28
kw.
2015
80

STILL ALICE

MOTYL STILL ALICE (Still Alice). Reż. Richard Glatzer i Wash Westermoreland, Scen. Richard Glatzer i Lisa Genova (na podstawie jej powieści). Wyk. Julianne Moore, Alec Baldwin, Kristen Stewart, Kate Bosworth, USA, 2014

still_alice_poster

W przypadku tego obrazu nie będę się pastwić nad zawstydzającą nieudacznością polskiego tytułu, bo – zwyczajnie – zważywszy na tematykę filmu – nie wypada. Spuśćmy na to zasłonę milczenia i skupmy się na czymś znacznie istotniejszym, o czym milczeć nie należy.

Still Alice wyreżyserował pospołu ze swoim partnerem, zmarły nie tak dawno Richard Glatzer. Twórca był chory na stwardnienie zanikowe boczne. I trudno nie dopatrywać się w tym fakcie ważnego przyczynku do wybrania na ostatnie dzieło filmowe tematyki, jaką jest okrutne schorzenie, zwane potocznie “Alzheimerem”.

Pamiętam bardzo dobrze, jak już w czasach podstawówkowych czasami się o nim słyszało. To był temat bardzo wstydliwy, jakieś szeptanki na szkolnym korytarzu, tajemnicze i nie ujawniane niemożności, sprowadzające się do tego, że koleżanki czy kolegi z klasy nie odwiedza się w domu, bo mieszka z babcią lub dziadkiem – cierpiącym na chorobę Alzheimera.

Dużo później dowiedziałam się, na czym dokładnie choroba ta polega i jak bardzo jest trudna – przede wszystkim dla bliskich chorującej na nią osoby. Jak bardzo stygmatyzuje rodzinę, w której ktoś Alzheimera ma. Bo z osobą w zaawansowanym stadium tej choroby żyje się w sposób szczególnie bolesny. Jest wizualnie tym kogo znamy, zaś poza tym, to ktoś “jakoby podmieniony” – pozbawiony wszystkich najważniejszych aspektów swego człowieczego jestestwa, indywidualnych cech, unikalności wynikłej – jak w przypadku każdego z nas – z pamięci – która zapewnia ciągłość współistnienia z naszymi bliskimi, bardziej niż nam się wydaje, a także z braku poprawnej możliwości posługiwania się językiem. Ktoś, kto niczego nie pamięta i nie potrafi się wysłowić staje sie pozbawiony najbardziej ludzkich właściwości. I jest to niewymownie trudne.

Still Alice – na którym to filmie się spłakałam – bo też taki jest jego cel (no chyba, że widz jest “cały wystrugany z drewna” i go nic nie rusza) to obraz zrobiony z pewną tezą, wpisujący się w nurt kina, które Amerykanie robią wyjątkowo dobrze i sprawnie. Choć jest to często kino bardzo sztampowe, a czasami nawet ociera się o lukier z kartek koncernu Hallmark. W tym przypadku nie jest to jednak jadowita krytyka – ponieważ – osobiście sądzę, że kino jako sztuka docierająca do mas – jest również od tego, by spełniać jakieś zadania. I zadaniem Still Alice jest przybliżyć problematykę choroby Alzheimera w sposób, który będzie chciało obejrzeć jak najwięcej ludzi – dając im rzetelne informacje, naświetlając problem, a jednocześnie nie strasząc i nie odstręczając nadto dramatyczną i weredyczną formą. Choroba Alzheimera to kwestia globalnie – ubrana w liczby – bardzo poważna. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje liczbę osób na nią cierpiących na prawie 20 milionów, a Polskie Towarzystwo Psychiatryczne podaje, że w samej Polsce zarejestrowanych chorych jest około 300.000. Ponadto – co oczywiście – jak to mamy w zwyczaju jako gatunek – wypieramy – jest wysoce prawdopodobne, że sami na nią zachorujemy, jesli ktoś z naszych bliskich krewnych (rodzice lub dziadkowie) na nią cierpiał.

