30
paź
2021
12

SCENY Z ŻYCIA MAŁŻEŃSKIEGO

SCENY Z ŻYCIA MAŁŻEŃSKIEGO (Scenes from a Marriage), Pomysłodawca: Hagai Levi; Reż. Hagai Levi, Wyk. Jessica Chastain, Oscar Isaac, USA, 2021, Produkcja HBO

SCENY Z ŻYCIA MAŁŻEŃSKIEGO według Hagai’a Levi’ego są dziełem autonomicznym, i tych, którym było nie w smak, że ktoś się w ogóle ośmielił porwać na adaptacje „wielkiego Bergmana” informuję że łączy je z ikoną kina nie tak znowu wiele (prócz pierwotnej kanwy narracyjnej), a znacznie więcej – dzieli. A przede wszystkim są Sceny z życia małżeńskiego anno domini 2021 przykładem wspaniale zrealizowanej produkcji TV, której siła polega właśnie na jej ambicjach oderwania się mentalnego od dzieła poprzednika, na postawieniu na spojrzenie z innej perspektywy, ale tak, by nie zgubić jednakże z oczu tego, co przesądziło o tym, że Bergmanowska wersja stała się kanonem. A jest tym rzecz jasna wnikliwy i do bólu szczery portret upadku związku, który aby mógł unieść ciężar swych ram potrzebuje aktorów zdolnych je dźwignąć.

Sceny z życia małżeńskiego to wirtuozerski koncert na cztery ręce w wykonaniu Jessici Chastain & Oscara Isaaca! Chapeu bas!

Tytułem wstępu:

Dziś jest to już wiedza powszechna, więc żadnej Ameryki nie odkrywam: Ingmar Bergman, uchodzący za reżysera wybitnego, jednego z największych w dziejach kinematografii, a na pewno kinematografii drugiej połowy XX wieku – prywatnie był mężczyzną, który swoim partnerkom dostarczał mało powodów do poczucia satysfakcji, spełnienia i radości ze związku. A co można wyczytać w licznych biografiach i opracowaniach na temat pożycia z artystą, znanego także z bon motu, który z lubością powtarzał w każdym wywiadzie, kiedy był pytany o swoje życie prywatne: „małżeństwo nie służy miłości”… Kiedy pisał scenariusz „Scen…” miał już na koncie cztery rozwody…

Sceny z życia małżeńskiego powstały jako projekt telewizyjny, który został „nakręcony dla zabawy”, niejako chałupniczo, na wyspie Fårö, gdzie Bergman od lat spędzał wiele czasu, a zamieszkał na stałe w 1976 roku. Kiedy powstał 6-odcinkowy serial, był rok 1973, Szwecja przechodziła prawdziwą rewolucję obyczajową, i jak się prędko okazało „Sceny…” wyemitowane po raz pierwszy w tamtejszej telewizji publicznej były tak chętnie oglądane i tak popularne wśród rodaków artysty, że po półtora roku postanowiono serial skopiować na taśmę 35 mm i zmontować jako film kinowy. I jeżeli chodzi o mnie – to Sceny z życia małżeńskiego Bergmana znane mi są jedynie z tej właśnie wersji.

Nie wydaje mi się zasadne, ani sensowne przedstawiać zarys fabuły Scen z życia małżeńskiego, wg. Ingmara Bergmana. Kto widział, ten jak sądzę ją dobrze pamięta, a kto nie – może się zapoznać.  Nie ma też moim zdaniem sensu (a na pewno na potrzeby recenzji mini-serialu HBO) dokonywać szczegółowych porównań pomiędzy oboma. Bo niczemu to moim zdaniem nie służy. Dzieło Bergmana od pracy Levi’ego dzieli prawie 50 lat. To szmat czasu, w którym świat zmienił się diametralnie. Zmieniły obyczaje, to co kiedyś budziło zdziwienie, oburzenie, krytykę – dziś jest akceptowane. A na pewno w zachodnio-europejskiej kulturze. Ale czy zmieniła się natura ludzkich relacji? Ich meandrów? Czy prawidła dotyczące dynamiki związków, w których dochodzi do osłabienia więzi, wypalenia się namiętności, a finalnie do poczucia całkowitej dyssatysfakcji z życia z kimś, kto choć kiedyś był postrzegany jako „ukochany”; „wybrany”; „na zawsze” – dziś już takim się nie wydaje. Albo jest nim coraz mniej? Nie, wcale. Zmieniło się jedynie dekorum.

