18
gru
2021
26

PSIE PAZURY

PSIE PAZURY (The Power of the Dog), Reż. & Scen. Jane Campion na podstawie powieści Thomas’a Savage’a ; Wyk. Benedict Cumberbatch, Jesse Plemons, Kirsten Dunst, Kodi Smit-MacPhee, 2021, dostępny na Netflix

PSIE PAZURY są nie tylko jednym z najlepszych filmów zrealizowanych przez Jane Campion, ale przede wszystkim to genialnie zobrazowane studium przypadku, w którym ta wspaniała twórczyni przygląda się pojęciu „męskości” i jej atrybutów w patriarchalnej, samczej kulturze… Psimi Pazurami Campion udowadnia po raz kolejny, że kino artystyczne potrafi być zarówno perfekcyjne warsztatowo, jak i olśniewać głębią. Być drapieżnym, boleśnie wnikliwym, wielowarstwowym, a jednocześnie nieskończenie subtelnym. I skłaniającym do wielu refleksji… Chapeu bas!

Powieść Thomas’a Savege’a pod tytułem „The power of the dog” ukazała się po raz pierwszy w 1967 roku. Doceniony już za życia, amerykański pisarz, specjalizujący się w literaturze poświęconej „dzikiemu Zachodowi”, urodzony w roku 1915, sam wychowywał się na farmie w stanie Idaho, którą prowadził jego ojczym. Zamieszkał na niej jako kilkuletni brzdąc po powtórnym zamążpójściu matki. I na tym mikroskopijnym „rzucie sytuacyjnym” się zatrzymam. Kto będzie miał ochotę – doczyta sobie o autorze powieści, na której Jane Campion oparła scenariusz swojego najnowszego filmu – więcej. Pozwolę sobie jednak w tym miejscu na uwagę (acz jedynie taką, która nie będzie wstrętnym spoilerem), że wiedza o życiu prywatnym pisarza, w czasach o jakich opowiada film Psie Pazury pozwala rzucić nań dodatkowe, acz dość istotne światło socjologiczno-obyczajowe…

Zacznę zatem od kwestii zasadniczych w przypadku tej recenzji, a jest nią postać JANE CAMPION. Twórczyni, która obecnie ma 67 lat (rocznik 1954). W 1989 roku jej film „Sweetie” nominowany był do Złotej Palmy w Cannes. Ale bank rozbiła dopiero w roku 1993 – czyli jakby nie patrzeć prawie 30 lat temu – filmem „Fortepian”. To wtedy cały świat dowiedział się o istnieniu nowozelandzkiej reżyserki. Obraz ten zdobył Złotą Palmę na MFF w Cannes, trzy Oscary (w tym za scenariusz dla Campion) i ponad 60 innych, najważniejszych filmowych nagród na świecie. Peany krytyków –peanami, ale jednak to były czasy, w których kobietom – reżyserkom – najważniejszych nagród filmowych – nie dawano.. (szloch). Nie piszę o tym jedynie z „kronikarskiej rzetelności”. Ten film widziałam jako młoda kobieta, początkująca kinofilka i kinomanka – do tej pory co najmniej kilka razy. A za pierwszym – pochłonęłam go w pełnym diapazonie emocjonalnego tsunami, jakim dla mnie wtedy był (tak istotnym, że zakupiłam soundtrack z kompozycjami autorstwa Michael’a Nymana’a). I to właśnie w tym obrazie, który uczynił Campion „międzynarodową gwiazdą” widać było wyraźnie także to wszystko co objawiają Psie Pazury po bez mała trzech dekadach. Brana na warsztat historia jest mistrzowskim zespoleniem scenografii, kompozycji kadrów z muzyką, fenomenalnej gry aktorskiej ze skąpo podawanymi acz doniosłymi w treści dialogami. Całościowo rzecz ujmując – Campion buduje klimat Psich Pazurów – tak obłędnie wycyzelowany, że zapiera dech w piersiach…

Po wielkim sukcesie „Fortepianu” trzy lata później zrealizowała obraz oparty o prozę samego Henry’ego James’a pt. „Portret Damy”. Z nieco mniejszym sukcesem rynkowym, że tak to ujmę. I nie omieszkam w tym miejscu zaznaczyć, że zdaje mi się w przypadku tej twórczyni to dość istotne. Bo artystki takie jak Jane Campion nie bardzo potrafią się odnaleźć w świecie, w którym „sukces rynkowy” jest głównym wyznacznikiem tego, czy będą miały w przyszłości robotę…

Kiedy analizuje się filmografię Campion widać wyraźnie, że z każdym kolejnym filmem było jedynie coraz zgorzej. „Święty dym” z 1999 roku był przyzwoity, acz nie powalał. A „Tatuaż” z roku 2003 – to była już (przykro mi ale taka prawda) artystyczna porażka…Dopiero serial „Top of the lake” przywrócił Jane Campion do rejestrów, w których odnajduje się najlepiej. I „udowodnił”, że wciąż potrafi tworzyć opowiesci filmowe na sposób unikalny, po swojemu, taki który wnosi do sztuki filmowej właśnie to co potrafią jej artyści, a nie rzemieślnicy – naśladowcy.