W dzisiejszych czasach, w których najpotężniejszy lęk, jaki towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów – czyli lęk przed śmiercią, został dodatkowo wzmocniony panicznym strachem przed utratą urody i sprawności – tematyka taka, jak ta poruszana w Still Alice to praktycznie rzecz nie tyle nie kinowa, co słabo sprzedawalna.

Dlatego też uważam, że pomimo hollywoodzkiego sztafażu ostatniego obrazu Glatzera, w którym choroba tytułowej Alice (Julianne Moore) jest jedynym praktycznie “niewygodnym” wątkiem filmu, a scenariusz starannie wygładza rysy na portrecie rodziny bohaterki i świata, w jakim żyje – warto go obejrzeć, choćby dla wspaniałej gry Julianne Moore (Oscar za pierwszoplanową role żeńską). Jej kreacja jest nie tylko poruszająca, ale głęboko wzruszająca swoją intensywnością i zniuansowaniem. 

Still Alice – co jest zdecydowaną zaletą narracji i obranej perspektywy filmu – skupia się bowiem na opowieści o tym, co odczuwa i jak przeżywa chorobę bohaterka. Kobieta wydawałoby się zbyt młoda jak na to schorzenie, zaledwie 50-letnia, doktor nauk na Uniwersytecie Columbia, w rozkwicie kariery zawodowej, spełnieniu rodzinnym i małżeńskim. Śledzimy zmiany, jakie w niej zachodzą od momentu pierwszych niepokojących objawów, poprzez diagnozę wczesnego stadium Alzheimera, aż po stan, w którym z niej samej zostaje jedynie jakowyś “element” tego wszystkiego, co czyniło ją kiedyś tym, kim była. Co stanowiło o radościach i satysfakcjach jej życia, co ją jako człowieka konstytuowało, a innym pozwalało kochać, podziwiać i szanować.

Oprócz Julianne Moore w Still Alice grają ‘same nazwiska’ i muszę powiedzieć, że wybór obsady to mocna strona tego obrazu. Dobry jest Alec Baldwin grający męża tytułowej bohaterki, ale na szczególną uwagę zasługuje Kristen Stewart w roli jednej z dwóch córek. To kolejna rola w ciągu ostatnich dwóch lat tej młodej aktorki, która coraz bardziej mnie do niej zjednuje.

Still Alice jest filmem specyficznym, miejscami “szytym grubymi nićmi” – niewątpliwie jednak – w dobrej sprawie. Dzięki temu, że jak na film “społecznie zaangażowany” oraz prawie że propagandowy (mówi się w nim o badaniach DNA, związanych z wykrywaniem dziedzicznego genu, odpowiedzialnego za chorobę Alzheimera i sugeruje, że powinniśmy się im poddawać) potrafi – posiłkując się talentem i charyzmą Julianne Moore przedstawić w sposób klarowny, a jednocześnie poruszający dramat osób, które na tę chorobę zapadają. A to czyni go pozycją filmową, którą ja osobiście uważam za taką, z którą powinno się zapoznać. Brutalna prawda jest bowiem taka, że choroba ta zazwyczaj rozwija się bardzo powoli i bardzo łatwo przeoczyć jej pierwsze symptomy.

Still Alice ma jedną bardzo istotną cechę, która chroni ją przed niestrawną etykietą sfilmowanej “broszury informacyjnej”, jakie można otrzymać w centrach medycznych i szpitalach. Przedstawia ludzki dramat, jego złożoność w najbardziej humanistyczny ze sposobów, odwołując się do najbardziej uniwersalnej ludzkiej potrzeby. Każdy z nas chce bowiem móc stanowić o sobie, być i czuć się sobą, mieć poczucie ciągłości w obrębie własnego “ja”. A Still Alice przypomina nam, jak bardzo nie doceniamy właśnie tych aspektów naszego jestestwa. Dopóki ich nie zaczynamy tracić.

You may also like

Wracają KONFRONTACJE FILMOWE
OJCIEC
PARYŻ, 13. DZIELNICA
WINONA RYDER: mistrzyni, outsiderka