*   *   *

O tym, że na pewno, na 100 % obejrzę Sceny z życia małżeńskiego, według Hagai’a Levi’ego, bez względu na to co uważam na temat twórczości wybitnego Ingmara Bergmana przesądziły w zasadzie dwie kwestie. Kluczową z nich był fakt, że Hagai Levi jest jednym z moich najukochańszych scenarzystów. To on bowiem był pomysłodawcą izraelskiego formatu pt. „Be Tipul”, który potem zamienił się w jeden z najlepszych amerykańskich seriali dramatyczno-obyczajowych ever czyli „In treatment” (także produkcji HBO), z wybitna rolą Gabriel’a Byrne’a jako terapeuty. I która doczekała się swoich wydań w kilkunastu krajach na świecie, łącznie z Polską. Nota bene, uważam wciąż, pomimo upływu czasu i wielu kolejnych nadwiślańskich seriali – polską wersję „W terapii” za jedną z pięciu najlepszych produkcji TV jakie u nas powstały po 1989 roku…

To, że Levi jak nikt inny rozumie złożoność psychologiczną człowieka potwierdził w moich oczach serial „The Affair”. No, a drugim powodem, i co nie powinno nikogo kto czyta moje teksty regularnie dziwić, była rzecz jasna – obsada. I nie chodzi mi jedynie o to, że zarówno Jessica Chastain, jak i Oscar Isaac to doskonali aktorzy. W tym przypadku, czyli tematyki Scen z życia małżeńskiego kluczową była kwestia nie tylko tzw. warsztatu grających główne role, ale czegoś, co zwie się „chemią ekranową”. Hagai Levi, który przy tej produkcji pracował nie tylko jako scenarzysta, ale także reżyser i producent jest zbyt inteligentny i przenikliwy, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że umiejętności aktorskie to w tym przypadku za mało. Bo przecież Sceny z życia małżeńskiego to obecność dwojga aktorów na ekranie przez prawie cały czas, w dodatku obecność, w której najważniejsze jest ukazanie tak złożoności, jak i intensywności ich relacji. Dla takiej tematyki potrzebne, a wręcz nieodzowne jest to, żeby widz miał poczucie jak największej prawdy, wiarygodności, a przede wszystkim intymności – skoro rzecz jej właśnie poświęconą – zdecydował się obejrzeć. Tandem: Chastain & Isaac to zapewnia między innymi dlatego, że prywatnie znają się od bardzo dawna, bo od czasu studiów na wydziale aktorskim na jednej z najbardziej prestiżowych nowojorskich uczelni artystycznych: Juilliard School. Obsadzenie w roli małżeństwa w kryzysie akurat tych dwojga aktorów, którzy przyjacielską relację zbudowali dawno temu – było strzałem w dziesiątkę. A zanim obejrzałam serial – umocnił mnie w tym przekonaniu jeszcze bardziej obejrzany filmik z tegorocznego MFF w Wenecji, (do zobaczenia TU), który wnet stał się viralem. Zmuszając Chastain i Isaaca do publicznych oświadczeń na temat tego, że nic nie zagraża ich prywatnym związkom małżeńskim i rodzinom, z którymi dalej szczęśliwie żyją…