Jestem bardzo szczęśliwa, że film Psie Pazury powstał i że firmy producenckie z wielu krajów (USA, Kanada, Nowa Zelandia, Wielka Brytania, Australia), które dały nań kasę (budżet zamknął się w trzydziestu paru milionach USD co przy tym ile kosztuje byle jaka super-produkcja sensacyjna to pikuś) pozwoliły jej działać w swobodzie twórczej. Do tej pory obraz ten ma na koncie prawie 50 najważniejszych nagród filmowych (nagroda na MFF w San Sebastian, Srebrny Niedźwiedź na MFF w Wenecji, na MFF w Toronto) i sześć nominacji do Złotych Globów. Oczywiście wymieniłam te najbardziej „spektakularne”. Ogółem nagród i nominacji jest sporo ponad setka…

W Psich Pazurach Jane Campion wzięła na warsztat tematykę, którą zdaje się mieć mocno przemyślaną, potrafi zatem oddawać ją filmowo jak nikt: a jest nią jednostka, wraz z przynależną jej rolą „płciową”, jej atrybutami i artefaktami – skonfrontowana z oczekiwaniami jakie wytwarza wobec niej dana kultura i co oznakowuje jako „męskie” lub „kobiece”, stygmatyzując niezgodne z nimi odstępstwa…

*    *    *

Trzeba zacząć od tego, że absolutnie uwielbiany przez mnie, wybitny aktor, jakim bez dwóch zdań jest Benedict Cumberbatch – nie przychodzi do głowy prawie nikomu jako odtwórca roli ranczera, z dzikiego amerykańskiego Zachodu. Punkt dla Campion. Obsadzenie tuza wśród brytyjskich aktorów, kojarzonych z „ą” i „ę” z racji jego teatralnych, najbardziej klasycznych wydań (z Hamletem na czele), i szeregu ról (Sherlock Holmes, Patrick Melrose) stereotypowo postrzeganych jako „uber brytyjskość” w wydaniu upper-class – było pomysłem brylantowym! (czytajcie mi z ruchu ust: b r y l a n t o w y m). Ale trzeba być Jane Campion żeby rozmieć, że aktor jego kalibru – może zagrać wszystko i każdego. I ma rację.

Co do meritum – obsada w Psich Pazurach jest fenomenalna. I doskonale przemyślana. Zarówno uznani i renomowani Kirsten Dunst, jak i Jesse Plemons to wybory do ról, w jakie się wcielają – perfekcyjnie dopasowane. Ale mamy w tym obrazie także bardzo młody „narybek aktorski”. Kluczową dla narracji postać gra młody Australijczyk, niejaki Kodi Smit-MacPhee (rocznik 1996). I znowuż, był to wybór castingowy – genialny. Widzę poważny rozpęd jego kariery po udziale w Psich Pazurach…. Możecie trzymać mnie za słowo 🙂

Kwestia kolejna: zdjęcia (a są to zdjęcia wspaniałe!) odpowiada (Tadam!) za nie kobieta: Ari Wegner, która ma na koncie szereg nominacji do wielu nagród filmowych, takich jak BIFA (British Independent Film Awards) a także na polskim Camerimage. Psie Pazury przyniosły jej miedzy innymi zwycięstwo New York Film Critics. Jestem pewna także i w jej przypadku, że po współpracy z Campion kariera Wegner ruszy z kopyta.

Jako wisienkę na torcie dodaję do tych informacji także, że muzykę do Psich Pazurów skomponował  nie kto inny, tylko sam Johnny Greenwood z Radiohead („Nić widmo”; „Aż poleje się krew”; „Nigdy cię tu nie było”). Tak że sami rozumiecie…

Krótko, zmierzając do treści zwanych „recenzja” podsumowuję składowe Psich Pazurów jako te, których wynikiem jest dzieło kompletne – artystycznie olśniewające. Jednym zdaniem: mamy w tym przypadku do czynienia z ucztą filmową!

