwych aby do tego doszło. A jednak. Zatem to film o samym życiu, można by rzec, bo życie jest przewrotne i nieprzewidywalne. I potrafi przynosić takie sytuacje, w których impuls do zmiany, do „przesilenia” przychodzi z najmniej spodziewanej strony…
* * *
Przesilenie zimowe nie jest filmem wielkim, ani najlepszym z tych, które ma na koncie Alexander Payne. Jednak jest to obraz o wyjątkowej gramaturze jakościowej. Tak formalnej, realizacyjnej, jak i narracyjnej.
Choć nie jest to film kostiumowy – to jednak z dzisiejszej perspektywy patrząc – robi wrażenie to jak wspaniale oddaje ducha epoki sprzed ponad pół wieku. Scenografia, kostiumy, montaż i kadrowanie są bajecznie dobre, tak dobre, że obraz sprawia wrażenie autentycznego artefaktu tamtej epoki. Zastosowano charakterystyczne dla filmów z lat 70-tych zbliżenia zoomem, i filtry imitujące taśmę celuloidową. I daje to świetny efekt!
Przesilenie Zimowe emanuje dojrzałością stylu i mądrą, inteligentną refleksją twórcy filmowego „starej szkoły”. Młodość nie jest tu jedynie kontrapunktem dla dojrzałości. Payne sugeruje mocno, że ani dyplomy, ani wiek i doświadczenie nie gwarantują z zasady ani bycia lepszym, ani lepiej wiedzącym – jak szczęśliwie żyć… To co czyni ten obraz świetnym to właściwa perspektywa. Bagaż życiowych doświadczeń, w tym bolesnych czy raczej ich ciężar – to nie kwestia „peselu”. Główne brzemię (z czym się zgadzam całkowicie) jest raczej związane z tym – jaką wagę się mu nadaje we własnym sercu. Można to, czego się doświadczyło – często niesprawiedliwie – nosić ze sobą zawsze, wszędzie i całe życie. Ale można też się próbować od tego uwolnić. I sama próba ma zazwyczaj charakter katartyczny…
Reżyser pięknie skupia się na swoich bohaterach, każdemu z nich dając możliwość wygrać swoją partię. To obraz w którym każdy z aktorów może w pełni pokazać kreowaną postać, jej skomplikowanie jako jednostki. A przy tym Payne (co obecnie w kinie jest dla mnie wartością nie do przecenia!) unika jak ognia tanich emocjonalnych chwytów, nie łapie się jakże dzisiaj powszechnych tandeciarskich pop-psychologicznych sztuczek. Przyglądamy się jak Paul, Angus i Mary radzą sobie w sytuacji, która dla każdego z nich na swój sposób jest trudna, frustrująca ze wzruszeniem i uwagą – właśnie dlatego, że Payne czyni ich tak bardzo ludzkimi, w całej ich złożoności, nie gubiąc z pola widzenia tła i kontekstu społecznego, ani tego, że ich zmagania z samymi sobą, okolicznościami i pozostałymi bohaterami są dla nich realnym – wysiłkiem psychologicznym.
Mam pełną świadomość tego, że Przesilenie zimowe najbardziej docenią tacy widzowie jak ja. Pamiętający klasykę kina i szanujący klasyków literatury oraz epokę, która minęła. Epokę, w której wartość miało to co było na zawsze, a nie na chwilę. A przede wszystkim epokę, w której słowa „uważność” i „empatia” nie były sloganami dobrymi do tego by je wykorzystać do zmonetyzowania. Ludzie potrafili je sobie ofiarować. Były darem od człowieka dla człowieka. I właśnie dlatego potrafiły zmienić czyjś los. Tzw. druga szansa nie brzmiała (jeszcze) wtedy jak tani chwyt reklamowy…
*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych CANAL Plus Polska