Nie omieszkam w tym miejscu upuścić nieco jadu i zaznaczyć, że nie raz pisałam o tym, co chętnie bym wykrzyczała w twarz większości producentów i reżyserów w Polsce: dobry casting to nie casting składający się z najbardziej popularnych nazwisk i celebrytów mających najwięcej followersów w mediach społecznościowych, tylko dobór ludzi, którzy potrafią unieść filmową historię, i jej ciężar gatunkowy. A jeżeli tym „ciężarem” jest coś co zwie się miłością – święty Boże nie pomoże kiedy chemii brak, czyli brak tego wszystkiego co powoduje, że się wierzy aktorom grającym postać, wierzy w to, że kogoś kochają albo zaczęli nienawidzić. Że czują do tej drugiej osoby nieokiełznaną żądze, albo że rani ich do głębi, to co właśnie usłyszeli. Ale do tego trzeba mieć w partnerze na planie filmowym rzeczywiście partnera, a nie kogoś „z listy płac” do kogo się wypowiada dialogi i wykonuje omówione wcześniej, zgodne z rozpisaniem w scenie gesty… Ale sądząc po wynikach – wołam na puszczy…

*   *   *

Scenariusz Hagai’a Levi’ego napisany wespół z amerykańską scenarzystką Amy Herzog rozpisuje pięć odcinków serialu na studium przypadku na wskroś współczesnego. I jest to pierwsza z zasadniczych różnic pomiędzy wersją Bergmana a tą z 2021. Opowieść o małżeństwie Miry (fenomenalna Jessica Chastain) i Jonathana (rewelacyjny Oscar Isaac) nie pochodzi z paradygmatu z roku 1973 – czyli nie wpisuje się w dyskurs o kobiecej emancypacji. O męce związku z kimś, kto zarówno rolę kobiety, jak i sam związek traktuje przedmiotowo, utylitarnie. Kto nie daje ani wsparcia, ani zrozumienia, ani nie jest w żaden sposób partnerem dla tego drugiego, w rozumieniu takim, jakim o tym słowie stanowi jego definicja. To małżeństwo jest wyemancypowane kiedy je poznajemy. Bo już w pierwszej scenie dowiadujemy się, że Jonathan jest pracownikiem naukowym i wykładowcą uniwersyteckim, który zajmuje się dzieckiem, znacznie częściej niż jego żona Mira – pracująca na menadżerskim stanowisku w korporacji z branży digitalnej. I że w domu bardziej bywa niż jest, głównie wtedy kiedy ich wspólna z Jonathanem czteroletnia córka już śpi. Taki podział ról jest nam przedstawiony zrazu nie tylko jako racjonalny, na dodatek wspólnie przez małżonków ustalony (ona zarabia znacznie więcej, wiec zapewnia im także najbardziej optymalne warunki bytowania rodziny), ale przede wszystkim – przez nich oboje – w pełni akceptowany.

Nie trudno się domyślić, że ta akceptacja jest nie tyle pozorna, co jednak ma (jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach) drugie dno.

W Scenach z życia małżeńskiego cala narracja jest oparta właśnie o wiwisekcję pozorności poczucia szczęścia i spełnienia w stadle kobiety – Miry, które takim się zdaje z początku – zarówno innym, jak i nam – widzom. I w zasadzie pięć odcinków serialu jest procesem „obierania cebuli”, że tak to ujmę, którego bolesne doświadczanie prowadzi nas do sedna tego, co jest moim zdaniem głównym przesłaniem re-interpretacji „Scen…” sprzed pół wieku. Kiedy Bergman zrealizował swoje Sceny z życia małżeńskiego, tzw. strażnicy moralności zarzucali mu, że „przez jego film” statystyki rozwodowe w Szwecji poszybowały w kosmos.

Ale, właśnie to prawie pół wieku, które dzieli prace Bergmana od pracy Levi’ego pokazuje bardzo wyraźnie także i to co Hagai Levi w swoim wydaniu „Scen…” nie tylko uwzględnił, ale wręcz wziął pod lupę i co diagnostycznie, w ujęciu psychologicznym i socjologicznym – budzi mój najwyższy szacunek.