*    *    *

Jest rok 1925. Rzecz ma miejsce w stanie Montana w USA. Akcja filmu Psie Pazury wprowadza nas do świata braci Burbank. Starszy z nich ma na imię Phil (FENOMENALNY Benedict Cumberbatch), młodszy zaś (świetny Jesse Plemons) George. I jest to ten typ rodzeństwa, które choć zrodzone z tej samej matki i ojca – nie mogłoby być bardziej inne. Znacie takie przypadki? Bo ja tak… Różnice są widoczne gołym okiem, już na poziomie tzw. fizis. Phil jest szczupły, zwinny, bardzo sprawny fizycznie i manualnie. Jest też mężczyzną, który – jak się szybko dowiemy – choć ukończył studia na prestiżowym uniwersytecie i to z filologii klasycznej, jest niezwykle bystry, i intelektualnie mocno wystaje ponad poziom świata, w którym żyje – z jakiś powodów obsadowił się w nim w roli samca Alfa, maczo, który znajduje szczególną przyjemność w dowodzeniu grupie prostych osiłków, na co dzień trudzących się wypasem bydła na rozległych terenach górskich, jakie posiada jego rodzina na ziemiach (jak się możemy domyślać) zagrabionych przez Białych rdzennym Amerykanom, czyli Indianom.

Relacja Phila z jego młodszym bratem od początku jest przedstawiana jako skomplikowana i trudna. Phil nieustająco sekuje i znęca się słownie nad Georgem, z którym w wielkim domu – odziedziczonym pewnie po rodzicach dalej śpią w jednym pokoju, tak jak było w czasach ich dzieciństwa. George jest tzw. „little brother”, nie tak postawnym, nie tak fizycznie sprawnym, nie tak bystrym, nie tak „męskim” jak Phil: nieco grubciowatym, nieśmiałym, cichym, skromnym, wrażliwym i empatycznym „miśkiem”, który poddaje się tyrani swego starszego brata z budzącą zdumienie – łatwością. Dlaczego? Nie wiemy. Campion wsadza nas w życie bohaterów, w pewien układ scalony, w pewien kontekst z pozycji twórczyni, która zakłada, że widz jej obrazu jest władny intelektualnie rozkminić sobie przyczyny i motywacje sam, zamiast oczekiwać od niej, że poda je na tacy…

Na pytanie kto ten układ podtrzymuje przy życiu i dlaczego Jane Campion w swoim filmie Psie Pazury również rzuca tylko nieco światła. To Phil. Bo to on zdaje się w tym domu, w tej relacji grać główne skrzypce. Jest figurą przemocową, w pełnym – symbolicznym znaczeniu tego słowa. A jego metody działania są oparte o to, że doskonale wie, że nie czynna, bezpośrednia agresja czy też wrzaski sankcjonują przemoc w umyśle ofiary, ale znęcanie się psychiczne. Ale jednak, jak się wkrótce okazuje, George wydaje się być jedynie biernie je znoszącym z milczącą pokorą i przyzwoleniem. Dlaczego? Może dlatego, że nie umie inaczej, że jest słabszy psychicznie od Phila. A może dlatego, że ma syndrom ofiary i jak każda ofiara potrzebuje aby coś go wyrwało, czy wręcz zmusiło do zmiany. A może dlatego, że prowadzi jednak też życie własne, znacząco inne niż jego brat. Ubiera się nawet inaczej i jest zdecydowanie bardziej nowoczesny niż Phil. Bardziej postępowy. Nie dosiada tylko konia, jeździ również automobilem, wszak są zamożni, a to najnowszy wynalazek ówczesnej cywilizacji. Ma też od brata zupełnie inne aspiracje i ambicje życiowe. Sporo czasu spędza też w mieście, gdzie zajmuje się biznesami rancza, które wspólnie posiadają. Dlaczego nie robi tego Phil? Przecież mógłby, jest od Georga lepiej wykształcony, z pewnością by umiał – ale nie chce.