Jeżeli miałabym streścić to, co w „Scenach…” Hagai’a Levi’ego – poruszało mnie osobiście najbardziej – to fakt, że jego wersja nie zajmuje się głównie tym – dlaczego jedno z partnerów podejmuje decyzje, że już nie chce, nie potrafi, nie może żyć dalej z tą drugą osobą. A bardziej traumą jaką jest koniec wieloletniego związku. Dla obu stron. A przede wszystkim bliznami jakimi nieodwracalnie naznacza relację dwojga ludzi, to co jest zazwyczaj wypierane i zamiatane pod dywan przez wszystkich, którzy kiedyś kogoś rzucili w nadziei, że tym samym uzyskają dostęp do „lepszego świata” – czytaj lepszego związku, z kimś kto jest postrzegany jako osoba, która może dać to, czego wieloletni partner nie był w stanie dostarczyć lub też przestał być tak postrzegany. I powiem to od razu: choć w serialu jest to ubrane w „płeć” – moim zdaniem – wyłącznie umownie i jedynie dlatego, żeby podkreślić ponad płciowy dramatyzm całkowicie od – ludzkiej sytuacji (porzuca kobieta – co jest jedynie – zaprzeczeniem stereotypu!) Siła emocjonalnego rażenie Scen z życia małżeńskiego pochodzi bowiem z jej uniwersalizmu – przynależnemu ludziom jako gatunkowi, nie płci! Ból odrzucenia jest bowiem czymś, co płci nie ma. Bo cierpienie jest obszarem, w którym jednoczy się to wszystko co jest z rejestrów Ego, co jest z rejestrów doznań siebie jako istoty czującej. Której wali się świat. A te rejestry płci rozumianej stereotypowo – się wymykają.

W tym miejscu będzie dygresja. Jak wiecie bardziej od tego, co myślą krytycy filmowi o filmach, które i ja recenzuję na swoim blogu, znacznie bardziej interesuje mnie, co myślą o tych filmach tzw. widzowie. Bo choć kinematografia jest moją wielką miłością i pasją, jestem jednak w głębi siebie, w sercu – widzem – owszem wymagającym, ale widzem. Nie krytykiem. A przede wszystkim jestem przesiąknięta (trudno, tak to już jest) tym wszystkim, czym nasączyło mnie moje psychologiczne wykształcenie. Zatem każde dzieło filmowe przechodzi u mnie przez ten „prymaryczny filtr”. Dlatego nie znoszę rzeczy, które nie trzymają się kupy pod względem psychologicznego rysunku postaci. Upraszczania. Schematów. Usilnych dorabiań gęby do modnych i trendy obecnie ideologii i całej reszty z tym związanej.

Zatem, wracając, a poniekąd złośliwie odnosząc się do tego, co zdarzyło mi się przeczytać na jednym z portali filmowych (ach te algorytmy, wpychają ludziom treści feedu, zupełnie „nie proszone” 😉 – nie są dla mnie w ogóle Sceny z życia małżeńskiego Hagai’a Levi’ego o wyemancypowanej bohaterce, która w końcu (wszak mamy XXI wiek!) w porównaniu z dziełem „ohydnego Bergmana” żyje życiem nowoczesnej kobiety, która podejmuje decyzje suwerenne i podmiotowe, nie boi się sięgnąć po swoje nie zrealizowane w małżeństwie pragnienia, a finalnie wyjść z nieodpowiadającego jej związku. Tylko zgoła o czymś zupełnie innym. I piszę to ja – kobieta, która w wielu związkach była (w tym jednym małżeńskim), dość wyemancypowana, a przede wszystkim z pozycji kogoś, kto bacznie obserwuje współczesną kulturę, w jakiej przyszło mi żyć, zmiany społeczne jakie jej towarzyszą i wszelkie reperkusje związane z tym, że funkcjonujemy wszyscy w świecie nie tylko wzmożonej konsumpcji „dóbr wszelakich”, ale przede wszystkim w świecie narracji o lepszych, ba! – najlepszych wydaniach życia, jakie możemy mieć jeżeli tylko odważamy się po nie sięgnąć, podążymy za wewnętrznym głosem, za naszymi pragnieniami…