I w zasadzie, w najgłębszej warstwie Psie Pazury stanowią opowieść właśnie o odkrywaniu zagadki tego wyboru – aby żyć takim modelem męskości jakim żyje Phil i dlaczego to robi. Tajemnica ta zostanie odkryta, zupełnie przypadkiem (jak to w życiu bywa) i znajdzie swoje brzemienne w skutki reperkusje, a katalizatorem finałowych wydarzeń przedstawianych w Psich Pazurach stanie się zupełnie przez Phila nieprzewidziany ruch jego brata. Na koniec sezonu wypasu bydła bracia pojadą świętować razem ze wszystkimi pracownikami do pobliskiej „karczmy”, którą prowadzi niejaka Rose Gordon (świetna Kirsten Dunst), która usiłuje w ten sposób utrzymać się finansowo jako wdowa, samotnie wychowująca syna Petera (r e w e l a c y j n y Kodi Smit-MacPhee). Peter jest bardzo uzdolniony plastycznie, wrażliwy, o delikatnej urodzie efeba. Jego młodzieńcza osoba nie nosi w sobie znamion męskości rozumianej na taki sposób, na jaki rozumieją go „prawdziwi mężczyźni” dzikiego Zachodu. Porusza się miękko, nieco tanecznym krokiem. Jego cielesność, postawa, zachowania nie są stereotypowo „męskie”: twarde, stanowcze, dominujące. Chciałby iść na studia, ale status majątkowy jego matki nie specjalnie na to pozwala. Więc zajmuje się pomaganiem jej w sytuacji, kiedy Rose musi w pojedynkę obsługiwać klientów w prowadzonym przez siebie lokalnym zajeździe, gdzie wpadają okoliczni mieszkańcy a to na posiłek, a to na zabawę przy kilku głębszych. Traf chce, że pierwsze spotkanie Petera z Philem będzie miało bardzo znamienny przebieg. I naznaczy ich relacje już na zawsze. Peter zostanie przez Phila potraktowany w sposób nie tylko okropny, zostanie przez niego upokorzony publicznie, zgnojony i wyszydzony…

Co może byłoby jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem, które z czasem zblaknie, gdyby nie fakt, że George oświadcza się jego matce. A ta oświadczyny przyjmuje. Dla Phila jest to cios najcięższy, bo zabierający mu poczucie całkowitej hegemonii. W domu, w którym jedynie ściany i meble oraz służba były do tej pory milczącymi świadkami jego psychicznego znęcania się na młodszym bratem – ma zamieszkać kobieta! A to dla Phila oznacza jedno: utratę całkowitej kontroli nad Georgem, utratę miejsca najważniejszej osoby w jego życiu i utratę mono-władzy w domu, w którym mieszka. Cała jego nienawiść i skrzętnie skrywana bezradność wobec tej sytuacji skupia się zatem na Rose. To ona, nie mająca już w dodatku oparcia w synu, który wyjechał na studia, kiedy jej mąż udaje się do miasta w interesach staje się „zastępczym” podmiotem szykanów i psychicznego terroru szwagra. Wkrótce z pogodnej, miłej i ciepłej kobiety staje się znerwicowanym wrakiem, i zbyt często zaczyna zaglądać do kieliszka…

I trwałby pewnie ten stan długo, gdyby nie fakt, że Peter przyjeżdża na wakacyjną przerwę w studiach do domu matki. Ponownie dochodzi do spotkania z Philem. Ale w młodym, obecnie już studencie medycyny zaszła pewna zmiana. Nie znamy jej źródeł, można się domyślać, że chłopak pewne rzeczy na swój temat zrozumiał, nieco dojrzał i wydoroślał w samodzielnie prowadzonym życiu. Lecz Phil tego nie wie. I go w ogóle to nie interesuje. Chłopak jest mu obmierzły. Los spowoduje jednak, że Peter pewnego dnia odkryje tajemnicę Phila, którą ten kryje od Bóg wie jak dawna przed całym światem. Kryje tak bardzo, że nikt w życiu by się nie domyślił, że może ta kwestia dotyczyć właśnie jego. A to właśnie w tej tajemnicy tkwi klucz do tego by zrozumieć kim Phil jest i dlaczego jest taki, a nie inny…

Czym jest ta tajemnica – musicie się dowiedzieć sami – ja mogę napisać jedynie tyle, że dotyczy sedna jestestwa Phila. Sedna jego „ja”, którego nie akceptuje, z czym nigdy się nie pogodził. Co postanowił na zawsze schować pod pancerzem. Stale wypierać się tego, toczyć walkę wewnętrzną każdego dnia by wszystkim dookoła (a zwłaszcza sobie) wydawać się jednak kimś innym – takim jak wszyscy „prawdziwi mężczyźni”, a zwłaszcza jeden, który miał kiedyś na niego wielki wpływ, a którego imię i nazwisko Bronco Henry jest przez niego stale przywoływane jako najwspanialszego z najwspanialszych: legendy dzikiego Zachodu. Faceta, który nauczył go wszystkiego co dotyczy życia na prerii, survivalu i który jego zdaniem we wszystkim był najlepszy. Któremu on Phil – zanim poznamy jego tajemnice wydaje się oddawać kompletnie niezrozumiały z pozoru – niemalże boski hołd…