Kultura, w ktorej żyjemy niestety „omija” ten rejestr dyskursu, opisany powyżej, który nie prowadzi do zmiany „na lepsze”. A tak się dzieje, nawet wcale nie rzadko. I o ile jestem w stanie przychylić się do tego głosu w zakresie spraw związanych z na przykład realizacją zawodową, czy też z decyzjami, które prowadzić mają do porzucenia stylu życia, odczuwanego jako tłamszące, ograniczające samorozwój, odzierające nas z poczucia joie de vivre, z życia pozbawionego poczucia sensu istnienia. O tyle wiem też, że w przypadku związków nie jest to tak proste. I nie stanowi równania z jedną niewiadomą, którego rozwiązanie automatycznie uczyni nasze życie „idealnym”…

Bo związek z drugim człowiekiem jest procesem i jest organizmem żywym. Który podlega stałym zmianom, nieustannym wpływom wielu czynników i jest też czymś, czego ludzie nie biorą często pod uwagę kiedy się z kimś wiążą, zakładają rodzinę. Partner nigdy nie jest kimś, kto jest stanem „constans”. Jego potrzeby, pragnienia, ambicje, marzenia także będą ewoluować. Podlegać zmianom i wpływom zewnętrznym. I dlatego właśnie nie ma czegoś takiego jak „gwarancja” że jego zamiana będzie oznaczać zawsze i trwale pożądaną przez nas zmianę jakości naszego sensu istnienia…

Sceny z życia małżeńskiego anno domini 2021 przypominają moim zdaniem o czymś, co stale chcemy zapomnieć bo jest to związane z trudem i wysiłkiem. A tych kultura w ktorej żyjemy – akurat nie gratyfikuje. A mianowicie o tym, że związki (jakkolwiek mało atrakcyjnie to brzmi) są trwałe jedynie o tyle, na ile OBIE strony chcą je widzieć jako te, które wymagają stałej pracy, stałej atencji, stałej uważności, stałego dialogu i szczerej, dojrzałej komunikacji. Serial ten mówi także o tym, o czym nie mówiło dzieło Bergmana (to zdecydowanie także – kwestia kulturowa, zmian cywilizacyjnych, etc.), że związek jako taki jest rodzajem dwuosobowej umowy społecznej. I przykładów na to, że się nie mylę mogłabym podać tak wiele, jak wiele zna ich historia. Nawet ta całkiem nowożytna, nie sięgając dalej. To co się udaje w związku – udaje się zawsze tylko i najpierw ludziom, którzy go tworzą. A dopiero potem stanowi coś, co może być tak czy inaczej postrzegane oczyma innych, w świecie społecznym, towarzyskim, etc.

Zatem Sceny z życia małżeńskiego są dla mnie wspaniale zrealizowanym i mistrzowsko zagranym studium przypadku, rodzajem tzw. case study, które psychoterapeuci spotykają w swoich gabinetach codziennie, jak świat długi i szeroki każdego dnia. Teraz to dzień kalendarzowy w roku 2021. Oczywiście ma to „jakieś znaczenie” – niemniej dla sprawy nie najważniejsze. Bo najważniejsze jest w nim to, że obrazuje coś, co jest właśnie esencją tego jak bardzo trudno być z kimś długo RAZEM, a jednocześnie satysfakcjonująco dla każdej ze stron, które te dwie strony medalu zwane relacją – stanowią!

Wspominałam o tym w początkach tego tekstu, że Hagai Levi jest jednym z moich najukochańszych scenarzystów. A tych, wciąż i niestrudzenie uważam za demiurgów kinematografii. I nie zamierzam tego zdania zmienić. A jest nim właśnie dlatego, że widzi ludzi (czytaj bohaterów, których oglądamy potem ne ekranie) tak, jak ja ich widzę. W całej ich złożoności, kompleksowo, a przede wszystkim jako tych, którzy są ludźmi z krwi i kości. Pełnymi dobra i zła. A przede wszystkim – pełnymi wewnętrznych sprzeczności. A nie jako „obrazki” klisz , w tym tych które wszyscy nosimy gdzieś w sobie, zaszyte nam pod skórę przez nasze rodziny, tradycje, pop-kulturę, wyobrażone, wymarzone, wyidealizowane. Ludzkie relacje to magma. W której poruszanie się na co dzień, poruszanie się sprawne i satysfakcjonujące z dnia na dzień, z roku na rok – to proces – poniekąd twórczy. W tym proces, którego spora część bywa bardzo często nieświadoma! A która potrafi „wybić” niczym szambo nagle i znienacka. I dzieje się tak tym bardziej, i tym częściej kiedy związek tworzą osoby, które uznają, że to co w nim „śmierdzi” można potraktować jako coś, co można „poperfumować” albo co gorsza – zatkać nos i udawać, że się fetoru nie czuje…