A kiedy Peter zrozumie to, dlaczego Phil jest taki jaki jest i zrozumie zatem także, że wyszydzający go, pogardliwie nazywający „Niuniusiem”, nienawidzący jego matki za sam fakt, że jako kobieta wraz ze swoją miękką „kobiecością” reprezentuje to wszystko, co pociąga jego brata – najpewniej nigdy się nie zmieni, a jedyne co jest pewne, to to, że zamieni życie jego ukochanej rodzicielki w jeszcze większe piekło – opracowuje plan. I na czym on polega oraz jakie będą jego wyniki stanowi rodzaj trzeciej odsłony narracyjnej Psich Pazurów. I wątek ten Jane Campion prowadzi na sposób absolutnie mistrzowski!

*     *    *

jeżeli mam być szczera wolę zdecydowanie słabo pod względem atrakcyjności brzmienia przekładalny na polski oryginalny tytuł tego obrazu „The Power of the Dog”. Bo lepiej metaforyzuje treść tego filmu. Bo jest to film w swoim sednie o człowieku, który jest niczym „wściekły pies” (z rozwartą paszczą i obnażonymi kłami), czyli Philu Burbanku. To on jest tym kształtem, który majaczy daleko gdzieś za horyzontem na górach w stanie Montana, a którego nikt poza nim nie widzi. Dlaczego? Bo to pies uwięziony, ukryty przed oczyma innych, dla innych – niewidoczny. Bo nikt nie może zobaczyć w tym wściekłym, stale kąsającym psie, że robi to bo się stale boi. Boi się tego, co mogłoby go spotkać, gdyby wszyscy poznali jego tajemnicę. Gdyby wszyscy, a zwłaszcza ci, którzy uważają go za wielkiego, potężnego i walecznego nagle zobaczyli, że to nie jest cała prawda o jego naturze. Bo przecież jak każde stworzenie ma też miękkie podbrzusze, w które ktoś mógłby go kopnąć, zranić go. Skrzywdzić. Uczynić słabym. Dlatego leży, płasko, stale w pozycji obronnej. Stale przyczajony do skoku. I stale warczy, pokazuje kły i rzuca się z pazurami na każdą słabszą od siebie istotę…

Benedict Cumberbatch genialnie kreuje napisaną postać – kogoś, kto całe życie zbudował nie tylko na hipokryzji, ale na czymś co jest dla psychiki człowieka – dewastujące. Na wyparciu. Człowiek nieszczęśliwy i niespełniony, człowiek, który się sam siebie „wypiera” to człowiek, który krzywdzi nie tylko siebie, ale najczęściej także wszystkich dookoła. Kultura jest jak twierdzi zarówno psychologia, jak i socjologia jedynie „nadbudową”, która czyni nasz gatunek odróżniającym się od zwierząt. A taka, która podtrzymuje kult siły, sankcjonuje przemoc symboliczną to kultura, w której mężczyzna zatem nigdy nie może być „męski”, jeżeli te wartości są mu obce. Są więc w tym znaczeniu dla mnie Psie Pazury fenomenalnie zrealizowanym dziełem filmowym, które (poniekąd) odpowiada na pytanie o to, czemu atrybuty męskości, które tak wiele znaczą dla głównego bohatera, a które zostały mu kiedyś wpojone jako te najwłaściwsze, najbardziej atrakcyjne, jako wzorzec do naśladowania – okazały się być jedynie tejże męskości – atrapą. A z dzisiejszej perspektywy patrząc są czymś w rodzaju truchła, które sto lat później od czasów, o jakich opowiada ten obraz – Campion wypreparowuje niczym chirurg na anatomicznym stole – ukazując nagą prawdę o naturze rzeczy. Mitologię „prawdziwego mężczyzny” z dzikiego Zachodu stworzyli mężczyźni, dla mężczyzn, po to by podtrzymywać władze i sprawować kontrole nie tylko nad kobietami, ale szerzej nad każdą miękkością i słabością, w tym własną. A „wielką tajemnicą” jest właśnie to, że u podstaw tego stał strach, bojaźń o to, że mogliby ją utracić gdyby tylko świat się o tym dowiedział…

 

You may also like

PARYŻ, 13. DZIELNICA
WINONA RYDER: mistrzyni, outsiderka
MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI
MEN

Skomentuj