Sceny z życia małżeńskiego są zatem w tym ujęciu scenami, które śmiało mogłabym nazwać takimi, jakie moglibyśmy podejrzeć obecnie w wielu domach. Na całym świecie. I bolą i zmuszają do refleksji właśnie dlatego, że są tak dojmująco prawdziwe. Nie ma w nich cienia fałszu co do natury tego, co się dzieje, może dziać w związku, w którym „umowa” co do podwalin relacji zostaje nie tyle podważona, ale zafałszowana, „poperfumowana” a finalnie – zerwana. I co się dzieje wtedy, kiedy co więcej jest to wynikiem pewnego założenia: że satysfakcjonujący związek jest stanem „constans”. A przecież – mówi Hagai Levi – to nieprawda. Związek to pewna scena, niemalże teatralna. Byt żywy. Stale zmienny. Związki to sztuka. By była udana wymaga tego, aby nasz „partner sceniczny” zadał sobie trud zadania pytania „czy aby na pewno w dzisiejszym przedstawieniu wszystko gra”. Bo partnerzy w związkach, są o tyle właśnie „partnerami” kiedy sprawdzają regularnie i cyklicznie siebie samych na swojej własnej scenie, w swoich własnych, codziennie wystawianych spektaklach, zwanych życiem. Z pozycji tych, którzy podejmują wysiłek konfrontacji czy „to co było – dalej pisze się w rejestr”. Inaczej – zawsze koniec końców stają przed ścianą. Może nią być nieznośna do strawienia rutyna. Może nią być poczucie jednego z aktorów, że choć powinien na scenie grać w duecie, jego partner w zasadzie gra pod siebie i na sobie chce skupić całą atencje i uwagę. I dla siebie zebrać największe oklaski. Tych „może” jest zresztą nieskończona kompilacja…

Sceny z życia małżeńskiego opowiadają bardzo uniwersalne prawdy o naturze relacji, związków, dynamice miłości, jak i tego jakimi drogami podąża ludzkie libido. I że pożądanie, żądze, namiętność to stan w pewnym sensie wyjątkowy, a nie trwały. Ale trzeba trochę pożyć i trochę doświadczyć, by to zrozumieć. Trzeba też jak Hagai Levi rozumieć też i to, że każdy, literalnie każda relacja jest z zasady opowieścią, w której jest „jakieś coś”, które dla każdego z jej uczestników stanowi jednak „nie to samo” lub może być całkiem inaczej odczuwane. I że w związku z tym jest swego rodzaju lustrem. A w tym trzeba mieć odwagę, siłę, a przede wszystkim chęci – aby się przeglądać. I o tym, co tam dostrzegliśmy – na bieżąco rozmawiać. Nie okazjonalnie, nie tak samo, rutyniarsko – jak zawsze i jak kiedyś. Ale z uwagą. Wychodząc poza to co „zostało powiedziane”, „co zostało ustalone” i co „się wydaje”. A to wysiłek.

Zatem, jeżeli Bergman twierdził, że „małżeństwo nie służy miłości”, to mogłabym powiedzieć, że dla mnie Hagai Levi jako twórca wersji inspirowanej dziełem szwedzkiego mistrza mówi zgoła coś innego: „miłość nie służy małżeństwu, służy tym, którzy potrafią ją cenić”.

 

You may also like

BIAŁY LOTOS
KATLA
MARE Z EASTTOWN
NORMALNI LUDZIE

Skomentuj